Strona główna

Archiwum z roku 2001

Spis treści numeru 3/2001

Uniwersytet na rynku
Następny

Felieton Redakcyjny

Przekonanie, iż uniwersytet powinien raczej pozostać placówką o długofalowej misji kształcenia elit niźli stać się zakładem usługowym reagującym na zmienne wymagania rynku, jest w środowisku naukowym dość powszechne. Praktyka odbiega jednak od tych założeń. Uczelnie prześcigają się w otwieraniu modnych kierunków, cieszymy się z rosnącej nieustannie liczby studentów, a niektórzy uważają, że student ma prawo zachowywać się jak klient: płacić i wymagać. Niektórym wydaje się, że obie sfery da się połączyć, że w pełnieniu misji kulturowej, elitotwórczej i w poszukiwaniu prawdy nie przeszkadza nastawienie prorynkowe, masowość kształcenia, profesorska wieloetatowość. Nie wszyscy zdają sobie jednak sprawę, że wybór, o którym mowa (nie chcę go tu sprowadzać jedynie do opozycji: elitarność – masowość) staje się coraz bardziej wyborem między kulturą wysoką i niską.

Uniwersytet tradycyjny to instytucja kultury wysokiej. Pozostaje nią, mimo powszechnego od kilkudziesięciu lat spadku poziomu kulturowego i obyczajowego, zarówno wśród kształcących, jak i wśród kształconych. Uniwersytet rynkowy stanie się instytucją kultury masowej, w której fundamentalne zadania duchowe i cywilizacyjne zostaną podporządkowane skuteczności, modzie, doraźności. Proces ten odbywa się właśnie w szkołach, szczególnie w prywatnych, gdzie rodzice i uczniowie przyjmują postawy roszczeniowe, a nauczycielowi pozostaje rola krawca, któremu w nieskończoność zleca się poprawki. Podręczniki licealne, np. te do nauki angielskiego, już teraz pełne są „wiedzy” o gwiazdach popkultury i przesycone aktualnymi stereotypami oraz modnymi ideologiami kultury masowej, która wyparła z nich obecne tam kiedyś treści historyczne i cywilizacyjne.

Oczywiście, kultura masowa nie jest sama w sobie czymś złym. Choć wiele w niej idiotyzmu i tandety, choć często ogłupia ludzi i deprawuje, pełni także pozytywną rolę. Daje szerokim rzeszom to, czego potrzebują. Każdy z nas lubi czasem posłuchać piosenek pop, pójść na mecz czy obejrzeć łzawy melodramat. Rzecz w tym, że kultura uniwersytecka sytuowała się zawsze gdzie indziej niż piosenki, mecze i melodramaty, nie tu się zaczynała i nie na tym powinna kończyć. Niektórzy modni filozofowie i publicyści przekonują nas, że zniknął już podział na kulturę wysoką i niską, że wszystko się wymieszało. By się przekonać o przedwczesności takich diagnoz, wystarczy pójść na stadion, na bazar albo obejrzeć talk-show. Ale gdyby nawet była to prawda, równanie może nastąpić raczej w dół niż w górę. 

Łatwość, lekkość, przystępność i uproszczenie to naczelne zasady cywilizacji masowej. Przenikają one dziś do kształcenia szkolnego, powoli stając się tam normą. Jeśli uniwersytet chciałby pozostać instytucją kultury wysokiej, musiałby w tych warunkach wytworzyć szczególne mechanizmy obronne i pracować nad utrzymaniem poziomu bardziej niż kiedykolwiek.

Grzegorz Filip

Komentarze