|
|
Szkiełko w okuPiotr M?ldner-Nieckowski Właśnie został zlikwidowany komitet kinematografii. W kręgach i poza kręgami mówi się, że jedna koteria wysłała na zieloną trawkę drugą i że nie ma to nic wspólnego z dbałością o polską kulturę. Być może tak jest, ale rzecz w tym, że nowa miotła usunęła głośny twór po to, żeby nadal robić to samo, tylko znacznie ciszej albo po prostu inaczej. Przetasowania tego rodzaju zawsze budziły podejrzenia o nieczystą grę, i to bez względu na opcję polityczną. Polski film miał dotychczas lepsze wejścia niż inne dziedziny kultury, a teraz chyba wszystko się zrówna. Za jakiś czas okaże się, jak blisko ziemi znajduje się poziom tego spłaszczania. Jedno jest pewne, tak zwane dobre nazwiska, z Andrzejem Wajdą na czele, nie będą mogły już liczyć na to źródło finansowania. Nowy minister kultury Andrzej Celiński zapowiada, że będzie promować debiutantów i dokumentalistów. Poczekamy, zobaczymy. Tymczasem jeszcze jesteśmy pod wrażeniem ostatniej superprodukcji pod tytułem „Quo vadis”. Miałem nadzieję, że tak doświadczony reżyser, jak Kawalerowicz, zachowując ciągłość akcji, przedstawiając świat historyczny, postara się o współczesną diagnozę, da choć trochę do myślenia. Cóż za zawód! Obejrzałem ciągi ładnych, ale przydługich scen, z których łącznie nic nie wynikało. Aktorstwo kiepskie, niespójna i pozbawiona dramaturgii akcja. Po projekcji w pamięci zostało niewiele, ale pojawiły się emocje, zwłaszcza te związane z pytaniem: dlaczego? Całkiem niedawno oglądaliśmy agresywnie reklamowane filmy Jerzego Hoffmana „Ogniem i mieczem” i Filipa Bajona „Przedwiośnie”. Oba pozostawiły ten sam niedosyt. Obu też można przedstawić podobne zarzuty co „Quo vadis”: nieodczuwalna fabuła, bałagan narracyjny. Po takich dawkach kosztownego kina widz musi się zacząć zastanawiać, na co poszły tak wielkie pieniądze, i przychodzi mu na myśl, że wśród dużych wydatków znajduje się wcale niebłaha pozycja: scenariusz. Wystarczy spojrzeć na listę płac. Otóż scenariusze napisali sami reżyserzy. Nie trzeba wymieniać następnych nazwisk. To się w kółko powtarza. Okazuje się, że wielu naszych artystów filmowych nie ma zaufania do nikogo i
do niczego, z wyjątkiem tego, co wymodzili sami. Może z wyjątkiem Wajdy, który
scenariusze dopracowuje jeszcze na planie i w montażu, korzystając z pomocy
aktorów, kamerzystów, a nawet przygodnych obserwatorów. Żaden z pozostałych nie
jest w stanie zapanować nad całością skomplikowanego procesu kręcenia filmu. Nie
dopuszczają krytyki, nie słuchają uwag ogólnych, z rzadka zgadzają się na zmiany
w szczegółach. Skutki są więcej niż złe. Bogowie kinematografii! Tak, i niestety
nie tacy zawodowcy jak Roman Polański czy Agnieszka Holland, u których każdy
pracownik ma określone zadanie do samodzielnego wykonania, pasujące jak ulał do
całej łamigłówki, albo Krzysztof Kieślowski, który nie ufał przede wszystkim
sobie samemu, a scenariusze brał od Krzysztofa Piesiewicza. Takich pytań można stawiać więcej, a wszystkie obracają się wokół jednego –
nieefektywności zarządzania, która prowadzi do zaniku idei. Proces degrengolady
zaczyna się od góry i, kierując ku dołowi, niszczy po drodze wszystko, co
nazywamy sprawnością działania. Scentralizowane myślenie powoduje
niesamodzielność pracowników, ci tracą wiarę w siebie i nabierają niechęci do
podejmowania najprostszych decyzji, to z kolei sprzyja popełnianiu błędów na
skutek braku koordynacji „góra firmy – doły wykonawcze”, w związku z tym zmusza
do wzmożenia kontroli każdego poczynania w zakładzie, a że nie sposób mieć
baczenia na wszystko, całość powoli zaczyna się rozsypywać. W świadomości
pracowników koduje się paradoksalne poczucie bezkarności (nikt nad niczym nie
panuje), a to z kolei wyzwala lekceważenie obowiązków i wstręt do myślenia. E-mail: pmuldner@mp.pl |
|
|