10 lat KBN
Prof. Witold Karczewski,
pierwszy przewodniczący KBN
w latach 1991-95
|
Fot. Piotr Kieraciński
 |
Co uznałby Pan za najważniejsze wydarzenie w Pana kadencji jako przewodniczącego KBN?
– Mam złotą odznakę Stowarzyszenia Wynalazców i Racjonalizatorów. Na pytanie „co pan wynalazł?”, zawsze odpowiadam, oczywiście żartem, że Komitet Badań Naukowych. Tak naprawdę zajmowało się tym wielkie grono ludzi.
– Jaka była w tym rola Towarzystwa Popierania i Krzewienia Nauk?
– Zasadnicza „ideowa” rola w tworzeniu KBN przypadła TPiKN, któremu szefował wspaniały człowiek, prof. Grzegorz Białkowski. Ogromną rolę odegrali prof. Andrzej Ziabicki i prof. Stefan Amsterdamski. Nigdy nie zapomnę prof. Jana Janowskiego, ówczesnego wicepremiera. Bez niego KBN by nie zaistniał. Paradoksem historii jest może to, że obecny sekretarz KBN, min. J.K. Frąckowiak, który działał wówczas w związkach zawodowych, teraz musi z nimi „wojować”.
– Jak odnieśli się do Pana urzędnicy, starzy wyjadacze z administracji rządowej?
– Urzędnicy KBN witali mnie chyba z pewną nieufnością, bo przyszedłem wprost z instytutu naukowego, apolityczny, z niczyjego nadania, zwiastun jakiejś aksamitnej, ale jednak rewolucji. Okazało się, że byli to wspaniali współpracownicy. Ja tych ludzi po prostu lubię i cenię. Znakomicie ułożyła mi się od pierwszych chwil współpraca z szefem gabinetu przewodniczącego, p. Andrzejem Senczyszynem, który kierował gabinetami 11 chyba wcześniejszych ministrów „od nauki”. W urzędzie KBN do dziś nie było zresztą żadnych rewolucji kadrowych.
– A jak sfery rządowe powitały Komitet – ciało wybieralne?
– Powiedziano nam: macie pełną autonomię, jesteście odpowiednikiem resortu, pan (tzn. ja) jest pełnoprawnym członkiem Rady Ministrów, radźcie sobie. To było świetne, ale nie dano nam pieniędzy, tzn. dano ich bardzo mało. Na szczęście były to normalne pieniądze. Teraz ludzie narzekający na finansowanie nauki nie chcą pamiętać, że dawniej mieliśmy sporo złotówek, za które nic nie mogliśmy kupić, bo nie było tzw. cennych dewiz.
– Jak się sprawdził samorządowy sposób funkcjonowania ministerstwa?
– W pierwszych latach cudownie. Mieliśmy wszyscy poczucie misji. Nie było walki o własny interes, tylko o los nauki. Potem to się zużyło w systemie nadmiernej demokracji. Wzmocniły się interesy grupowe i to było fatalne.
– Czy musiał Pan stosować przysługujące mu prawo weta wobec uchwał Komitetu? – Raz czy dwa musiałem zapowiedzieć, że jeżeli Komitet uchwali jakąś sprawę, będę ją musiał zawetować. To wystarczało. Ani razu z prawa weta nie skorzystałem.
– Mimo że pierwszy zespół KBN był grupą entuzjastów, jednak musieliście Państwo wprowadzić pewne zasady antykorupcyjne?
– Pojawiły się sprawy, które zapalały nam światełka alarmowe. Doszliśmy do wniosku, że należy wprowadzić pewne mechanizmy zabezpieczające. Właściwie pełnym zabezpieczeniem byłaby zasada, że członków KBN zatrudnia się na etatach i muszą na ten czas rezygnować z pracy w innych instytucjach, a „na wyjściu” mieli zapewniony bardzo dobry, dobrze finansowany grant, który umożliwiłby im powrót do badań naukowych. Po odejściu z Komitetu nie byłbym już w stanie wrócić do pracy naukowej – przerwa trwała zbyt długo.
– A co się Panu, jako szefowi KBN, nie udało?
– Instytucje naukowe były podzielone na nieszczęsne piony: instytuty PAN były od badań, szkolnictwo wyższe od dydaktyki, a JBR-y od wdrożeń. Nie udało się zlikwidować tych podziałów – to moja największa porażka. Najlepiej się współpracowało z uczelniami, które pierwsze dostrzegły, że stwarza się im możliwość pracy naukowej, a nie, jak dotychczas, tylko dydaktyki.
Rozmawiał
Piotr Kieraciński
|