Strona główna

Archiwum z roku 2001

Spis treści numeru 12/2001

Utracony Afganistan
Poprzedni Następny

Sposób bycia

Już podczas drugiej wyprawy do Afganistanu
potrafił się dogadać z miejscowymi.

Piotr Kieraciński

Górska przygoda prof. Wojciecha Kapturkiewicza rozpoczęła się podczas studiów. Potem, zajęty karierą zawodową, na 8 lat stracił kontakt z górami. Powrócił do wspinaczki z innym niż pierwotnie nastawieniem. Problemy techniczne przestały być głównym punktem ciężkości. Nie widzi już w alpinizmie jedynie sposobu na spędzenie weekendu lub wakacji. – Nie jest to, co prawda, sposób na życie, ale przynajmniej znaczące jego dopełnienie – stwierdza obecnie.

STARA DUBELTÓWKA

Przez wszystkie lata przeżył w górach mnóstwo przygód, poznał najważniejszych ludzi polskiego alpinizmu, z wieloma się zaprzyjaźnił. Doświadczenia zdobyte podczas wypraw w odległe i egzotyczne regiony pozwoliły mu na sformułowanie dwóch ważnych zasad.

Po pierwsze, docenił wartość kontaktów z ludnością zamieszkującą tereny, które przyszło mu odwiedzać. Podczas jednej z pierwszych wypraw do Turcji w pobliżu góry Ararat (5122 m n.p.m.) niespodziewanie polską grupę otoczyła gromada kurdyjskich pasterzy. Zaczęli coś wykrzykiwać w swoim języku. Polscy alpiniści nie reagowali na zaczepki. Wtedy z proc Kurdów poleciały kamienie. – Musieliśmy w tej sytuacji nawiązać z nimi kontakt – wspomina Kapturkiewicz. Pasterze zaprowadzili Polaków do swojej wioski, złożonej z kilku wielkich namiotów z czarnej wełny. Podczas rozmowy, prowadzonej na poły po angielsku, na poły po turecku, a w dużej mierze na migi, okazało się, że chcą być przewodnikami Polaków na Ararat – oczywiście za opłatą. Targi były zacięte, jako argument wodzowi wioski posłużyła nawet stara dubeltówka. – Presji psychicznej nie wytrzymała jedyna w naszej ekipie kobieta – rozpłakała się. Na widok kobiecych łez, wódz przystał na proponowaną przez nas cenę – wspomina prof. Kapturkiewicz. Negocjacje zakończyły się uroczystą ucztą wydaną przez wodza wioski na cześć Polaków. – Jedliśmy wszyscy palcami z jednej miski. Na drugi dzień młody Kurd załadował bagaże polskiej ekspedycji na dwa osiołki. – Powędrował z nami do pierwszego obozu. Okazało się jednak, że nie było tam wody. Wtedy nasz przewodnik zniknął między skałami. Po chwili, zanim wrócił, spośród skał zaczęła płynąć woda.

JEDEN DZIEŃ

– Kontakt z miejscowymi najwspanialszy jest wtedy, gdy potrafimy porozumieć się ich językiem. Najsilniejsze więzy łączą prof. Kapturkiewicza z Afganistanem. – Nie mogę pogodzić się z jego utratą – mówi. – Gdy 29 grudnia 1979 r. usłyszałem przez radio o wkroczeniu wojsk radzieckich do Afganistanu, zrozumiałem, że jest to rejon dla nas, alpinistów, na zawsze stracony. Wcześniej był tam cztery razy. Nauczył się porozumiewać w miejscowym języku. – Ta historia związana jest z Bolesławem Chwaścińskim, polskim inżynierem, który tuż przed II wojną światową pracował w Afganistanie, a po wojnie zorganizował pierwszą polską wyprawę w Hindukusz. Opracował on niewielki słowniczek polsko-farsi, zawierający fonetyczny zapis ok. 1,5 tys. słów z języka farsi. Z tej książeczki oraz od tubylców uczył się prof. Kapturkiewicz. Już podczas drugiej wyprawy do Afganistanu potrafił się dogadać z miejscowymi. Gdy kolejny raz przybywał do Kadzi Deh – wioski leżącej w dolinie u stóp Noszaka (7492 m n.p.m. – najwyższa góra Afganistanu) – witany był jak stary znajomy.

Gdy pojechał trzeci raz do Afganistanu, władze tego kraju wprowadziły przepisy, które miały zapewnić wpływy do budżetu z turystyki. Uzyskanie zezwoleń na wspinaczkę nie tylko kosztowało, ale też zajmowało sporo czasu. Gdy Kapturkiewicz znalazł się przed obliczem dostojnego urzędnika, ten zaczął tłumaczyć łamanym angielskim, że trzeba załatwić szereg pozwoleń i wziąć miejscowego przewodnika. Gdy Kapturkiewicz odpowiedział w farsi, że sam będzie przewodnikiem, bo najlepiej zna tamtejsze góry – tu posypały się nazwy miejscowości, rzek, gór i przełęczy – afgański urzędnik zaniemówił z wrażenia. Po raz pierwszy spotkał obcego mówiącego w miejscowym języku i znającego tak dobrze kraj. Zamiast zwyczajowego tygodnia, wszystkie formalności udało się załatwić w ciągu jednego dnia.

Z PIĄTKU NA SOBOTĘ

Także w Afganistanie Kapturkiewicz docenił znaczenie partnerstwa w górach. – Na co dzień nie jest to może aż tak ważne, jednak na dużych wysokościach, gdy życie jest nieustannie zagrożone, ludzie różnie się zachowują – mówi. – Jedni dają z siebie wszystko, drudzy starają się wozić na tych pierwszych. Konkluzja jest taka, że nieważne, w jakie góry się jeździ, ale z kim się jeździ. Do dziś niezastąpionym partnerem bliższych i dalszych wypraw krakowskiego uczonego jest znakomity topograf górski (z zawodu, nawiasem mówiąc, inżynier mechanik) Jerzy Wala. – Gdy dzwonię do niego w piątek z propozycją wyjazdu w góry w sobotę rano, prawie zawsze mogę liczyć na to, że pojedziemy się wspinać.

dr hab. inż. Wojciech Kapturkiewicz, prof. AGH, pracuje na Wydziale Odlewnictwa Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

Komentarze