Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 2/2002

W rurach szerokich
Poprzedni Następny

Poczta elektroniczna

Autorzy nowych wynalazków technicznych chcieliby je jak najlepiej sprzedać.
Czasem wymaga to wykreowania popytu, bo prawdziwych potrzeb nie ma.
Czy z taką sytuacją nie mamy do czynienia w dziedzinie komunikacji cyfrowej?

Paweł Misiak

Fot. Stefan Ciechan

Prapoczątków Internetu można upatrywać w późnych latach 50. Były to czasy nasilonej zimnej wojny między USA i ZSRR. Amerykanie mieli bombę atomową i wodorową, radary i komputery i byli dumni ze swej przewagi technologicznej. A tymczasem Sowieci wysyłają na orbitę okołoziemską sputnik. Ot, siurpryza. W odpowiedzi na ten „cios techniczny” prezydent Eisenhower na początku 1958 roku powołuje do życia militarno-naukową agencję ARPA. Zajęła się ona koordynacją najbardziej zaawansowanych badań, których celem było stworzenie nowych, przełomowych technologii wojskowych i tym samym odzyskanie przewagi w zimnowojennym wyścigu.
Pod egidą ARPA prowadzono m.in. prace nad komunikacją między komputerami. Ich wynikiem było opracowanie technologii sieciowych, które po kilku kolejnych latach rozwoju w zaciszu laboratoriów zaczęły szerzej służyć środowisku akademickiemu. Potem powstające sieci zaczęły się ze sobą łączyć w większe, ekspandując coraz dalej, także poza granice Stanów. Tymczasem zimna wojna się skończyła, państwa dawnego bloku socjalistycznego nawróciły się (nie bez perturbacji) na kapitalizm, a powstająca Sieć sieci mogła objąć także tę część świata. Niedawne obchody dziesięciolecia Internetu w Polsce były okazją do powspominania pionierskich początków, gdy wymiana danych odbywała się za pomocą modemu o szybkości 240 bitów na sekundę, łączącego się przez telefon z komputerem w Kopenhadze.

Beztroskie dzieciństwo w ogrodach nauki wkrótce się jednak skończyło. Kiedy Internet dojrzał i okrzepł, zajęli się nim ludzie biznesu. Innymi słowy, z laboratoriów i gabinetów Sieć wyszła na rynek, gdzie rządzi twarde prawo sprzedawalności. Internet musiał zacząć przynosić pieniądze. Skąd? Między innymi od masowego klienta. Interes zaczęli więc rozkręcać spece od manipulowania owczym pędem. Jęli przekonywać potencjalne masy klienckie, że bez Internetu cywilizowany człowiek, zwłaszcza zaś obywatel Przodującego Kraju Świata, obyć się nie może. Nie było to trudne, bo przedmiot owych zabiegów ma wiele zalet. Sprawę chwyciły w swoje potężne dłonie firmy telekomunikacyjne, co dość oczywiste, wziąwszy pod uwagę, iż pierwsza, sensownie tania technologia dostępu do Sieci opierała się na wykorzystaniu zwykłych łączy telefonicznych.

WIĘCEJ, SZYBCIEJ...

Nowy sposób komunikacji dość szybko się więc rozpowszechniał, a ceny usług z nim związanych spadały do poziomu akceptowalnego nawet przez niezbyt zamożnych. Mowa tu wciąż, rzecz jasna, o sytuacji w Stanach Zjednoczonych. W pozostałej części świata bywało różnie. Niektóre kraje szybko goniły, a nawet wyprzedziły USA w tej dziedzinie (np. Finlandia), w innych do dziś Internet jest dostępny tylko dla stosunkowo wąskiej grupy, czy to ze względu na brak infrastruktury technicznej (np. Afryka), czy z powodu zbyt wysokich, w porównaniu z możliwościami nabywczymi obywateli, cen sprzętu i usług, czy wreszcie ograniczeń natury politycznej (Chiny, Irak). W naszym kraju, jak się wydaje, mamy do czynienia z tą drugą sytuacją i, niestety, nic nie zapowiada szybkiej poprawy.

W USA rynek prostych usług dostępowych realizowanych za pomocą modemu rozwijał się dość intensywnie, a tymczasem w laboratoriach naukowych i przemysłowych pracowano nad doskonaleniem metod przesyłu danych. Badania pochłaniają pieniądze, więc ich rezultaty dobrze jest sprzedać. Nim jeszcze rynek nasycił się całkowicie modemami, marketingowcy zaczęli pracować nad przekonaniem klientów, iż dostęp z szybkością 56 kilobitów na sekundę to rzecz nie do przyjęcia dla obywatela nowoczesnego społeczeństwa. Teraz wszak za podobne pieniądze można mieć wielekroć więcej. Zatem – modemy na śmietnik! Trzeba zamówić łącze w technologii DSL albo po kablu telewizyjnym.

Na sztandarach propagatorów nowych technologii pojawiło się magiczne słowo „szerokopasmowy”, odmieniane od tego czasu na wszelkie sposoby i w rozmaitych kontekstach. Chodziło o przesyłanie przez Sieć już nie tylko tekstów czy prostych obrazków, lecz dźwięków, filmów i innych „pasmożernych” zdigitalizowanych materiałów. Do tego potrzeba naprawdę szerokiej „rury bitowej” i odpowiedniej technologii przesyłu. Na początku miały temu służyć łącza DSL i kabel telewizyjny. Dość szybko jednak, nim jeszcze wszyscy Amerykanie przesiedli się z modemów telefonicznych na DSL-owe, te ostatnie zaczęto określać jako „pseudoszerokopasmowe”. Jeśli wierzyć propagandzie nowego, nadchodzi właśnie szybkimi krokami era łączności prawdziwie szerokopasmowej – nie po kablach miedzianych, lecz po światłowodzie albo przez „fale eteru”.

BULGOTANIE W SIECIOWYCH „RURACH”

Do tej pory łącza światłowodowe o szybkościach przesyłu liczonych w setkach, a ostatnio i tysiącach megabitów na sekundę, były podstawą tzw. sieci szkieletowych, czyli „grubych rur”. Do nich to spływają strumyczki danych od końcowych użytkowników, z mniejszych lub większych sieci lokalnych – firmowych, szkolnych, uczelnianych czy abonenckich. Użytkownicy ci mają przy tym do dyspozycji jakiś kabelek, czy to parę drutów telefonicznych, czy koncentryk telewizyjny, czy – w najlepszym przypadku – tzw. szybki ethernet.

Wszystkie te media „ostatniego kilometra” mają swoje ograniczenia. Szybki ethernet np. może teoretycznie przenieść do 100 megabitów na sekundę, ale z powodu samej natury używanych w nim protokołów przesyłania pakietów szybkość osiągana w praktyce jest zwykle dużo niższa. Jej wartość w danym czasie zależy od kilku czynników, głównie zaś od „tłoku” w lokalnej sieci. Kiedy jednak mowa o transmisjach szerokopasmowych, padają takie określenia, jak wideo na życzenie, teleobecność itp. W sieciach ethernetowych, a tym bardziej tych wolniejszych, raczej nie da się tego zrobić.

Apetyt rośnie wszelako w miarę jedzenia. Co bardziej podatni na sugestie marketingowe użytkownicy Sieci zaczynają domagać się owych nieosiągalnych dotychczas usług. Inżynierowie dopracowują tymczasem technologie pozwalające korzystać z dobrodziejstw światłowodów doprowadzonych wprost do domu. Nazywa się to FTTH – Fiber To The Home. Mimo sporych kosztów oraz innych trudności, instalacje takie uruchomiono w paru miejscach w USA, a także – jak mi donieśli e-mailowi korespondenci – w Australii.

Gwoli zachęty, a może i usprawiedliwienia konieczności wydania sporych pieniędzy na budowę infrastruktury FTTH, dodaje się zazwyczaj, że dzięki temu rozwiązaniu można mieć nie tylko superłącze do Internetu (teoretycznie nawet 3 tys. razy szybsze niż przez modem), ale też „wepchnąć” do tego samego przezroczystego włókna niemal wszystkie inne sygnały – telefon, radio, telewizję etc. Będzie może drożej, niż do tej pory, ale za to jaka szybkość, wygoda, elegancja, oszczędność surowców i pracy. Jeden kabelek, a w nim (prawie) wszystko!

NA FALACH ETERU

Nowe sposoby szybkiej komunikacji pojawiły się także z innej strony. Po spektakularnym sukcesie telefonii GSM zaczęto coraz głośniej mówić o kolejnej rewolucyjnej zmianie w tej dziedzinie. Standard, na naszym kontynencie określany jako UMTS, ma umożliwić transmisje szerokopasmowe przez telefon komórkowy. Znowu więc to samo hasło – „łącze szerokopasmowe”.

W ciągu kilku ostatnich lat „komórki” stały się przedmiotem masowego użytku niemal na całym świecie. Stworzyły nowy rynek, na którym są do wzięcia niezłe pieniądze. Nic więc dziwnego, że i w tej dziedzinie dokonuje się ciągły, szybki rozwój techniczny i technologiczny. Telefony komórkowe pierwszej generacji nie zdobyły sobie wielkiej popularności. Ograniczenia techniczne transmisji analogowej i niekompatybilność używanych standardów sprawiły, że nie były tanie ani dość funkcjonalne, więc nie trafiły pod strzechy. Przy tworzeniu telefonii mobilnej drugiej generacji starano się uniknąć popełnionych wcześniej błędów. W Europie sprawy poszły nawet lepiej niż w Ameryce, bo uzgodniono tu jeden standard techniczny – GSM. Uniwersalność używanego sprzętu plus konkurencja między operatorami dały w efekcie spadek cen oraz rozwój różnorodnych nowych usług, co spowodowało prawdziwie masowe rozpowszechnienie się tego środka komunikacji.

Sukces GSM zachęcił inżynierów, producentów i operatorów do pójścia jeszcze dalej. Zaczęto mówić, że kolejna rewolucja jest tuż-tuż, że lada chwila pojawi się kolejna generacja sieci komórkowych – UMTS. Z tych obietnic skorzystały rządy niektórych krajów, zarabiając ciężkie pieniądze ze sprzedaży licencji na coś, co faktycznie jeszcze nie istniało, ale na co niecierpliwie czekali (i nadal czekają) operatorzy. Owo „tuż-tuż” coraz bardziej się przeciąga. Na razie sieć trzeciej generacji udało się uruchomić Japończykom, ale dla nas niewiele z tego wynika, bo mają oni swój własny, odmienny od naszego standard. Niemniej określenia „telefon komórkowy” i „komunikacja szerokopasmowa” są ze sobą coraz częściej zestawiane i kojarzone.

SZYBCIEJ DO RAJU?

Cały ten technologiczny wyścig o coraz lepsze, szybsze i bardziej pojemne łącza zajmuje uwagę wielu ludzi, nie tylko technofilów – entuzjastów wszelkich gadżetów i nowinek. Czytając o kolejnych osiągnięciach i wynalazkach z rzadka tylko możemy napotkać próbę odpowiedzi na pytanie podstawowe: po co to wszystko? Jakie korzyści da przeciętnemu użytkownikowi telefonu, Internetu i innych mediów dostęp do FTTH albo UMTS? Czy Japończycy z komórkowymi wideofonami w rękach mają z tego coś więcej niż tylko przyjemność zabawy technologicznymi gadżetami (które skądinąd bardzo lubią)? Czy mieszkańcy cywilizowanego świata nie marzą o niczym innym, jak tylko o zamawianiu sobie przez sieć kolejnych odcinków ulubionej opery mydlanej albo zindywidualizowanych relacji z domu Wielkiego Brata? Czy rzeczywiście standard ich życia będzie nie do przyjęcia niski, gdy nie będą mieli szerokopasmowej łączności ze znajomymi, żeby pogadać o pogodzie albo zdrowiu?

Ależ skąd! – zakrzykną entuzjaści. Przecież szerokopasmowe sieci to także doskonałe medium do zdalnego nauczania, uprawiania telemedycyny czy poważnej telepracy. To zwiedzanie wirtualnych muzeów, korzystanie z cyfrowych bibliotek multimedialnych. Jednak silna aktywność koncernów medialnych w internetowym biznesie skłania ku przypuszczeniom, że chodzi raczej o coś podobnego, jak w telewizji, radiu czy kolorowych magazynach – o coraz bardziej efektywne tłoczenie przez cyfrowe „rury” rozmaitych atrakcji, które, przyciągając uwagę mas, stają się opakowaniem forsodajnych reklam.

A mnie, tu nad Odrą, u początku drugiego roku trzeciego tysiąclecia, marzy się choćby tylko bezstresowy, czyli tani dostęp do Cyberprzestrzeni przez cokolwiek. Mogę poczekać na szerokie pasmo, światłowód czy UMTS. Ale nie chciałbym musieć co dzień wybierać: zjeść lepszy obiad czy poszukać w Sieci więcej informacji, np. materiału do następnej „poczty elektronicznej”.

pm@wroclaw.com

Komentarze