|
|
Życie akademickieTendencje do komercjalizacji w nauce i dydaktyce Andrzej Górski W ostatnich latach – równolegle do ewolucji poglądów i zmian w polityce naukowej na arenie międzynarodowej – miały również w Polsce miejsce znaczące wydarzenia w bioetyce. Sprawy te omawiałem już częściowo w moich poprzednich artykułach. Mam nadzieję, że dwie międzynarodowe konferencje z udziałem czołowych ekspertów o międzynarodowej renomie, jak również pamiętna wizyta w warszawskiej AM kierownictwa redakcji „New England Journal of Medicine” przyczyniły się do stworzenia atmosfery sprzyjającej kolejnym niezbędnym zmianom (których zresztą głównym motorem jest zbliżająca się integracja z Unią Europejską). Za bardzo istotną uznać należy działalność komitetów etycznych PAN, PAU i KBN, które stworzyły podstawy do przygotowywanych niezbędnych decyzji, mających na celu przeciwdziałanie naruszaniu dobrych zasad w nauce. W tym samym kierunku idzie zarządzenie ministra zdrowia z maja 1999 r., stwarzające prawne warunki do działalności komisji bioetycznych monitorujących m.in. badania kliniczne. W ŁÓŻKU Z PRZEMYSŁEMJest oczywiste, że chroniczne trudności służby zdrowia w Polsce, jej niedofinansowanie, niskie płace etc. nie stwarzają optymalnej atmosfery do promowania i egzekwowania zasad dobrej praktyki naukowej (tekst opracowany przez prezesa Fundacji na rzecz Nauki Polskiej i zaakceptowany przez Zespół ds. Etyki w Nauce przy przewodniczącym KBN jest dostępny na stronie internetowej KBN: www.kbn.gov.pl). Należy jednak zwrócić uwagę na fakt, że niedofinansowanie opieki zdrowotnej nie jest bynajmniej wyłącznie polską specyfiką – mniejsze lub większe problemy przeżywa służba zdrowia na całym świecie, również w najzamożniejszych krajach świata, w tym i w USA. Można tu przypomnieć nieudaną próbę reformy amerykańskiej opieki zdrowotnej, jaką podjęła kilka lat temu Hillary Clinton; podobnie, w swoim czasie musiał się wycofać J.F. Kennedy. Strajk pielęgniarek New York Hospital w centrum Manhattanu miałem okazję oglądać już 25 lat temu, zaś „New York Times” z 25 grudnia 2000 r. przynosi opis drastycznych braków pielęgniarek i salowych w metropolii nowojorskiej, związanych przede wszystkim z niskimi płacami. Przyczyna uniwersalności tego zjawiska jest oczywista: znaczącemu postępowi nauki i wzrastającym możliwościom wdrażania jej osiągnięć towarzyszy wzrost oczekiwań społeczeństwa, które w coraz większym stopniu pragnie korzystać z praktycznych implikacji tych osiągnięć w medycynie: żyć dłużej i w lepszym zdrowiu. Niestety, nigdzie nie udało się dotychczas oczekiwań tych zaspokoić w stopniu zadowalającym wszystkie grupy społeczne. Zalecana przez niektórych totalna prywatyzacja i szerokie wprowadzenie niekontrolowanych mechanizmów rynkowych do nauki, edukacji i medycyny wywiera często efekty przeciwne do założeń. Sugeruje się znaczący negatywny wpływ takich niekontrolowanych mechanizmów na jakość opieki zdrowotnej, poziom badań naukowych oraz dydaktykę. Jest oczywiste, że wiarygodne i perspektywiczne badania naukowe powinny cechować się niezależnością i stabilnością, o ich wartości decyduje zaś m.in. fakt finansowania z niezależnego źródła, niezainteresowanego w uzyskaniu konkretnego założonego wyniku, dającego się – zwłaszcza w nieodległej perspektywie – przełożyć na zysk. Przedstawiciel wiodącego ośrodka medycyny akademickiej (Uniwersytet w Oxfordzie) określił to dosadnie: Obserwowany ostatnio wzrost nacisków na uniwersytety, aby kładły się do łóżka z przemysłem farmaceutycznym nie zawsze zapewnia dobry sen obu stronom. Podkreśla się również konieczność unikania kreowania atmosfery pośpiechu w celu szybkiego przekazania wyników zainteresowanej firmie farmaceutycznej oraz znaczenie zwracania bacznej uwagi przez ośrodki akademickie, naukowe i redakcje czasopism na konflikt interesów. ZACIERANIE GRANICPierwszy znany przypadek zaistnienia takiego konfliktu opisano 200 lat temu, gdy lekarz bostoński chciał wprowadzić swoisty monopol na szczepienia przeciw ospie wietrznej. Jakkolwiek ten – być może pierwszy – test kliniczny merytorycznie się powiódł, lekarza usunięto z uniwersytetu, uznając jego komercyjne podejście do ochrony zdrowia badanych dzieci za wysoce naganne etycznie (nie pomogły nawet interwencje ówczesnego prezydenta). Konflikt interesów zachodzi, gdy pracownik nauki jest w jakiś sposób związany finansowo z firmą, której preparaty stosuje lub ocenia (niezależnie od tego, czy prowadzone przez niego badania są finansowane przez tę firmę, czy też z funduszy publicznych). Podnosi się zarzut, że istnienie takich relacji obniża jakość badań naukowych i naraża prawa pacjentów. Amerykańskie Ministerstwo Zdrowia, w odpowiedzi na coraz szerszą krytykę, wprowadziło możliwość sankcji i kar w celu ochrony tych praw, jak i zabezpieczenia integralności badań. W ślad za tym, szereg ośrodków akademickich i naukowych USA wprowadziło istotne ograniczenia możliwości zawiązywania relacji komercyjnych pracowników nauki z firmami, których preparaty badają (i to niezależnie od źródeł finansowania tych badań). Przedstawiciele Harvard Medical School uważają, że społeczeństwo ma prawo stawiać określone wymagania instytucjom finansującym i administrującym nauką, jak również i samym placówkom, a mianowicie: badania naukowe finansowane ze środków publicznych powinny mieć na celu poszukiwanie prawdy i pozostawać całkowicie wolne od wpływów pozamerytorycznych. Wyniki tych badań powinny być przenoszone do praktyki na drodze badań klinicznych, prowadzonych w zgodzie z wymogami bezpieczeństwa, bezstronności i wpływu czynników komercyjnych. W ostatnich latach granica odgradzająca w przeszłości świat akademicki z jego ideami autonomii i niezależności, w szczególności od świata komercji, nastawionej na produkcję, marketing i zysk, coraz bardziej się zaciera. W ostatnim ćwierćwieczu szereg instytucji akademickich i naukowych zawarło porozumienia z przemysłem farmaceutycznym. Jakkolwiek uważa się je za obustronnie korzystne, instytucje te wprowadziły rozmaite przepisy i regulacje w celu zachowania swej niezależności, przestrzegania zasady konfliktu interesów oraz konfliktu zaangażowania. Np. Harvard wymaga pełnego ujawnienia konfliktu interesów i nieangażowania się w działalność na rzecz firmy sponsorującej, nie negując bowiem oczywistych korzyści z takiej współpracy, nie sposób nie dostrzec niebezpieczeństw wynikłych właśnie z konfliktu interesów lub/i zaangażowania. Dramatycznym tego przykładem może być niedawny wypadek zgonu pacjenta poddawanego terapii genowej w przebiegu testu klinicznego, prowadzonego przez osobę mającą znaczące udziały finansowe w firmie, która otrzymała i udostępniła preparat do terapii. Ten skrajny przypadek (szeroko ostatnio omawiany w światowym piśmiennictwie) miał nie tylko tragiczny finał dla chorego, ale poważne konsekwencje dla badacza i skądinąd renomowanego ośrodka akademickiego – brak przezorności jego kierownictwa doprowadził do zawieszenia finansowania badań naukowych na kilka lat. Mniej drastyczne konsekwencje zacierania granicy między światem nauki i przemysłem to opóźnianie postępu badań i rozpowszechniania ich wyników uwarunkowane zależnościami patentowo-rynkowymi. KLIENT MA RACJĘW Harvard Medical School uważa się, że w przypadku badań podstawowych związki pomiędzy badaczami a przemysłem są dopuszczalne przy ujawnieniu konfliktu interesów oraz jego instytucjonalnym ograniczeniu i zabezpieczeniu akademickiej swobody badań. W przeciwieństwie do tego, w przypadku badań klinicznych ewentualne korzyści finansowe osób prowadzących badania powinny być ograniczone do minimum, dotyczy to nie tylko klinicznych badań leków, czynników biologicznych i aparatury medycznej, lecz również badań z użyciem próbek biologicznych i badań genetycznych. Uważa się także, że pożądanym rozwiązaniem jest powołanie w każdej instytucji naukowej odpowiedniego zespołu, który zajmowałby się tymi problemami, analizując wymagane zgłoszenia konfliktu interesów i podejmując odpowiednie decyzje. W chwili obecnej pracownicy naukowi Harvard University nie mogą przekraczać pułapu 10 tys. dolarów rocznego wynagrodzenia oraz dysponować udziałami ponad 20 tys. USD w danej firmie. Badania nad przestrzeganiem zasad konfliktu interesów w USA wykazały, że różne ośrodki naukowe i akademickie mają odmienne wymogi – oczywiście najbardziej renomowane stosują największe ograniczenia. Przy ubieganiu się o środki publiczne z Public Health Service wszystkie ośrodki zobowiązane są do przestrzegania przepisów wydanych w r. 1995 i nakładających obowiązek ujawniania związków finansowych przekraczających roczne dochody 10 tys. USD i ponad 5-procentowy udział w firmie. W tym trudnym mariażu interesów firm i celów akademickich zdarzają się oczywiście coraz częściej konflikty mające swój finał nawet w procesach sądowych. Zdarzało się bowiem, że publikowano wyniki badań niekorzystnych dla firmy w sensie promocji danego preparatu, ponieważ ujawnienie tych wyników było pożądane z uwagi na postęp nauki i interes publiczny, z czym nie zawsze zgadzał się producent. W tej sytuacji utrwala się pogląd, że tendencje do komercjalizacji w nauce i dydaktyce wymagają pilnych uregulowań administracyjno-prawnych, tym bardziej że nakłady na badania kliniczne inwestowane przez firmy stale wzrastają i np. w USA są zbliżone bądź nawet wyższe od budżetu Narodowego Instytutu Zdrowia (dla porównania są one blisko 50 razy wyższe od budżetu KBN przewidzianego na wszystkie zadania nauki polskiej). Liczbę testów klinicznych realizowanych w USA ocenia się na ponad 60 tys. rocznie, co oznacza ponad – dwukrotny wzrost w okresie ostatnich 6 lat. Jest zatem oczywiste, że problem będzie narastał i nie rozwiąże się sam. Jak wspomniano, w ostatnich latach szereg wybitnych przedstawicieli renomowanych uniwersytetów i środowisk naukowych wyraża obawy o niepożądany wpływ prywatyzacji, komercjalizacji i urynkowienia ośrodków akademickich na poziom nauki, dydaktyki i standardów klinicznych. Najbardziej stanowcze zastrzeżenia i swoiste veto opublikował ostatnio czołowy światowy tygodnik „Science” (1 grudnia 2000), zwracając również uwagę na niepożądany wpływ tych uwarunkowań także na dydaktykę uniwersytecką. Podkreśla się, że w tej wypaczonej rzeczywistości akademickiej firmy farmaceutyczne, a nawet sami studenci mogą stanowić swoistą klientelę, zaś nauczyciele akademiccy – de facto dostarczycieli usług za określoną opłatą. W realiach gospodarki rynkowej, gdzie obowiązuje zasada „klient ma zawsze rację”, należy bacznie uważać, aby istotnemu wypaczeniu nie uległa zasada autonomii uczelni wyższej i jej statutowe cele dydaktyczno-naukowe, a w przypadku uczelni medycznej również i lecznicze. Wspomniany wyżej przypadek zgonu w przebiegu niedostatecznie kontrolowanej terapii genowej oraz próby ukrywania wyników niekorzystnych dla firmy (łącznie z szeroko ostatnio komentowanym przypadkiem zwolnienia z pracy badacza kanadyjskiego za ujawnienie szkodliwego działania preparatu i przyjętego ponownie na uniwersytet w atmosferze skandalu, po licznych protestach) ujawniają powagę sytuacji. Jak podkreślono w „Science”, w obecnych czasach, zagrażających erozją podstawowych wartości akademickich, szczególna odpowiedzialność spoczywa na osobach pełniących funkcje kierownicze w uczelniach i placówkach naukowych. Przede wszystkim od ich indywidualności, siły woli i determinacji zależy obrona tych wartości, tym niemniej niezbędne są również regulacje na szczeblu rządowym i szerokie informowanie społeczeństwa. Dobro publiczne bowiem nie powinno podlegać prawom patentowym, badania naukowe powinny zaś być przede wszystkim finansowane ze źródeł publicznych i społeczeństwo (nie korporacje przemysłowe) powinno być ich dysponentem. PRZECIW PRYWATYZACJIJakkolwiek z założeniami powyższymi można polemizować i dyskutować, to jednak pewne fakty są zastanawiające, zwłaszcza gdy porówna się służbę zdrowia Kanady i USA. Jak wiadomo, amerykańska służba zdrowia jest praktycznie sprywatyzowana i pozostaje w znacznym stopniu w zarządzie spółek ubezpieczeniowych. Koszt tej opieki zdrowotnej sięga 15 proc. produktu narodowego, podczas gdy ok. 1/3 społeczeństwa nie dysponuje żadnym ubezpieczeniem zdrowotnym. Z kolei Kanada (podobnie jak większość krajów wysoko rozwiniętych) przeznacza na ten cel mniej niż 9 proc. produktu narodowego. Jakkolwiek porównywanie jakości opieki zdrowotnej w obu krajach wyłącznie na podstawie danych statystycznych nie musi być w pełni wiarygodne, to jednak fakt, że średnie przeżycie chorego na nowotwór złośliwy w Kanadzie jest o 14 miesięcy wyższe niż w USA, daje dużo do myślenia. Totalna komercjalizacja służby zdrowia niekoniecznie musi wychodzić na zdrowie samym chorym, co przyznają również ostatnie dane amerykańskie dotyczące przeżycia chorych dializowanych, oczekujących na przeszczep nerki. Analiza danych zawartych w oficjalnym rejestrze chorych wskazuje na fakt, że przeżywalność chorych i szansa otrzymania przeszczepu jest w granicach 6-26 proc. wyższa w ośrodkach nie nastawionych na osiąganie zysku. Wracając do wspomnianego artykułu z „Science” trzeba podkreślić, że jest on najpoważniejszym protestem przeciw prywatyzacji życia akademickiego, naukowego i medycznego. Jego wydźwięk sprowadza się do przekonania o wyższości publicznej edukacji, nauki i służby zdrowia nad sektorami sprywatyzowanymi, oczywiście pod warunkiem właściwego finansowania instytucji odpowiedzialnych za właściwą organizację pracy. Słowo „właściwy”, jak sądzę, oznacza nie tylko wysokość samych nakładów (tak rażąco u nas niskich), ale także odpowiednią organizację i przeciwdziałanie marnotrawstwu oraz nadużyciom. W tej sferze wiele jest u nas do zrobienia. Uchwalone ostatnio zmiany w Deklaracji Helsińskiej, a zwłaszcza wprowadzone wymogi ujawniania konfliktu interesów i zaostrzenie wymogów stawianych testom klinicznym, oznaczają, że sugerowane i stosowane normatywy i regulacje mają charakter uniwersalny. W istocie, podobne standardy opracowała ostatnio Rada Europy. Wydaje się zatem, że wprowadzenie ich do naszej rzeczywistości naukowej to sprawa najbliższej przyszłości. Prof. dr hab. Andrzej Górski, immunobiolog, transplantolog, pracuje w Instytucie Transplantologii Akademii Medycznej w Warszawie. |
|
|