|
|
Poczta elektronicznaOkazuje się, że w nowej ekonomii niewidzialna ręka Paweł Misiak Dawno, dawno temu, kiedy telewizja była jeszcze czarno-biała, w programie dla dzieci i młodzieży pojawiała się „niewidzialna ręka”. Tajemniczy ten twór pomagał staruszkom i w ogóle spełniał różne dobre uczynki. Miało to może coś wspólnego z harcerstwem? – po tylu latach pamięć już zawodzi. Zostało w niej tylko hasło „Niewidzialna ręka – to ty!” i obraz czarnego odcisku dłoni na ekranie telewizora.
Dziś określenie „niewidzialna ręka” kojarzy się, zwłaszcza ludziom młodym, wyłącznie z kapitalistycznym rynkiem. Jakaż jednak różnica między tą a tamtą – rodem z siermiężnego socjalizmu! Tamta, z Telewizji Dziewcząt i Chłopców, pomagała potajemnie słabszym i potrzebującym. Niewidzialna ręka rynku robi dobrze nielicznym i to zazwyczaj najsilniejszym. Staruszkom akurat najmniej, zwłaszcza w naszym kraju. Żeby odnieść korzyść z jej działania, trzeba wpaść na dobry pomysł i nieźle się naszarpać, a i tak bez gwarancji sukcesu. Ta korzyść, czyli sukces, znaczy – duża kasa. A tak na marginesie – ciekawe, że za socjalizmu ważniejsze były dobre uczynki niż materializm codzienny, a w kapitalizmie jakby na odwrót. ZARABIAĆ NIE ROBIĄC WIELEPonieważ w kapitalizmie miarą powodzenia, skuteczności i wartości działania jest wspomniana kasa, miliony ludzi na całym świecie gorączkowo szukają sposobów na jej zdobycie. Mądrość ludowa mówi, że cierpliwością i pracą..., lecz jest to relikt czasów dawno minionych i wyraz naiwnego widzenia mechanizmów świata. Już od dawna bowiem co bardziej przedsiębiorczy przedstawiciele społeczeństwa kapitalistycznego wymyślali sposoby na to, żeby zarobić, a nie narobić się. Jednym z szacownych „urządzeń społecznych” temu służących jest na przykład giełda. Deko handlu lepsze niż kilo roboty, powiada porzekadło. Szczególnie dobrze pasuje do rynku giełdowego. Handel towarami materialnymi bowiem wymaga także pracy fizycznej – pozyskania tego towaru i dostarczenia go odbiorcy. Giełda natomiast to handel przedmiotami czysto wirtualnymi, symbolicznymi, jakimi są papiery wartościowe. Jak twierdzą analitycy, na giełdowe notowania mają wpływ wszelakie czynniki, od tak przyziemnych, jak kondycja spółek akcyjnych czy całej gospodarki, do zupełnie – na pierwszy rzut oka – abstrakcyjnych, jak emocje giełdowych graczy i liczba plam na Słońcu. Umiejętne poruszanie się w gąszczu wzajemnych uwarunkowań tychże czynników i obrócenie ich na swoją korzyść może przynieść całkiem niezłe dochody. Zdarzają się sytuacje, gdy giełda zamienia się (dla nielicznych) w maszynkę do robienia dużych pieniędzy. Ale by do tego doszło, trzeba mieć dużo cierpliwości, intuicji, dobrej informacji i szczęścia, a o to wszystko naraz bardzo trudno. ŁAPANIE OKAZJIAle pieniądze można zrobić także na dobrych pomysłach, choć nie zawsze twórca ma z nich profity. W historii cywilizacji znaleźć można niejeden przykład sytuacji, gdy odkrywca lub wynalazca przymiera głodem, a korzystający z jego dzieła sprytni gracze rynkowi zgarniają pieniądze garściami. Choć sami prochu nie wymyślili, potrafili go jednak umiejętnie i z dużą dla siebie korzyścią sprzedać. Jeśli spojrzymy na niedawną historię teleinformatyzacji świata, możemy dostrzec pewne podobieństwo sytuacji. Oto naukowcy wymyślili najpierw komputery, a potem sieci, głównie w celu ułatwienia sobie pracy i wzajemnej komunikacji. Kiedy technologia dojrzała i staniała na tyle, by opłacała się produkcja masowa, sprawą zajęli się spece od robienia pieniędzy. Dość szybko wmówili światu, że bez komputera nie da się żyć. I rzeczywiście, w ciągu kilku lat pecety stały się towarem masowo sprzedawanym. Podobnie było z Internetem. Najpierw łączył przede wszystkim uczelnie i placówki badawcze oraz służył wymianie informacji między naukowcami. Wkrótce jednak zaczął się pojawiać w coraz to innych obszarach życia społecznego, aż zawędrował pod strzechy. Doszło do tego, że jeden z największych potentatów na rynku komputerowym rzucił nawet hasło, iż dopiero sieć to komputer. NOWA EKONOMIANie trzeba było długo czekać na pojawienie się „nowej gospodarki” w postaci firm działających wyłącznie w cyberprzestrzeni, które z czasem poczęto nazywać dotcomami. Ideolodzy tej nowej drogi twierdzą, że stanowi ona globalną rewolucję cywilizacyjną. Oto przykładowy cytat z internetowej Encyklopedii Nowej Ekonomii: rozwój i rozprzestrzenianie się technologii teleinformatycznych zmienia w sposób gruntowny teorię i praktykę w takich dziedzinach, jak: biznes, zarządzanie, ekonomika i marketing. Wszystko co myśleliśmy, że wiemy o biznesie, jest podawane w wątpliwość – pisał Robert D. Hof jesienią ubiegłego roku w tygodniku „Business Week”. Mr. Hof nie jest odosobniony w tym poglądzie. Takie terminy, jak: telepraca, portal, marketing wirusowy, globalizacja, efekt sieciowy, e-handel, wirtualna korporacja, prawo Moore’a wchodzą na stałe do słownika świata biznesu. Określenia te powstały w celu opisania tego nowego środowiska prowadzenia działalności gospodarczej. Oznaczają one zjawiska, które już zostały uchwycone w aparat pojęciowy. Wiele innych zjawisk oczekuje jeszcze na odpowiednie terminy pozwalające nazwać ich istotę. Wydaje się też, że Nowa Ekonomia, jak każda chyba rewolucja, nie przybrała jeszcze ostatecznego kształtu. Można nawet wątpić, czy w ogóle przyjmie ona kiedykolwiek jakąś ostateczną formę. Wszak ciągła innowacja jest jedną z jej najbardziej podstawowych cech charakterystycznych. To że wielu rzeczy w tej dziedzinie nie potrafimy jeszcze nawet nazwać, nie przeszkadza spróbować na niej zarobić. Pewne sprawy wyjaśniają się przy okazji konkretnych działań, choć często owo zrozumienie łączy się z goryczą porażki. Jednym z pomysłów na robienie prawdziwych pieniędzy w wirtualnym świecie są portale. Według internetowej encyklopedii, portal to rodzaj wielotematycznego serwisu internetowego. Poprzez portal użytkownicy Sieci mają dostęp do najnowszych informacji z różnych dziedzin, z reguły portale wyposażone są też w mechanizm wyszukiwania plików (stron www) w Internecie. Za pomocą portalu można więc otrzymać dowolną interesującą nas informację. Inaczej mówiąc, portal ma jakoś porządkować nieprzebrane zasoby Sieci, pomagać zorientować się i znaleźć drogę w panującym tam chaosie informacyjnym, ale też informacje zbierać, segregować i przekazywać internautom. Zadania portalu można zatem widzieć podobnie, jak zadania mediów tradycyjnych (zwłaszcza prasy), które zbierają i przekazują informacje, pomagając odbiorcom w porządkowaniu obrazu świata, wyjaśniając znaczenie zdarzeń. (W praktyce bywa różnie – media nie tylko opisują i wyjaśniają świat, ale próbują go też zmieniać kreując zdarzenia. Czkawka po Marksie?) DZIENNIKARSKIE ELDORADO?Nic więc dziwnego, że tworzenie portali wydało się zadaniem idealnym dla dziennikarzy. W mediach tradycyjnych panuje duży tłok, o dobrą pracę trudno, a na rynek co roku trafiają kolejne rzesze absolwentów różnych dziennych, zaocznych, państwowych i prywatnych studiów dziennikarskich oraz rozmaitych kursów z tej dziedziny. Działa tu chyba magia nazwy zawodu, że młodzi ludzie chcą się tłumnie kształcić w tym właśnie kierunku, choć często słono ich to kosztuje. Portale internetowe wydały się więc nową ziemią obiecaną dla żurnalistów. W naszym Internecie wysyp portali nastąpił mniej więcej przed dwoma laty. W porywach ogłaszano uruchomienie dwóch, a nawet trzech w ciągu miesiąca. W Sieci i gazetach pojawiały się ogłoszenia o naborze do pracy dziennikarzy ze znajomością podstaw komputera i Internetu. Widać było wyraźny boom, także na giełdzie. Akcje spółek giełdowych, niezależnie od branży, szły w górę, gdy tylko podano informację o zainteresowaniu inwestowaniem w Internet. Co bardziej wnikliwi analitycy ostrzegali, że w polskojęzycznej cyberprzestrzeni jest miejsce co najwyżej na parę portali z prawdziwego zdarzenia. Wszelako każdemu startującemu w tej konkurencji zdawało się, że to on właśnie znajdzie się wśród wybranych. Z początkiem XXI stulecia nadszedł czas weryfikacji portalowych pomysłów i nadziei. W okresie rozruchowym inwestorzy dawali pieniądze na działalność, karmieni obietnicami przyszłych, lecz niezbyt odległych w czasie zysków nowoekonomicznych. Nadzieje na pomyślny obrót spraw oparte były najczęściej na obserwacjach zza oceanu, najlepiej rozwiniętej gospodarki świata, gdzie można było znaleźć wiele spektakularnych przykładów sukcesu w „branży portalowej”. Zapewne jednak nie przyglądano się dokładnie przypadkom niepowodzeń, a wiele można się było z nich nauczyć, na przykład tego, iż nawet pokaźne zaplecze finansowe nie gwarantuje sukcesu. BRUTALNE PRAWA RYNKUWiele polskich portali powstawało dzięki bardzo wirtualnym funduszom, to znaczy obietnicom pieniędzy. Bieżące koszty utrzymania portalu to głównie opłaty za infrastrukturę komunikacyjną i serwerową oraz płace dla pracowników technicznych i merytorycznych. Bez tych pierwszych portal w ogóle nie może funkcjonować, bo ktoś musi dbać o utrzymanie systemów i łączności w działaniu. Jeśli więc inwestorzy (może należałoby większość z nich nazwać sponsorami) nie widząc bliskiej perspektywy zysków przykręcają kurek z pieniędzmi, oszczędza się w pierwszym rzędzie na personelu merytorycznym, czyli zwalnia ludzi, których zadaniem było tworzenie własnej, indywidualnej zawartości informacyjnej portalu. Innymi słowy, w padających portalach zaczęto redukować dziennikarzy. Portal, który chce istnieć nadal jako portal, pozbawiony własnych źródeł informacji musi zacząć kupować ją od innych. Wszelako tym samym zaczyna się upodabniać do innych, co z kolei oznacza utratę własnej wartości. Portal bowiem, jako serwis bardzo ogólny (patrz definicja), tym więcej jest wart, im bardziej wyróżnia się (in plus) spośród innych. Wtedy bowiem rośnie jego „oglądalność”, a to już ma proste przełożenie na dochody z reklam. Ponieważ łączny krajowy internetowy budżet reklamowy jest raczej ograniczony, stąd szansa przetrwania i zarobienia na siebie zaledwie kilku portali. Padający portal może po prostu zniknąć, może się sprzedać większemu, wraz ze swymi dotychczasowymi klientami, serwerami i łączami, albo przekształcić w wortal, czyli serwis zawężony tematycznie. Tych ostatnich wszelako też jest już sporo na rynku, więc coraz trudniej znaleźć „nie zamieszkaną” jeszcze niszę. Jednym udaje się jakoś przetrwać, inni, wcale liczni, muszą jednak szukać nowego sposobu na życie. Okazuje się więc, że w nowej ekonomii niewidzialna ręka rynku działa jakby podobnie, jak w starej. Nie wydaje się, by owe ciemne, niezrozumiałe i nienazwane jeszcze (wedle przytoczonego wcześniej fragmentu) aspekty nowej ekonomii były miejscem cudów, w rozumieniu ekonomii tradycyjnej. Jedynie stosowany przy okazji „kit marketingowy” opiera się na kolorowych wizjach nowego świata, żyjącego w cyberprzestrzeni. Ale życie raz jeszcze pokazuje, że nie jest bajką, niestety.
|
|
|