|
|
Poczta elektronicznaCzy Internet może poprawić wyniki pracy naukowej? Owszem,
może, także Paweł Misiak Tytułowe hasło nie ma być narzuconą ideą ani programem działania, jak zbliżone w formie wezwanie Fidela Castro. Ma tylko zwrócić uwagę na przemiany, które dokonują się na naszych oczach w dziedzinie globalnego dyskursu naukowego, wymiany myśli, idei i wyników, w szczególności zaś publikacji. Przez łamy „Forum” przewinęło się już sporo tekstów, których autorzy wiedli gorące spory na temat znaczenia publikacji w procesie ewaluacji pracy naukowej. Z jednej strony stają „technokraci”, najczęściej „pochodzący” z okolic nauk ścisłych, pokładający ufność we wskaźnikach, liczbach i wzorach, za pomocą których można wyliczyć, że np. dr X. jest o 13,57 proc. wydajniejszy (czyli lepszy) jako naukowiec niż dr inż. Y. Z drugiej strony, mamy głównie humanistów (w potocznym, szerokim rozumieniu) czy przedstawicieli bardzo wąskich specjalności, dla których częstość cytowań, liczba publikacji bądź „siła uderzeniowa” (impact factor) czasopism, w których pojawiają się ich artykuły, są kompletnie nieadekwatne jako wskaźniki wartości pracy naukowej. W szerszej perspektywie spór ten wydaje się być odbiciem zasadniczych różnic światopoglądowych w pojmowaniu nauki, z którymi filozofowie tejże zmagają się od dobrych kilkuset lat. Nie jest moim zamiarem wdawanie się w ów spór, z pozoru teoretyczno-naukoznawczy, lecz mający wielce przyziemne konsekwencje, zwłaszcza dla średniej kadry naukowej. Chcę raczej wtrącić trzy grosze, zwracając uwagę na konsekwencje – już widoczne i antycypowane – obecności Internetu na biurkach i w laboratoriach uczonych. Choć już wiele farby drukarskiej zużyto na opisanie różnych wątków tego zagadnienia, warto doń co jakiś czas wracać, by wziąć pod uwagę nowe fakty i zjawiska, i wyciągnąć z nich wnioski praktyczne. Niejeden raz pisano już, także w tym miejscu, o Cyberprzestrzeni jako środowisku niezmiernie przyjaznym dla naukowców pod względem możliwości wymiany informacji, wyrównywania szans dostępu do bieżących wyników czy zdalnej współpracy. Kluczowe znaczenie ma przy tym szybkość, łatwość i taniość (z punktu widzenia pojedynczego użytkownika) wielostronnej komunikacji zarówno z osobami, jak i szeroko rozumianymi zbiorami rozmaitych danych. Wśród tych ostatnich niepoślednie miejsce zajmują „biblioteki” czy też „składy” dostępnych on-line publikacji naukowych, bibliografii i rozmaitych indeksów. O ułatwieniach, jakie dają, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Każdy, kto miał okazję korzystać z Internetu, wie albo z łatwością potrafi to sobie wyobrazić. Niemniej we wspomnianym wyżej kontekście naukometrii warto przyjrzeć się bliżej zmianom, jakie wniósł Internet do sposobu uprawiania nauki. STUDIA Z LITERATURY PRZEDMIOTUTak zwany przeciętny obywatel, zapytany, co przychodzi mu na myśl odnośnie do pracy naukowej, przedstawi najprawdopodobniej stereotypowe obrazki: człowieka w białym fartuchu przy stole laboratoryjnym i okularnika ślęczącego nad stertą książek, czasopism i papierów. I rzeczywiście, można się chyba pokusić o stwierdzenie, że człowiek aktywny naukowo poświęca „papierom” sporo czasu, a jeśli jest teoretykiem, są one zarazem jego „laboratorium”. Nic zatem dziwnego, że wszelkie ułatwienia w dostępie do literatury naukowej bądź źródeł są przyjmowane z zadowoleniem, a nawet wywołują rodzaj uzależnienia. Żyjemy w czasach, gdy produkcja literatury naukowej w każdej niemal dziedzinie wiedzy znacznie przewyższa możliwości jej odbiorców – naukowców, do odnalezienia i przyswojenia sobie wszystkich pojawiających się na określony temat informacji. Drugi, oprócz gwałtownie rosnącej ilości, czynnik charakterystyczny dla produkcji naukowej naszych czasów, to zawrotne tempo. Nowe prace, nieważne – istotne, przyczynkarskie czy wtórne – pojawiają się coraz szybciej. Cykl edycyjny tekstów w papierowych czasopismach jest o wiele za długi, jak na dzisiejsze potrzeby. W tym względzie media elektroniczne, z Internetem na czele, pozwalają radykalnie skrócić czas potrzebny na rozpowszechnienie uzyskanych wyników, obmyślanych hipotez czy opracowanych teorii. Dzięki komputerom i globalnej Sieci naukowcy zyskali nowe, niezwykle sprawne narzędzia wyławiania interesujących ich informacji z masy światowego piśmiennictwa. Oczywiście, możliwości ich użycia silnie zależą od uprawianej dyscypliny. Do zdigitalizowanych w najwyższym stopniu należą niektóre specjalności nauk ścisłych, przede wszystkim fizyka wysokich energii oraz nauki komputerowe (co, oczywiście, nie powinno dziwić, jeśli się pamięta, że to fizycy z CERN-u stworzyli podstawy WWW, czyli panującej dziś w Sieci metody organizacji hipertekstu, a komputerowcy zajmują się samą materią cyfrowego świata). Mając na względzie postępującą komputeryzację i internetyzację wielu aspektów życia, w szczególności naukowego, można się spodziewać, że i inne gałęzie nauki pójdą w tę stronę. Obecnie w Internecie dostępnych jest już ponad milion artykułów naukowych. UŚWIADOMIONA KONIECZNOŚĆOkazuje się, że oto znaleźliśmy się w sytuacji, gdy komunikacja naukowa poprzez Cyberprzestrzeń jest już nie tylko pewnym udogodnieniem, lecz staje się koniecznością. Wniosek taki nasuwa się po lekturze doniesienia Steve’a Lawrance’a w „Nature” (nr 6837), poświęconego zależnościom między cytowaniami prac a ich dostępnością on-line. Badania przeprowadzono na podstawie publikacji z nauk komputerowych i pokrewnych. To dobry materiał, jako że znaczący procent spośród całego piśmiennictwa z tej dziedziny jest dostępny w Cyberprzestrzeni. W kwestii szczegółów metodologicznych pozwolę sobie odesłać Czytelnika do źródła, wspomnę tu jedynie, że w badaniach pomijano autocytowania, to znaczy powoływanie się na prace, które mają choćby jednego autora wspólnego z pracą cytującą. Należy też zaznaczyć, że publikacje służące za materiał badawczy zostały wydane tradycyjnie, w postaci drukowanej, ich wersja on-line była zaś dodatkowym kanałem rozpowszechniania. Wyniki pokazują bardzo silną korelację między liczbą cytowań artykułu a prawdopodobieństwem dostępności jego zdigitalizowanej wersji w Internecie. Innymi słowy, im częściej cytowana praca, tym większe prawdopodobieństwo, że można ją znaleźć on-line. W szczególności, w zbiorze badanych publikacji (około 120 tys., z okresu 11 lat) średnia liczba cytowań prac publikowanych tylko off-line wynosi 2,74, podczas gdy wśród dostępnych on-line ma wartość 7,03. Jeśli dodatkowo uwzględnić zależność częstości cytowania i digitalizacji od roku ukazania się (starsze prace są sumarycznie częściej cytowane, ale też rzadziej dostępne w sieci), średnia liczba odniesień do prac on-line okazuje się 4,5 razy większa niż do publikacji wyłącznie papierowych. Jak zaznacza Lawrance, z uzyskanych wyników nie sposób wywnioskować, co jest przyczyną, a co skutkiem obserwowanych korelacji cytowań z dostępnością w Sieci. Być może prace istniejące on-line są częściej przytaczane dzięki temu, że znacznie łatwiej i wygodniej do nich dotrzeć – nie wymaga to wysiłku pójścia do biblioteki, a tym bardziej długiego czekania na sprowadzenie kopii – wystarczy tylko „poklikać” myszką i jest „pod ręką”. Ale może być na odwrót – wysoki poziom merytoryczny publikacji wiąże się z wysokim wskaźnikiem cytowań, a przy okazji zwiększa prawdopodobieństwo jej znalezienia się w Cyberprzestrzeni. Lawrance pisze, że intuicyjnie skłania się ku pierwszemu wyjaśnieniu. Innymi słowy, wygoda i łatwość dostępu do pracy zwiększają jej cytowalność. PRACE NA SIEĆ, PISARZE DO PIÓR!Jeśli przyjąć, że podobne tendencje i mechanizmy działają także w innych dziedzinach nauki, wnioski nasuwają się same. O ile z jakiegoś powodu (np. kryteriów oceny pracowników) wskaźniki cytowalności są istotne, należy dążyć do publikowania również wersji internetowych. Zwykle wymaga to dodatkowego wysiłku – zapisania publikacji w jakimś uniwersalnym, czytelnym elektronicznie formacie, a także uzyskania zgody wydawcy wersji drukowanej na taki sposób rozpowszechniania. Najwygodniej, gdy czasopismo albo zbiór artykułów jest wydawany jednocześnie w wersji papierowej i elektronicznej. Dążenie do udostępniania prac naukowych w Internecie ma też o wiele szerszy aspekt, który można nazwać kulturotwórczym. Także na łamach „Forum” pojawiają się od czasu do czasu ubolewania nad słabym transferem wyników naukowych do powszechnego, społecznego obiegu myśli. Działalność popularyzatorska nie jest zbytnio ceniona, więc kariera w tej dziedzinie prawie nikogo nie pociąga. Grono ludzi parających się zawodowo pisarstwem naukowym, zwanych po angielsku science writers, jest w naszym kraju – delikatnie mówiąc – bardzo nieliczne. Czy są potrzebni? Jak najbardziej, jeśli przyjąć, że funkcjonowanie nauki w naszym społeczeństwie i państwie, w szczególności zaś jej finansowanie, ma być zorganizowane wedle podobnych reguł, jak w krajach o rozwiniętej demokracji. Science writer bowiem, to pracujący na rzecz środowiska naukowego specjalista od komunikacji społecznej, czyli public relations. A jeśli nauka ma się cieszyć społecznym uznaniem, musi mieć dobrą prasę. Sytuację tę świetnie określa aforyzm Leca: Nie wystarczy mówić do rzeczy, trzeba mówić do ludzi. W obecnej zabieganej rzeczywistości, jeśli nawet ktoś odpowiednio przygotowany i pełen chęci chce się zabrać do wprowadzania osiągnięć rodzimych naukowców w obieg społecznej świadomości, musi zadać sobie wiele trudu, by dotrzeć do „jeszcze ciepłych” prac na jakiś temat. Publikowanie w Sieci nie dość, że znakomicie tę rzecz ułatwia, to w dodatku nie wymaga wielkich kosztów, co wobec finansowej mizerii nauki polskiej jest jeszcze jednym powodem do wznoszenia tytułowego hasła. A poza tym, w Cyberprzestrzeni można spotkać coraz więcej ludzi. |
|
|