Strona główna

Archiwum z roku 2001

Spis treści numeru 12/2001

Kto pisze scenariusze?
Poprzedni Następny

Szkiełko w oku

Piotr M?ldner-Nieckowski

Fot. Stefan Ciechan

Właśnie został zlikwidowany komitet kinematografii. W kręgach i poza kręgami mówi się, że jedna koteria wysłała na zieloną trawkę drugą i że nie ma to nic wspólnego z dbałością o polską kulturę. Być może tak jest, ale rzecz w tym, że nowa miotła usunęła głośny twór po to, żeby nadal robić to samo, tylko znacznie ciszej albo po prostu inaczej. Przetasowania tego rodzaju zawsze budziły podejrzenia o nieczystą grę, i to bez względu na opcję polityczną. Polski film miał dotychczas lepsze wejścia niż inne dziedziny kultury, a teraz chyba wszystko się zrówna. Za jakiś czas okaże się, jak blisko ziemi znajduje się poziom tego spłaszczania. Jedno jest pewne, tak zwane dobre nazwiska, z Andrzejem Wajdą na czele, nie będą mogły już liczyć na to źródło finansowania. Nowy minister kultury Andrzej Celiński zapowiada, że będzie promować debiutantów i dokumentalistów. Poczekamy, zobaczymy.

Tymczasem jeszcze jesteśmy pod wrażeniem ostatniej superprodukcji pod tytułem „Quo vadis”. Miałem nadzieję, że tak doświadczony reżyser, jak Kawalerowicz, zachowując ciągłość akcji, przedstawiając świat historyczny, postara się o współczesną diagnozę, da choć trochę do myślenia. Cóż za zawód! Obejrzałem ciągi ładnych, ale przydługich scen, z których łącznie nic nie wynikało. Aktorstwo kiepskie, niespójna i pozbawiona dramaturgii akcja. Po projekcji w pamięci zostało niewiele, ale pojawiły się emocje, zwłaszcza te związane z pytaniem: dlaczego? Całkiem niedawno oglądaliśmy agresywnie reklamowane filmy Jerzego Hoffmana „Ogniem i mieczem” i Filipa Bajona „Przedwiośnie”. Oba pozostawiły ten sam niedosyt. Obu też można przedstawić podobne zarzuty co „Quo vadis”: nieodczuwalna fabuła, bałagan narracyjny.

Po takich dawkach kosztownego kina widz musi się zacząć zastanawiać, na co poszły tak wielkie pieniądze, i przychodzi mu na myśl, że wśród dużych wydatków znajduje się wcale niebłaha pozycja: scenariusz. Wystarczy spojrzeć na listę płac. Otóż scenariusze napisali sami reżyserzy. Nie trzeba wymieniać następnych nazwisk. To się w kółko powtarza.

Okazuje się, że wielu naszych artystów filmowych nie ma zaufania do nikogo i do niczego, z wyjątkiem tego, co wymodzili sami. Może z wyjątkiem Wajdy, który scenariusze dopracowuje jeszcze na planie i w montażu, korzystając z pomocy aktorów, kamerzystów, a nawet przygodnych obserwatorów. Żaden z pozostałych nie jest w stanie zapanować nad całością skomplikowanego procesu kręcenia filmu. Nie dopuszczają krytyki, nie słuchają uwag ogólnych, z rzadka zgadzają się na zmiany w szczegółach. Skutki są więcej niż złe. Bogowie kinematografii! Tak, i niestety nie tacy zawodowcy jak Roman Polański czy Agnieszka Holland, u których każdy pracownik ma określone zadanie do samodzielnego wykonania, pasujące jak ulał do całej łamigłówki, albo Krzysztof Kieślowski, który nie ufał przede wszystkim sobie samemu, a scenariusze brał od Krzysztofa Piesiewicza.
Zosie-samosie, chciałoby się rzec. Kiedy patrzymy na wychowanego na dobrych, komunistycznych wzorach dyrektora polskiej firmy czy kierownika katedry, dostrzegamy to samo zjawisko. Przybysze z Zachodu dziwią się, że nasi szefowie zaczynają dzień pracy od rozdzielania korespondencji na poszczególne działy i przyjmowania niezliczonych telefonów. Że każdy szczegół działalności zakładu musi przejść przez ich głowę i że pracownicy nie mają samodzielności. Kiedy więc szef ma czas na myślenie, koncepcje, idee? Dlaczego weekendy ma zajęte pracą? Dlaczego podwładni wciąż czekają na rozkazy, decyzje, wytyczne, zamiast robić to osobiście? Czy jest to tylko właściwość osobowości dyrektorów, czy też kryje się za tym coś więcej, na przykład wymodelowany przez życie brak zaufania albo lęk o swój stołek?

Takich pytań można stawiać więcej, a wszystkie obracają się wokół jednego – nieefektywności zarządzania, która prowadzi do zaniku idei. Proces degrengolady zaczyna się od góry i, kierując ku dołowi, niszczy po drodze wszystko, co nazywamy sprawnością działania. Scentralizowane myślenie powoduje niesamodzielność pracowników, ci tracą wiarę w siebie i nabierają niechęci do podejmowania najprostszych decyzji, to z kolei sprzyja popełnianiu błędów na skutek braku koordynacji „góra firmy – doły wykonawcze”, w związku z tym zmusza do wzmożenia kontroli każdego poczynania w zakładzie, a że nie sposób mieć baczenia na wszystko, całość powoli zaczyna się rozsypywać. W świadomości pracowników koduje się paradoksalne poczucie bezkarności (nikt nad niczym nie panuje), a to z kolei wyzwala lekceważenie obowiązków i wstręt do myślenia.
Dlatego nowe miotły starają się wymiatać. Przychodzą z nowymi koncepcjami, propozycjami udoskonaleń, ale mimo zmian zewnętrznych instytucje mają wciąż tę samą strukturę, bo ludzie na dole są nadal ci sami, z tymi samymi nawykami i niezmiennym przekonaniem, że wystarczy przeczekać okres wymiatania. Mają rację, nowy szef, czy to będzie reżyser kolejnego filmu, czy też minister, szybko straci panowanie nad koncepcją – scenariuszem, zwłaszcza własnym. Nie znajdzie oparcia w personelu, który i tak swoje wie, ani nie poszuka recenzenta idei dla nadania jej dramaturgii. Znów zaczyna się wić spirala, stare szybko wraca. i tak w nieskończoność. A jeśli się trafi jakiś rodzynek, to staje się przedmiotem dumy narodowej. Do czasu zresztą, bo zawsze znajdą się tacy, którzy na nowo będą wprowadzali stare porządki.

E-mail: pmuldner@mp.pl

Komentarze