Strona główna

Archiwum z roku 2001

Spis treści numeru 5/2001

Cenny udział uczonych
Poprzedni Następny

10 lat KBN

Prof. Aleksander Łuczak,
przewodniczący KBN 
w latach 1995-97

Fot. Stefan Ciechan

Proszę o krótkie podsumowanie Pana kadencji jako przewodniczącego KBN.
– Bardzo istotną sprawą było doprowadzenie do końca prac nad ustawą o Polskiej Akademii Nauk. Akademia działała na podstawie ustawy z lat 50., pojawiało się zatem sporo problemów związanych z jej funkcjonowaniem. Nie było wiadomo, czym miałaby być PAN: korporacją uczonych czy zespołem instytutów. Starałem się załagodzić spory powstające między środowiskiem PAN a uczelniami. Ta ustawa zakończyła etap niepewności co do losów Akademii. Wydawało mi się wówczas, że uda się w znacznie większym stopniu wprzęgnąć PAN w proces dydaktyczny.

– Jak Pan sobie to wyobrażał?
– Myślałem, że może to przybrać formę rotacji: uczeni ze szkół wyższych przez pewien czas będą pracować w instytutach PAN, gdy w tym samym czasie pracownicy tych instytutów będą kształcić studentów. Tymczasem powstają uczelnie związane personalnie z PAN, ale to dzieje się dość, powiedziałbym, bezładnie.

– Miał Pan zatem nadzieję, że to przybierze bardziej zorganizowaną formę?
– Myślałem, że w ustawie o PAN da się wprowadzić bardziej jednoznaczne zapisy o udziale uczonych w dydaktyce, co doprowadziłoby do głębszego strukturalnego zbliżenia różnych pionów nauki. Drugą ważną sprawą była praca nad nową ustawą o JBR-ach. Te prace zaowocowały dopiero niedawno. Wtedy już mówiło się o wyodrębnieniu jednostek pracujących na rzecz państwa oraz tych, które działają na rzecz gospodarki i stamtąd – przez sprzedaż licencji i technologii – czerpią środki na swe utrzymanie. W sferze uczelni chodziło głównie o to, aby w budżecie państwa zagwarantować środki zapewniające rozwój. Za moich czasów uchwalono dwa budżety KBN i nie udało się zahamować regresu.

– Wcześniej pełnił Pan funkcję ministra edukacji. Jak z tej perspektywy wyglądała praca w KBN?
– To zupełnie różne światy. Minister edukacji jest przytłoczony sprawami szkolnictwa podstawowego i średniego. Ja akurat musiałem zajmować się przekazywaniem szkół samorządom. KBN natomiast to samorząd uczonych i podział środków finansowych wynika z ich decyzji. W MEN były to decyzje urzędnicze.

– Jak ocenia Pan ostatnie zmiany w funkcjonowaniu KBN?
– Dobrze jest, że uczeni mogą brać udział w zarządzaniu nauką i decydować, na co przeznaczać budżetowe pieniądze nauki. Natomiast rola przewodniczącego, jego uprawnienia za mojej kadencji były za małe. Państwo musi prowadzić odpowiednią politykę naukową, która nie zawsze pokrywa się z tym, czego chcieliby uczeni.

– Czy nie powinno być tak, że uczeni realizują zadania wytyczone przez państwo?
– Mamy złe doświadczenia z takiego sposobu organizacji i funkcjonowania nauki. Udział uczonych jest cenny. Musi być jednak równowaga między samorządnością a realizacją polityki państwa. Przy całym szacunku dla uczonych, niekiedy interes branżowy decyduje o rozdziale środków. Formułowaliśmy wówczas założenia polityki naukowej, starając się określić priorytetowe kierunki rozwoju badań naukowych. Zostały one jednak w wyniku długich dyskusji w gronie uczonych sformułowane w ten sposób, że są to priorytety „z gumy”. Można w nie włożyć wszystko. Polityka państwa jest bardzo ogólna, a badania szczegółowe.

– Przyszedł Pan do KBN jako człowiek określonej partii politycznej. To była istotna zmiana w stosunku do poprzedniego układu w KBN.
– Za zaletę mojego działania w Komitecie uważam to, że udało mi się zachować go z dala od podziałów politycznych, decydujących często o losach innych ministerstw.

– Czy nauka musi być poza polityką?
– Gdybyśmy na spory różnych pionów i dziedzin nauki nałożyli podziały polityczne, to mielibyśmy straszny galimatias. Dobrze zatem, że Komitet nie został wciągnięty w orbitę sporów politycznych i rozgrywek międzypartyjnych.

Rozmawiał 
Piotr Kieraciński

Komentarze