Strona główna

Archiwum z roku 2001

Spis treści numeru 4/2001

Zostańcie z nami
Poprzedni Następny

Wyznania szalonego humanisty

Leszek Szaruga

Fot. Stefan Ciechan

Tytułowe hasło zaproponowane zostało przez redakcję „Polityki”, która w numerze 10 z tego roku powiadamia: „Redakcja „Polityki” funduje dwa roczne stypendia po 25 tys. zł. Formularz zgłoszeniowy znajduje się na naszych stronach internetowych”.

Kropla w morzu potrzeb? Zapewne. Ale zawszeć kropla. To naprawdę jest coś. to dla dwojga ludzi rocznie szansa na odbicie się od dna biedy. Być może też zadziała apel do ludzi biznesu o dalsze podobne inicjatywy. Będzie tych kropel nieco więcej. To bardzo niewiele. To jednak też bardzo dużo. Zwłaszcza wobec kompletnej bezradności państwa w tej dziedzinie. Tego państwa, które z jednej strony ogłasza rok 2001 „rokiem kultury”, z drugiej zaś nie jest w stanie na ową kulturę wysupłać więcej niż 0,31 proc. dochodu. Ważne natomiast, że już niebawem armia polska – w ilości bodaj piątej swej części – osiągnie standardy NATO. NA TO są pieniądze. NA TO pieniądze będą.

Nie jestem pacyfistą. Staram się myśleć w miarę możności – jeśli to w tym kraju jeszcze możliwe – racjonalnie. Wiem, że siły zbrojne nie tylko mają swe potrzeby, lecz nadto dysponują nieporównanie większą niż kultura czy nauka siłą nacisku na polityków. Nie liczą się priorytety państwa, liczy się przede wszystkim mocne lobby, bo ono daje głosy wyborcze. Gdyby liczył się interes państwa, wówczas nie ulega wątpliwości, że inwestycje w naukę czy nawet (!) kulturę potraktowano by poważniej. Ale nie można poważnie traktować tego, co nie przekłada się na bezpośrednią użyteczność polityczną. Wybory są co cztery, a nie co dwadzieścia lat. Wystarczy spytać pana prof. dr. hab. Kostka Niesiołowskiego, nie mówiąc już o prof. dr. hab. Jerzym Buzku – oni nam prawdę powiedzą.

Byłoby rzeczą pożyteczną przeprowadzenie akcji medialnej polegającej na przesłuchiwaniu naszych koleżanek i kolegów – niegdyś pracowników nauki, dziś polityków – na okoliczność zapaści, jaka grozi naszym uczelniom i całemu systemowi kształcenia wyższego. Na początek może warto przedstawić – wywiesić w uczelniach – listy owych osób przemienionych z naukowych Gustawów w politycznych Konradów. Może warto, by osoby te zaczęły otrzymywać korespondencję od młodych i ledwo wiążących koniec z końcem naukowców i by musiały na owe listy odpowiadać. Może warto co ciekawsze odpowiedzi owych osób podawać do wiadomości publicznej.

To prawda, że państwo polskie jest biedne. Każde państwo jednak, gdy musi przeznaczać część pieniędzy na takie dziedziny, jak nauka i oświata, kultura i służba zdrowia, okazuje się biedne. W tych właśnie sferach społecznego życia szuka się „oszczędności”, w tych dziedzinach najpierw dokonuje się „cięć”. Ale też prawdą jest, że państwo polskie, które będzie takich oszczędności i cięć dokonywać, nie stanie się dzięki temu bogatsze i nie należy wykluczać, że na ich skutek stawać się będzie coraz biedniejsze. Można, jak myślę, dokonać jakichś komputerowych wyliczeń odsłaniających efekty systematycznego spadku nakładów na naukę w perspektywie, powiedzmy, ćwierci stulecia. Może taki obraz przemówi komuś do wyobraźni?

Nie interesuje mnie przy tym żonglerka danymi, z której może wynikać, że przy spadku procentowym nakładów na naukę i tak wzrasta realna suma pieniędzy, którą przeznacza się na jej rozwój. Interesuje mnie przypadek asystenta na wydziale humanistycznym mojego uniwersytetu, człowieka, którego nie stać ani na potrzebne książki i czasopisma (których z oczywistych względów nie dostanie w bibliotece), ani na pójście do teatru, nie mówiąc już o zwykłym przeżyciu z miesiąca na miesiąc. Interesuje mnie sytuacja, w której moi studenci i magistranci nie są w stanie odnaleźć w uniwersyteckiej bibliotece potrzebnych im materiałów, a o dostęp do Internetu muszą walczyć na pięści i łokcie (dobrze, że w ogóle jakiś dostęp mają).

To wszystko, oczywiście, efekt demoralizacji, której uległem w wysoko imperialistycznie zaawansowanym kraju, jakim są Niemcy. Po gościnnych tam występach powróciłem na ojczyzny łono z mieszanymi uczuciami. Przaśna nasza rzeczywistość w porównaniu z tamtejszym życiem stała się jeszcze bardziej ponura niż ją dotąd widziałem. I doskonale rozumiem koleżanki i kolegów, którzy, w trosce o swój własny rozwój, dążąc do tego, by normalnie pracować, by zdobywać wyższy poziom, by nie wikłać się w chałtury – decydują się na wyjazd, na opuszczenie Najjaśniejszej Rzeczpospolitej, na ucieczkę od tych wszystkich problemów, jakich życie tutaj przysparza. To – o czym warto pamiętać w toczącej się dyskusji – nie tylko kwestia zarobków (choć nie jest ona bez znaczenia), lecz także, a może nawet przede wszystkim, kwestia warunków pracy.

Do tych ludzi kieruje się teraz apel: „Zostańcie z nami”. Z kim? Z państwem polskim, ze społeczeństwem, z koleżankami i kolegami? Cóż to za wspólnota kieruje ów apel do ludzi często zdesperowanych i zdeterminowanych, mających jedno jedyne życie i pragnących się twórczo zrealizować w warunkach, które owej samorealizacji nie sprzyjają, często zaś nawet przeszkadzają? Pytam, gdyż należę do grupy ludzi, którzy i tak zostaną, więcej – tych, którzy tu powrócili mając do wyboru zgoła inną i z pewnością materialnie bardziej atrakcyjną perspektywę. Rzecz w tym, że moja praca organicznie związana jest z Polską i językiem polskim, z kulturą i literaturą tu właśnie powstającymi. Tego rodzaju przymusu nie odczuwają ani fizycy, ani astronomowie, ani biolodzy. Nie odczuwają go konstruktorzy mniej lub bardziej piekielnych machin. Nie odczuwają go logicy i matematycy. Wyjeżdżają więc – jedni dlatego, iż, jak wulkanolodzy, poza Polską znajdują przedmiot swych badań, inni dlatego tylko, że za granicą oferuje się im lepsze warunki. Gdy ich dzieci zaczną tam chodzić do szkół, powrót będzie szczególnie trudny.

 

Komentarze