Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 5-6/2002

Budynki bibliotek akademickich
Poprzedni Następny

Życie akademickie

Konieczna jest presja ze strony środowiska czytelników. 
W przeciwnym razie inwestycja w nowy gmach biblioteczny ograniczy się 
do powiększenia powierzchni magazynowej, a kolejna okazja 
do zmiany będzie za następne 100 lat.

Ewa Kobierska-Maciuszko

 

Idealna biblioteka według Leopolda della Santy
(1815 rok)z wyraźnie oddzielonymi częściami na książki
(magazyny wzdłuż dłuższych elewacji) oraz dla czytelnika
(czytelnia pośrodku) i bibliotekarza (pracownie za czytelnią)

Mam dużą satysfakcję, że pisząc na temat budownictwa bibliotecznego mogę nie poprzestać na zagranicznych przykładach, ale po prostu jest o czym mówić. Lata po 1989 roku to w polskim bibliotekarstwie akademickim kilka nowych budynków bibliotek naukowych, kilka udanych modernizacji, kilka interesujących projektów czekających na realizację. W porównaniu z poprzednimi dziesięcioleciami, kiedy Bibliotekę UMK w Toruniu udało się zbudować głównie w czynie społecznym, a już budowa Biblioteki Narodowej rozpoczęta na przełomie lat 60. i 70. z powodzeniem przetrwała PRL, jest to koniunktura niesłychana wbrew stereotypom o powszechnej biedzie bibliotekarskiej i niedocenianiu roli bibliotek w gremiach decyzyjnych.

OSIĄGNIĘCIA I CODZIENNOŚĆ

Podsumowując zaledwie ostatnie 3 lata, od momentu oddania do użytku nowego gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie (1999), który w ciągu tego krótkiego okresu zdążył określić standardy planowania i projektowania kolejnych budynków bibliotecznych: bibliotek uniwersyteckich we Wrocławiu, Gdańsku (w obu przypadkach ukończone projekty budowlane), wspomnieć także trzeba o mniejszych przedsięwzięciach: ukończonej Bibliotece Collegium Polonicum Uniwersytetu Viadrina (Słubice/Frankfurt nad Odrą), Bibliotece Uniwersytetu w Białymstoku (na koniec 2001 roku stan surowy zamknięty), rozbudowujących się bibliotekach Uniwersytetu Łódzkiego i Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.

Poczet ten zamyka rozbudowa gmachu Biblioteki Jagiellońskiej przewidziana już w pierwotnym, tuż przedwojennym przecież, projekcie Stefana Bryły i udatnie do niego nawiązująca. Na przykładzie Biblioteki Jagiellońskiej widać podstawowy problem inwestycyjny wielkich książnic ukształtowanych historycznie w starych ośrodkach akademickich i usytuowanych w ciasnych centrach miejskich, znacznie trudniejszych do rozwoju przestrzennego i rozbudowy niż lokowane w nowych campusach na peryferiach wielkich miast.

Konstrukcja gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej
w Madrycie – widoczny powtarzalny moduł
konstrukcyjny

I to już chyba koniec pozytywnych przykładów. Poza nimi dominuje biblioteka według modelu XIX-wiecznego, czyli trójdzielna, składająca się z części na książki (magazyny), części dla czytelnika (czytelnia) i bibliotekarza (pracownie). Magazyny zajmują 2/3-3/4 kubatury gmachu, pracownie bibliotekarskie rozbudowują się w związku z koniecznością wygospodarowania miejsca pod komputer i zwiększoną objętością materiałów do opracowania, przestrzeń czytelnika niepokojąco się kurczy: ciasna czytelnia z niewielkim księgozbiorem podręcznym, komputer wciśnięty w kąt korytarza. Taki obraz to codzienność w wielu jeszcze bibliotekach akademickich w Polsce. Nie lepiej wyglądają biblioteki instytutów PAN, instytutów resortowych, tam się to mniej rzuca w oczy, bo mniejszy ruch czytelników.

Inna mogłaby być sytuacja nowych niepaństwowych szkół wyższych z bibliotekami powstającymi „od nowa”, a tym samym unikalną możliwością kształtowania kompletnego aparatu informacyjnego od podstaw, z nastawieniem na elektroniczne nośniki informacji, to znaczy: bibliograficzne i pełnotekstowe bazy danych w sieci lokalnej, ale także czasopisma elektroniczne, poprzez konsorcjalny dostęp do serwerów wydawców i oczywiście Internet. To model pozytywny, zaczerpnięty z amerykańskiej tradycji zakładania uniwersytetu w przenośni lub dosłownie „w polu kukurydzy”, wokół powoli kształtuje się infrastruktura miejska, jako zaplecze ośrodka akademickiego. Model negatywny, niestety popularny w Polsce, sprowadza się do praktyki mizernego zadośćuczynienia ustawowemu wymogowi istnienia biblioteki w szkole wyższej poprzez wystawienie kilku regałów podręczników i kilku tytułów czasopism oraz założenie, że studenci będą korzystać z bibliotek publicznych lub bibliotek innych szkół wyższych (dobrze, jeśli istnieją w danym mieście).

WSZYSTKO W INTERNECIE

Zawarta w Deklaracji Bolońskiej z 1999 roku prognoza rozwoju szkolnictwa wyższego w Europie zakłada, że w roku 2010 aż 50 proc. populacji poniżej 30. roku życia będzie kształciło się w szkołach wyższych. Jak zatem biblioteka akademicka, z wielkim księgozbiorem historycznym z jednej strony, a brakiem środków finansowych na rozwój z drugiej, powinna reagować na potrzeby swojego środowiska i wpisywać się w plan strategiczny szkolnictwa wyższego w skali miasta, regionu, państwa? Na czym polega proces, którego jesteśmy świadkami, a niektórzy z nas również sprawcami, proces przekształcania książnicy (library) w centrum informacji (learning resource center) wspierające oba podstawowe rodzaje aktywności akademickiej, dydaktykę i badania, i w obydwu współuczestniczące? Jak pogodzić globalną tendencję do unifikacji i standaryzacji przepisów, norm (również w bibliotekarstwie), tendencję nieuniknioną ze względu na ogrom materii i szybkość napływu informacji, z kultywowaną ideą różnorodności i wielokulturowości europejskich szkół wyższych? W jakim stopniu digitalizacja informacji zmieni rolę i styl pracy biblioteki naukowej? Z perspektywy kraju rozwiniętego (Wlk. Brytania) wątki te przedstawił dość obszernie Maurice B. Line w artykule o przyszłości bibliotek, odnosząc się m.in. do zjawisk nauczania na odległość i książek elektronicznych („FA” 11/2001). Potwierdza on liczne prognozy wskazujące raczej na perspektywę zrównoważonej koegzystencji książki drukowanej i elektronicznej, odwołujące się chociażby do przykładu przynajmniej 300-letniego współistnienia książki drukowanej i rękopiśmiennej. Z rozważań tych wynika, że w perspektywie czasowej możliwej do rozpoznania przez naszą generację, zjawisko takie jak biblioteka bez papieru nie zaistnieje.

Wolny dostęp do zbiorów w Bibliotece
Uniwersyteckiej w Warszawie. 
Zasada poruszania się czytelnika 
taka sama jak w Getyndze

Jednak za każdym razem, kiedy pojawia się temat budowy nowych bibliotek pojawia się też, jakże efektowne, pytanie: po co budować nowe gmachy biblioteczne, skoro już za chwilę „wszystko” (?) będzie w Internecie? W Polsce „wszystko w Internecie” jest o tyle problematyczne, że w roku 2000 tylko 5 proc. gospodarstw domowych miało łącze internetowe, a największy w Polsce akademicki system biblioteczno-informacyjny (mowa o BUW i 47 bibliotekach wydziałowych Uniwersytetu Warszawskiego) oferował 60-tysięcznej społeczności UW aż 150 stanowisk komputerowych z dostępem do sieci zewnętrznej. To bardzo mało, ale w porównaniu z indywidualnymi środkami dostępu do zasobów informacji, czy to na nośniku papierowym, czy elektronicznym, dostęp zorganizowany i instytucjonalny wciąż jest znacznie bardziej ekonomiczny i w skali makro ma nieporównywalnie większe znaczenie społeczne. 

BIBLIOTEKA DOSTĘPNA

W świetle powyższego zasadność inwestowania w budownictwo biblioteczne przestaje budzić wątpliwości. Nie mają zresztą takich wątpliwości kraje bardziej rozwinięte niż Polska. Budynki bibliotek akademickich ewoluowały tam w ciągu ostatnich dziesięcioleci od wspomnianego już XIX-wiecznego modelu biblioteki trójdzielnej do współcześnie obowiązującego założenia funkcjonalnego, polegającego na bezpośrednim, wolnym dostępie, pierwotnie (to znaczy w latach 30. i 40. w USA, a w 60. w Europie) do półek z książkami, teraz również do zasobów elektronicznych, dostępnych z komputerów rozrzuconych wszędzie tam, gdzie pracuje czytelnik (w strefie wejścia/informacji, w czytelni, w magazynie). Zmiany funkcjonalne były możliwe dzięki nowym technologiom zastosowanym w konstrukcji budynków. Polegały one przede wszystkim na zastosowaniu jednakowego modułu konstrukcyjnego, co skutkowało jednakową wytrzymałością stropów w całym budynku. Tym samym, decyzja, gdzie jest magazyn książek, a gdzie czytelnia, stała się wyborem bibliotekarza, nie architekta. co więcej, mogła się zmieniać w zależności od tempa przyrostu zbiorów, ruchu czytelników itp. Taki sposób konstrukcji dał budynkom bibliotecznym niezbędną elastyczność, pozwalającą dowolnie eksperymentować z rozłożeniem funkcji wewnątrz. Logiczne przemieszanie przestrzeni książki i przestrzeni czytelnika zwane potocznie wolnym dostępem do półek było najbardziej efektywnym dydaktycznie (samodzielność poszukiwań uwieńczona odkryciem) i efektownym zarazem (przyjemność nieskrępowanej wędrówki wzdłuż półek) następstwem zmian w technologii budowlanej. Ukształtowane w ten sposób wnętrze biblioteki dało też zupełnie nową jakość społeczną, którą określić można jako bibliotekę dostępną, bez barier funkcjonalnych i organizacyjnych, przestrzeń, w której czytelnik czuje się gospodarzem a nie gościem.

REWOLUCYJNE ZMIANY

Wolny dostęp do zbiorów w Bibliotece
Uniwersyteckiej w Getyndze.
Stoły czytelników otaczają obszary regałów,
czytelnik dowolnie wybiera miejsce

W szerokim planie inwestycyjnym uczelni nowy gmach biblioteki powinien rozwiązywać następujące problemy przestrzenne:
w perspektywie 10-letniej zapewnić miejsce magazynowania zbiorów bibliotecznych przyrastających w proporcji około 25 tys. woluminów (ok. 1000 mb. półek) na rok;
stworzyć nowe miejsce w campusie (najlepiej niech to będzie miejsce centralne) – zorganizowaną przestrzeń uwzględniającą oczekiwania użytkowników i styl użytkowania instytucji publicznych obowiązujący współcześnie, tworzący przyjazny nastrój uczenia się i tworzenia. Oznacza to, że czytelnicy w bibliotece powinni mieć możliwość:
indywidualizacji miejsca pracy – od paneli dzielących blat stołu wieloosobowego w czytelni na pojedyncze pola pracy, aż po indywidualne kabiny-gabinety wynajmowane na dłużej niż jeden dzień lub przeciwnie: pracy w małej grupie; 
pracy jednocześnie z książką i komputerem – możliwe dzięki równomiernemu rozproszeniu komputerów w obszarach pracy czytelników, a nie, co powszechne jeszcze, wydzieleniu ich w zamkniętym laboratorium komputerowym;
dowolnego przemieszczania się pomiędzy różnymi działami piśmiennictwa bez, co również powszechne, „przypisania do miejsca w czytelni”;
wygodnego korzystania z aparatu informacyjno-wyszukiwawczego – centralnego usytuowania obszaru katalogów (obojętne, papierowych czy terminali katalogu komputerowego) otoczonych podstawowym księgozbiorem informacyjnym;
prowadzenia wyrafinowanej pracy badawczej z wykorzystaniem zbiorów specjalnych biblioteki – dostępnych dla uprzywilejowanych grup czytelników w odrębnej czytelni i odizolowanych od głównych traktów czytelniczych;
zmagazynować zbiory starsze i rzadziej wykorzystywane w sposób jak najbardziej ekonomiczny, przede wszystkim wykorzystując systemy regałów jezdnych, dające 40-50 proc. oszczędności powierzchni;
zwiększyć pojemność i wydajność systemów energetycznego, komputerowego i telefonicznego – w przewidywaniu postępu technicznego i pojawienia się nowych potrzeb i zjawisk w zakresie użycia wszystkich instalacji sieciowych;
poprawić warunki przechowywania zbiorów bibliotecznych zgodnie ze wskazówkami konserwatorów papieru i skóry (systemy klimatyzacji, oświetlenia, monitoringu warunków fizykochemicznych);
zapewnić ludziom i zbiorom bezpieczeństwo na wypadek katastrofy lub czynu przestępczego (systemy sygnalizacji i gaszenia pożaru, antywłamaniowe, kontroli dostępu itp.).

Projektowanie nowego gmachu bibliotecznego, jego budowa a potem przeprowadzka zbiorów to najlepszy okres do zaplanowania i wprowadzenia zmian w strukturze i organizacji biblioteki, które doprowadzą do stanu opisanego powyższymi wskaźnikami. Dla większości bibliotekarzy są to zmiany rewolucyjne, wiążące się przede wszystkim z dużymi przemieszczeniami zbiorów, a w aspekcie psychospołecznym – z radykalną zmianą stylu pracy z książką i czytelnikiem. Nie sprzyja tym zmianom powszechne w środowisku akademickim przekonanie, że biblioteka to instytucja anachroniczna, nieelastyczna i niezdolna do zmian, bez względu na włożone w nią pieniądze, postrzegana co najwyżej jako wypożyczalnia podręczników. Konieczne jest wyraźne oczekiwanie, wręcz presja ze strony administracji uczelni i, co ważniejsze, ze strony środowiska czytelników – pracowników naukowo-dydaktycznych i studentów. W przeciwnym razie inwestycja w nowy gmach biblioteczny ograniczy się wyłącznie do powiększenia powierzchni magazynowej, a kolejna okazja do zmiany będzie za następne 100 lat.

NISZA CZY ELITA

Studencki luz w BUW

Czytelnia Główna BUW i nadwieszone nad
nią kabiny pracy indywidualnej 
dla pracowników naukowych UW

Jak możemy usprawnić niewydolne powierzchniowo i funkcjonalnie gmachy bibliotek akademickich w sytuacji stałego niedostatku środków finansowych, a także braku zainteresowania tematem i chęci koordynacji w skali kraju ze strony słabych władz resortowych? Kilka radykalnych posunięć mogłoby zasadniczo poprawić jakość pracy czytelnika i bibliotekarza. Można np.:
otworzyć magazyny zbiorów nowszych dla czytelników (od razu zrobi się więcej miejsca i atmosfera będzie milsza niż w ciasnej czytelni);
pozostałe magazyny (zbiory historyczne i mniej wykorzystywane) przebudować na zwarte (z zastosowaniem regałów jezdnych);
stworzyć warunki sieciowe dostępności wszystkich mediów z jednego stanowiska komputerowego oraz dobrego dostępu (najlepiej przez jeden gateway) do pozostałych narzędzi informacji, także komercyjnych, wytworzonych poza biblioteką.

W warunkach gospodarki wolnorynkowej i rozwijającego się rynku komercyjnych usług informacyjnych biblioteka naukowa jawi się jako instytucja – użyję modnego słowa – „niszowa”, ale to powinno skutkować nie jej marginalizacją, lecz swoistą elitarnością, pojmowaną z jednej strony jako wyrafinowanie usług informacyjnych dużo powyżej standardu wyszukiwarek internetowych, z drugiej jako kreacja miejsca społecznego skupiającego publiczność z ponadprzeciętnymi ambicjami poznawczymi.
Biblioteki dużych ośrodków akademickich są w Polsce niewątpliwie w dobrej sytuacji w porównaniu np. z bibliotekami publicznymi: mają najlepszą infrastrukturę informatyczną predestynującą do udźwignięcia tak podstawowych zadań, jak tworzenie Narodowego Katalogu Centralnego, mają wyraźne umocowanie prawne i pewność, że żaden zły wójt z dnia na dzień nie połączy ich z gminną klubokawiarnią, mają wreszcie duży potencjał lokalowy. Szkoda, że to nie może przełożyć się w sposób bezpośredni na powszechny poziom oświecenia społeczeństwa. Ten efekt może dać nam rozwinięte bibliotekarstwo publiczne – jedna z podstaw edukacyjnego ładu w społeczeństwach demokratycznych, ale tylko wtedy, gdy dostęp do sieciowych zasobów informacyjnych z poziomu biblioteki gminnej będzie przynajmniej taki sam, jak z poziomu biblioteki wojewódzkiej. Kompletność informacji, jaką otrzymuje czytelnik i jakość kolekcji bibliotecznej pozostaje bowiem sprawą pierwszej wagi, tak w najskromniejszych, jak i najwspanialszych gmachach bibliotecznych.

Mgr Ewa Kobierska-Maciuszko jest wicedyrektorem Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie.

Komentarze