10 lat KBN
Prof. Aleksander Łuczak,
przewodniczący KBN
w latach 1995-97
|
Fot. Stefan Ciechan
 |
Proszę o krótkie podsumowanie Pana kadencji jako
przewodniczącego KBN.
– Bardzo istotną sprawą było doprowadzenie do końca prac nad ustawą o
Polskiej Akademii Nauk. Akademia działała na podstawie ustawy z lat 50.,
pojawiało się zatem sporo problemów związanych z jej funkcjonowaniem. Nie było
wiadomo, czym miałaby być PAN: korporacją uczonych czy zespołem instytutów.
Starałem się załagodzić spory powstające między środowiskiem PAN a
uczelniami. Ta ustawa zakończyła etap niepewności co do losów Akademii.
Wydawało mi się wówczas, że uda się w znacznie większym stopniu wprzęgnąć
PAN w proces dydaktyczny.
– Jak Pan sobie to wyobrażał?
– Myślałem, że może to przybrać formę rotacji: uczeni ze szkół
wyższych przez pewien czas będą pracować w instytutach PAN, gdy w tym samym
czasie pracownicy tych instytutów będą kształcić studentów. Tymczasem
powstają uczelnie związane personalnie z PAN, ale to dzieje się dość,
powiedziałbym, bezładnie.
– Miał Pan zatem nadzieję, że to przybierze bardziej zorganizowaną
formę?
– Myślałem, że w ustawie o PAN da się wprowadzić bardziej
jednoznaczne zapisy o udziale uczonych w dydaktyce, co doprowadziłoby do głębszego
strukturalnego zbliżenia różnych pionów nauki. Drugą ważną sprawą była
praca nad nową ustawą o JBR-ach. Te prace zaowocowały dopiero niedawno. Wtedy
już mówiło się o wyodrębnieniu jednostek pracujących na rzecz państwa
oraz tych, które działają na rzecz gospodarki i stamtąd – przez
sprzedaż licencji i technologii – czerpią środki na swe utrzymanie. W
sferze uczelni chodziło głównie o to, aby w budżecie państwa zagwarantować
środki zapewniające rozwój. Za moich czasów uchwalono dwa budżety KBN i nie
udało się zahamować regresu.
– Wcześniej pełnił Pan funkcję ministra edukacji. Jak z tej
perspektywy wyglądała praca w KBN?
– To zupełnie różne światy. Minister edukacji jest przytłoczony
sprawami szkolnictwa podstawowego i średniego. Ja akurat musiałem zajmować się
przekazywaniem szkół samorządom. KBN natomiast to samorząd uczonych i podział
środków finansowych wynika z ich decyzji. W MEN były to decyzje urzędnicze.
– Jak ocenia Pan ostatnie zmiany w funkcjonowaniu KBN?
– Dobrze jest, że uczeni mogą brać udział w zarządzaniu nauką i
decydować, na co przeznaczać budżetowe pieniądze nauki. Natomiast rola
przewodniczącego, jego uprawnienia za mojej kadencji były za małe. Państwo
musi prowadzić odpowiednią politykę naukową, która nie zawsze pokrywa się
z tym, czego chcieliby uczeni.
– Czy nie powinno być tak, że uczeni realizują zadania wytyczone
przez państwo?
– Mamy złe doświadczenia z takiego sposobu organizacji i
funkcjonowania nauki. Udział uczonych jest cenny. Musi być jednak równowaga
między samorządnością a realizacją polityki państwa. Przy całym szacunku
dla uczonych, niekiedy interes branżowy decyduje o rozdziale środków. Formułowaliśmy
wówczas założenia polityki naukowej, starając się określić priorytetowe
kierunki rozwoju badań naukowych. Zostały one jednak w wyniku długich
dyskusji w gronie uczonych sformułowane w ten sposób, że są to priorytety
„z gumy”. Można w nie włożyć wszystko. Polityka państwa jest
bardzo ogólna, a badania szczegółowe.
– Przyszedł Pan do KBN jako człowiek określonej partii
politycznej. To była istotna zmiana w stosunku do poprzedniego układu w KBN.
– Za zaletę mojego działania w Komitecie uważam to, że udało mi
się zachować go z dala od podziałów politycznych, decydujących często o
losach innych ministerstw.
– Czy nauka musi być poza polityką?
– Gdybyśmy na spory różnych pionów i dziedzin nauki nałożyli
podziały polityczne, to mielibyśmy straszny galimatias. Dobrze zatem, że
Komitet nie został wciągnięty w orbitę sporów politycznych i rozgrywek międzypartyjnych.
Rozmawiał
Piotr Kieraciński
|