Strona główna

Archiwum z roku 2001

Spis treści numeru 4/2001

Cofacze kultury
Poprzedni Następny

Szkielko w oku

Piotr M?ldner-Nieckowski

Fot. Stefan Ciechan

Wostatnich tygodniach wróciła fala dyskusji (głównie w „Rzeczpospolitej”) na temat inteligencji jako warstwy społecznej, sporej grupy ludzi, którzy wyróżniają się wykształceniem, posłannictwem kulturalnym, misją społeczną i niezbyt dużym majątkiem. Jak można było się spodziewać, więcej wystąpiło w tych sporach emocji niż nowych argumentów i nie udało się wysnuć wniosku, czy inteligencja jeszcze istnieje, a jeśli nie, to czy należałoby ją jakoś wskrzesić.

Na marginesie tych dysput uświadomiłem sobie, że za mało mówi się o powstawaniu nowej warstwy kulturalno-społecznej, bardzo charakterystycznej dla naszych czasów i mającej wiele już utrwalonych cech. Nie wiem, jak ją nazwać, ale z pewnością zaczyna ona odgrywać ważną i być może negatywną rolę kulturotwórczą, przy czym – piszę o tym z lękiem – chodzi tu o kulturę nowego typu, taką, która mi się nie podoba w obecnym kształcie – komputerową.

Pamiętam kurs obsługi komputera na początku lat 80. Jeszcze nie było graficznych systemów operacyjnych, komputer był obsługiwany przez znakowy DOS z mnóstwem komend, których nauczenie się sprawiało wiele kłopotów nawet bystrym kursantom. I to wcale nie dlatego, że DOS jest trudny. Przyczyną byli pierwsi chłopcy-komputerowcy, nauczyciele na owym kursie, młodzi inżynierowie albo informatycy, którzy o komputerze i jego obsłudze wiedzieli wszystko, ale nie potrafili tego ani wyrazić słowami, ani tym bardziej przekazać innym. Język, jakim się posługiwali, polsko-angielski, zawierał zwroty, które skrótowo opisywały całe procesy, ale z pominięciem poszczególnych faz. Uczeń dowiadywał się, że w pewnych sytuacjach w linii poleceń trzeba wpisać na przykład komendę „dir” albo „copy”, jednak nie mówiono mu dlaczego. Dla chłopców-komputerowców były to czynności tak oczywiste, że w żaden sposób nie można było wydobyć z nich szczegółów operacji. Denerwowali się, że mają idiotów za uczniów.

Już wtedy czułem, że generacja znawców komputerów odstaje od kultury i że z dydaktyką jest na bakier. Z jednej strony mieli się za adeptów, z drugiej dziwili się, że ich studenci nie są wtajemniczeni. A przecież ci sami inżynierowie byli zainteresowani masowym nauczaniem podstaw obsługi komputerów, bo to właśnie oni sprowadzali te urządzenia z Tajwanu.

Pewnego dnia nastąpiło kolejne tąpnięcie. Pojawiły się graficzne systemy operacyjne typu Windows. Trzeba było uczyć się od nowa. Ludzie dobrze zaznajomieni z DOS-em musieli zrozumieć, że kończy się era ingerencji w sposób pracy oprogramowania i że teraz system będzie wiele rzeczy robił za nich. Nowe oprogramowanie stało się znacznie bardziej skomplikowane, mniej stabilne i zostało wyposażone w niezliczone funkcje, których opanowanie jest coraz trudniejsze, a w wielu wypadkach nawet niemożliwe. Kto miał tego uczyć?

Obok wspomnianych kiepskich nauczycieli działali programiści, którzy świetnie posługiwali się językiem informatycznym, ale zafascynowani komputerem zaniechali nauki języków ludzkich, w tym polskiego. Za jedyną mowę uznali mieszankę skrótów amerykańskiej angielszczyzny. Kiedy uruchomiono światową sieć komputerową, obecność chłopców-komputerowców ugruntowała się tak dalece, że ukuli pogardliwe określenie „lamer”, opisujące tych, którzy nie umieją swobodnie posługiwać się komputerem, łamać zabezpieczeń oprogramowania, włamywać do cudzych sieci, dokonywać konwersji plików, zmieniać ustawień systemu i używać żargonu. Jedną z cech współczesnego programisty jest to, że całkowicie ignoruje przesłanie kulturalne, jakie niesie ze sobą oprogramowanie komputerowe. Szczególnym zaś wyrazem tego zjawiska jest zaniechanie pracy nad językiem, który pojawia się w menu i opisach programów. Program musi być „przyjazny”, „stabilny”, powinien mieć ładny „interfejs”, ale przemawiać do użytkownika może tylko tak, jak potrafi programista, czyli niezdarnie.

W pierwszej z brzegu instrukcji obsługi komputera w jednym tylko akapicie znajdujemy takie błędy: deaktywacja (zamiast dezaktywacja), deinstalacja (dezinstalacja, dezynstalacja), inicjalizacja (inicjacja). Kiedy program się uruchamia, na ekranie pojawia się napis „Proszę czekać trwa konfigurowanie akcesji do elementów” albo „Czy uzyskać potwierdzenie dla twojej nazwy użytkownika komputera?” Tak jest bez przerwy. Włączasz grę – błędy. Chcesz pisać – błędy. Musisz coś policzyć – błędy.

Z oprogramowania komputerowego korzysta prawie cała młodzież, łatwo więc przewidzieć, że wkrótce nikt nie będzie po polsku mówił i pisał poprawnie. Wystarczy włączyć się do jakiejś dyskusji prowadzonej za pomocą programu chat, przyjrzeć listom reklamowym w poczcie elektronicznej albo zobaczyć kilka stron www. Ileż tam nieporadności w formułowaniu myśli, ile żargonu, wyrażeń środowiskowych, niepoprawnej ortografii, wadliwej interpunkcji, nieznajomości znaczenia słów, bełkotu.

Kiedy powstawała prasa komputerowa, jedyne poważne a popularne czasopisma „Enter” i „PC Kurier” były wzorem pisania i redagowania. Błędów, kalekich zdań czy źle skomponowanych artykułów tam się nie widywało, a dziennikarze gazetowi mogli się od tych redakcji wiele uczyć. Dziś już, niestety, poziom kulturalny pism komputerowych zaczyna dorównywać produkcjom internetowym chłopców-komputerowców. Lawina ruszyła i zmiata po drodze wszystkich, którzy jeszcze kilka lat temu mogli aspirować do miana inteligentów. Dawne pejoratywne określenie „inteligencja techniczna” ma więc dziś swój odpowiednik – „inteligencję komputerową”, albo – jak by to pewnie nazwał Witkacy – komputerowych „cofaczy kultury”.

Cofacze kultury bez komputera nie napisaliby ani jednego słowa, to prawda. Ale czy to my mamy równać w dół i naśladować nieporadność? To oni wchodzą do kultury i oni powinni się podciągnąć.

e-mail: pmuldner@mp.pl.

Komentarze