Strona główna

Archiwum z roku 2001

Spis treści numeru 5/2001

Wiśniewscy
Poprzedni Następny

Rody uczone (55)

Idee, a także metody badań profesora stanowią 
trwały dorobek biologii i ekologii.

Magdalena Bajer

Wincenty
Lesław Wiśniewski

Przede wszystkim należałoby powiedzieć o Leopoldzie Hauserze – mówi dr Katarzyna Wiśniewska, wicedyrektor Muzeum i Instytutu Zoologii PAN, mieszczącego się w pobliżu jej rodzinnej „rezydencji” – trzypokojowego mieszkania przy ulicy Wilczej w Warszawie. Leopold Hauser, mieszkający większą część życia w Przemyślu, był z zawodu sędzią, z zamiłowań i talentu poetą, dramatopisarzem, tłumaczem, aktorem, z poczucia powinności społecznikiem. Założył amatorski teatr Fredreum, gdzie grywał. Był twórczym duchem wielu przedsięwzięć, które z niewielkiego miasta wschodniej Małopolski uczyniły u progu XX stulecia buzujący pomysłami ośrodek kultury. Napisał pierwszą monografię Przemyśla. Trzy jego córki ukończyły konserwatorium, a jedna z nich, babka pani Katarzyny, wychowała spory zastęp utalentowanych uczennic, organizując po wojnie zespół śpiewający w radio.

PO WUJU PRZYRODNIKU

„Ród uczony” zaczyna się w tym właśnie pokoleniu – od „wuja Grabowskiego”, który będąc z wykształcenia slawistą zaczynał w służbie dyplomatycznej, ambasadorując w Argentynie oraz Jugosławii, by pod koniec życia zostać profesorem UJ.

Wincenty Lesław Wiśniewski nie został sędzią, jak nakazywała tradycja sięgająca jeszcze jego ojca. Urodzony w 1904 r. w Dobromilu uczył się najpierw we Lwowie i Wiedniu, potem w Białej i we Lwowie, tam zdając maturę w 1923 r. Wuj Benedykt Fuliński był profesorem Uniwersytetu Jana Kazimierza i Lwowskiej Politechniki, wybitnym zoologiem. Młody Wiśniewski bardzo często bywał w domu wujostwa, przyjaźniąc się z czwórką ich synów, a przez pewien czas nawet tam mieszkał. We wspomnieniach przypisuje prof. Fulińskiemu duży wpływ na ukształtowanie własnych zainteresowań przyrodniczych. Nie od razu był ich pewien, skłaniając się raczej ku socjologii, czytając jeszcze w gimnazjum Comtea, Spencera, Znanieckiego. Na początku studiów w Warszawie chodził na bardzo wiele, także humanistycznych, wykładów, by ostatecznie zdecydować się na biologię, co znów miało u źródeł wpływ wielkiego uczonego, prof. Janickiego, który stał się dla młodego adepta wzorem.

Ukończywszy studia w r. 1927, Wincenty Lesław Wiśniewski pojechał znów do Lwowa, gdzie otrzymał asystenturę przy Katedrze Zoologii i Anatomii Porównawczej Zwierząt Domowych Wydziału Rolniczo-Lasowego Politechniki. Doktorat obronił w r. 1930 w Warszawie. Cztery lata później zaczął pracę w Katedrze Zoologii UW, by po kolejnych trzech latach zostać docentem.

ODYSEJA ARCHANGIELSK - LONDYN

Wojna zogniskowała w losie doc. Wiśniewskiego i jego żony poznanej podczas wojny wszystkie charakterystyczne dla losu Polaków tego pokolenia przeżycia. Walczył do ostatniej chwili u generała Kleeberga, a wróciwszy po klęsce wrześniowej do Warszawy postanowił przedostać się do Francji i zgłosić do formującego się tam polskiego wojska. Na granicy złapała go sowiecka straż i powędrował do Archangielska na lesopował. Po układzie Sikorski – Majski znalazł się w polskim wojsku pod Taszkientem.

Halina Petrynianka, późniejsza matka mojej rozmówczyni, pracowała w biurze firmy Polski Fiat w Warszawie pisząc na maszynie, co nie było w owych czasach umiejętnością powszednią, i bardzo dobrze zarabiając. 6 września 1939 r. wraz z całym biurem uciekła przed Niemcami do Pińska. Spotkawszy tam znajomego rodziny, razem z siostrą znalazły się w jego majątku niedaleko stolicy Polesia. 17 września zastała ją tam Armia Czerwona i pani Halina pojechała do Kazachstanu. Po godnych filmu przygodach dotarła do polskiego wojska i została doń przyjęta – chętniej niż inne kobiety, z uwagi na umiejętności pisania na maszynie – przez przyszłego męża, porucznika Wincentego Lesława Wiśniewskiego.

Już jako małżeństwo zaraz po wojnie pojechali do Londynu, gdzie doc. Wiśniewski miał znajomego profesora biologii z dawnych czasów. Nie uległ namowom pozostania w Wielkiej Brytanii i przestrogom przed „nowym”, jakie w Polsce nastało. W 1947 r. powrócili z żoną do kraju.

PRACOWITE WAKACJE

Od 1948 r. doc. Wiśniewski był profesorem Uniwersytetu Warszawskiego i kierownikiem Katedry Zoologii Ogólnej, przekształconej później w Katedrę Biologii z sześcioma zakładami, wśród których był Zakład Parazytologii, a profesor tę właśnie specjalność zaczął uprawiać przed wojną. Odtąd zespół, który szybko wokół siebie zebrał, miał być ośrodkiem szeroko zakrojonych, pionierskich badań, w obrębie dopiero przeczuwanej dyscypliny naukowej.

W tym zespole była od początku Katarzyna Niewiadomska, dzisiaj profesor w Instytucie Parazytologii im. Witolda Stefańskiego. Przyszła na spotkanie do domu Wiśniewskich, zaprzyjaźniona z matką i córką od czasów pracowitych wakacji nad jeziorem Drużno i nad innymi jeziorami.

Przed wojną młody badacz pracował na Polesiu, później podjął systematyczne badania fauny innych akwenów, a były to badania wówczas „nadzwyczajne”, choć w bardzo zwyczajnych warunkach prowadzone. Ściągały studentów z różnych polskich uniwersytetów do wiejskich szkół, gdzie prof. Wiśniewski instalował skromne laboratorium i do wiejskich chat, gdzie się mieszkało. Trzeba było wyłowić okazy wszystkich gatunków zamieszkujących jezioro i zbadać, jakie pasożyty żyją w ich organizmach. Siedziało się nad tym, jak wspomina prof. Niewiadomska, od śniadania do obiadu i od obiadu do kolacji, na pewno zawsze wtedy, gdy profesor sam pracował, a pracował tak właśnie. Zamierzał zbadać trzy jeziora różnego pochodzenia i porównać wyniki z uzyskanymi w badaniu Drużna, najwcześniej opublikowanymi. Każde jezioro zabierało parazytologom mniej więcej dwa lata. Podczas pracy nad ostatnim profesor nagle zmarł, mając 54 lata.

We wspomnieniach uczniów pozostał jako mistrz wymagający, ale sprawiedliwy i człowiek serdecznie życzliwy innym. Dzieci, które bawiły się z paroletnią wówczas moją gospodynią z ulicy Wilczej, mają dzisiaj niemały naukowy i inny dorobek. Córka pani profesor zapamiętała swoje wkroczenie do pokoju i pytanie skierowane do pana siedzącego nad kuwetą: – Czy jest tu prof. Wiśniewski? – Dlaczego pytasz? – Bo mama mi powiedziała, że jak jest, mam nie wchodzić. – Madziu, zawsze możesz przyjść do mamy. Niejednemu z uczestników pracowitych „parazytologicznych wakacji” nieraz wstyd na wspomnienie spacerującego nerwowo po brzegu profesora, gdy zdarzyło się przypłynąć później niż było umówione.

PREKURSOR

Zainteresowania prof. Wiśniewskiego fauną jezior miały charakter prekursorski. Obejmowały cykl rozwojowy pasożytów, poszczególne jego stadia, w powiązaniu z całokształtem warunków panujących w danym zbiorniku wodnym, uzależnionych od charakteru jeziora, jego pochodzenia i innych czynników, które dzisiaj nazywamy ekologicznymi. Drogi krążenia pasożytów poprzez organizmy różnych żyjących w danym jeziorze gatunków odsłaniają wiele wzajemnych zależności między owymi gatunkami, pozwalają odpowiadać na pytania o to, co decyduje o równowadze biologicznej w danym środowisku. Takich badań przedtem nikt nie prowadził w terenie na tak dużą skalę.

Idee, a także metody badań profesora, ów szeroki zakrój i kompleksowość prac terenowych, stanowią trwały dorobek biologii i ekologii. Zyskały uznanie w świecie, są cytowane dotąd, a były powtarzane w różnych krajach, na ogół w bardziej komfortowych warunkach, z użyciem wyrafinowanej aparatury.

Po śmierci profesora w r. 1958 ówczesne władze uniwersyteckie przekształciły Zakład Parazytologii w placówkę o innym profilu. – Nie było woli politycznej – mówią zgodnie uczennica-następczyni i córka-sukcesorka ojcowskich pasji. Trudno to sobie wyobrazić młodszym kolegom, przywykłym do autonomii nauki jako jej naturalnego atrybutu. Nie zmarnował się jednak wielki trud mistrza ani jego nieustępliwe acz pełne życzliwości wysiłki wychowawcze.
– Profesor miał bardzo dużo inicjatyw, takich naukowo-społecznych – prof. Katarzyna Niewiadomska przypomina działalność swego mistrza w komitetach naukowych, towarzystwach, wszędzie tam, gdzie trzeba było „organizować polską parazytologię po wojnie”, a także popularyzować szerszą wiedzę biologiczną. Odznaczał się wszechstronnością właściwą temu pokoleniu polskich badaczy, które chciało służyć społeczeństwu tam, gdzie tego było potrzeba i wszystkimi duchowymi oraz umysłowymi potencjami, jakie ci ludzie posiadali.

SUKCESORKA

Katarzyna Wiśniewska, wcześnie przez ojca osierocona, mieszka, jak już wiemy, w swoim rodzinnym domu, przenikniętym pamięcią o nim. We własnej pamięci ma wszystkie te czteromiesięczne wakacje nad jeziorami, kiedy przyglądała się pracy jego uczniów.

– Moja droga, aczkolwiek w bardziej nowoczesnym wydaniu, była podobna do drogi ojca – mówi dzisiaj, mając spory etap drogi za sobą. Po studiach biologicznych pozostała w zakładzie zajmującym się badaniami terenowymi o charakterze ekologicznym. Badano m.in. faunę Warszawy i była to praca zespołowa, podobnie jak badania kierowane przez prof. Wiśniewskiego. Mówiła o tym podczas naszego spotkania w czasie przeszłym, dlatego że od szeregu lat zajmuje się raczej popularyzacją.

Instytut Zoologii PAN, którego dr Katarzyna Wiśniewska jest wicedyrektorem, składa się z dwóch części, placówki badawczej oraz muzeum posiadającego bogate, niezwykle cenne kolekcje. Tradycja sięga Gabinetu Zoologicznego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, którego staraniem otwarto w r. 1819 pierwszą wystawę w gmachu uniwersytetu. Zbiory rosły dzięki zesłańcom, którzy, jak Benedykt Dybowski czy jego uczeń Jan Czerski, badającfaunę Bajkału i innych odległych od Polski okolic, zbierali okazy zwierząt, nierzadko z gatunków później wymarłych. Od XIX w. mało mieliśmy w dziejach takich okresów, kiedy nie było pilniejszych potrzeb niż urządzanie muzeum zoologicznego. Dr Katarzyna Wiśniewska powiada: – To są dobra kultury narodowej: kolekcja sięgająca XVIII wieku i równej wartości biblioteka. Dzisiaj dobra te złożone w baraku podwarszawskiej miejscowości, zabezpieczone, ale niedostępne, czekają aż ziści się marzenie dr Wiśniewskiej o utworzeniu w Warszawie Muzeum Historii Naturalnej, jakie ma wiele światowych stolic. Wymaga to wielkich starań, tych pani Katarzyna nie szczędzi, ale też wielkich środków, o które zabiega dotąd bez skutku, gdyż ciągle inne potrzeby jawią się pilniejsze. Znajduje zrozumienie u wszystkich władz i osób, jakie mogłyby mieć wpływ na urzeczywistnienie idei, niewiele jednak więcej.

Długo rozmawiałam w domu państwa Wiśniewskich o tym, jak córka profesora i jego duchowa spadkobierczyni pojmuje własną służbę dzisiaj. Nie ma w tym nic rewolucyjnie nowego, tylko warunki są inne – dla badań naukowych pod wieloma względami lepsze, dla idei muzeum, która stała się celem jej działań, wciąż mało sprzyjające. Usłyszałam ważne stwierdzenia o tym, jak historia naturalna przynależy do narodowej kultury, jak wiedza o tym, „co tu mieszkało przez wieki”, powinna dopełniać znajomość tego, co ludzie mocą wyobraźni do życia powołali. Kolekcje zoologiczne, botaniczne, mineralogiczne są dobrami kultury, jak kolekcje dzieł sztuki, gdyż pokazują świat, ową ziemię, którą mamy sobie „czynić poddaną”, a bez dobrej znajomości możemy ją tylko zniewalać i niszczyć.

Katarzyna Wiśniewska dziedziczy po ojcu zainteresowania i pasję, po rodzicach – odporną na przeciwności wytrwałość, po dziadku Hauserze chyba – właściwe humanistom wyczucie harmonii ludzkich w świecie poczynań i powinności. Wszystko to jest wianem, w jakie wyposaża tradycja inteligencka – wciąż jeszcze.

Tekst powstał na podstawie audycji Rody uczone, nadanej w Programie BIS Polskiego Radia SA w lipcu 1999 r., sponsorowanej przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej. 
 

Komentarze