|
|
Rody uczone (66)W rodzinach, w których „obowiązuje” wykształcenie, ale dzieci nie czują żadnych Magdalena Bajer
Rodzina Kusiów, nosząca rdzennie polskie nazwisko, przodków ma z daleka, bo z Fryzji (na pograniczu Holandii i Niemiec), którzy pono w XIII wieku przybyli i osiedli w Wilamowicach, wsi pobliskiej rodzinnemu gniazdu, w okolicach Wadowic. Profesor w Centrum Fizyki Teoretycznej PAN, od niedawna w Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, Marek Kuś powiada, że „to jeszcze nie wszystko”, jego prababka nazywała się bowiem Fox, a Foxowie to byli... Szkoci, którzy zjawili się tam w wieku XVI lub XVII. Wiejska „rodzinna Europa” rozsypała się, jak to określa ojciec Marka, profesor laryngologii Jan Józef Kuś, po drugiej wojnie, dlatego że hitlerowcy uznali wilamowian (podobnie, jak Ślązaków) za Niemców i bardzo wielu wcielili do Wehrmachtu. STRYJOWIE I BRACIAW zamożnej chłopskiej rodzinie tradycją było kształcenie dzieci z wyjątkiem jednego z synów dziedziczącego gospodarstwo. A kształcili się Kusiowie na lekarzy, nauczycieli i wojskowych. Jeden ze stryjów profesora-seniora łączył pierwsze z trzecim. ukończywszy medycynę w Uniwersytecie Jagiellońskim został lekarzem wojskowym w stopniu pułkownika i zginął, zamordowany przez Sowietów w Charkowie. Drugi był najpierw słuchaczem, następnie wykładowcą Akademii Sztabu Generalnego, skąd trafił do wojska w 1939 roku. Podczas wojny organizował polskie szkolnictwo wojskowe w Anglii, po czym, jako szef sztabu artylerii, walczył w bitwie pod Bolonią. Wrócił do Anglii, gdzie niedawno zmarł. Stryjeczny wnuk Marek odwiedził go kilka razy i wspomina ciekawe dyskusje na tematy historyczne i filozoficzne. Najmłodszy z pokolenia stryjów profesora laryngologii był humanistą. Ukończył studia pedagogiczne i poświęcił się pedagogice specjalnej, którą zainicjowała w Polsce międzywojennej Maria Grzegorzewska. Władysław Kuś został profesorem założonego przez nią instytutu – pierwszego w krajach środkowo- i wschodnioeuropejskich, którego pracownicy tworzyli szkolnictwo specjalne w Czechach oraz Jugosławii. Żona towarzyszyła mu w tej pracy, a ich warszawskie mieszkanie było przez lata stancją dla braci przybywających kolejno na studia. Gościł w nim także przedstawiciel młodszych Kusiów, adept nauk medycznych, który, przechodząc do prezentacji swojego pokolenia, stwierdził stanowczo: – Moi bracia to w większości humaniści, a było, jak w poprzednim pokoleniu, pięciu synów. Od czasów, kiedy dziadek sprawował w rodzinnej wsi urząd wójta, gospodarstwo powoli ubożało. Nie słabło jednak przekonanie, że dzieci trzeba kształcić. Nie oszczędzano na książkach, które stanowiły w rodzinnym domu wcale zasobną bibliotekę. Zanim podczas wojny przepadła, Jan zdążył przeczytać dzieła Słowackiego, co przydało mu się w pracy „kulturalno-oświatowej” pierwszych lat po okupacji. – panował u nas wręcz kult książki. Stąd przede wszystkim owo uznanie tradycji rodzinnej za humanistyczną, choć z wykształcenia autor tych słów oraz jeszcze jeden z braci są lekarzami, Wojciech Kuś profesorem ortopedii. Dwaj pozostali są pedagogami (dziedziczy się zainteresowanie pedagogiką specjalną), równo zatem podzieliły się zainteresowania. W WARSZAWIE - LEKARZEMarek Kuś jest warszawianinem w trzecim pokoleniu – po kądzieli. Pierwszy wnuk dziadka Stroińskiego, urzędnika ZUS, który z Wielkopolski przybył do stolicy we wczesnej młodości, był wnukiem najukochańszym. Więcej przebywał u dziadków niż w rodzicielskim domu, bo matka, profesor neurologii, pani Barbara ze Stroińskich, pracowała w Akademii Medycznej, dyżurując przy chorych i osiągając stopnie naukowe. Dziadek uczył Marka Warszawy, pokazywał historyczne pamiątki, a także takie miejsca, gdzie dzieje, wywoływane z powojennych gruzów, splatały się z teraźniejszym życiem mieszkańców. Oba domy przechowywały w najnaturalniejszy sposób, pewnie bez pamiętania o tym na co dzień, cnoty i zasady uznawane wśród ludzi wykształconych za niezbędne w życiu – jeśli życie ma być godne i dawać radość. Trudno mi było usłyszeć od państwa profesorów Kusiów o osiągnięciach naukowych każdego z nich – a są bardzo znaczne. Cieszą się nimi wzajemnie, chyba tak właśnie najlepiej to określić. Kasia, najmłodsza uczestniczka rozmowy, wtrąca tutaj, że dziadkowie, których syn „wyrodził się” zostając fizykiem i żonę ma z tej samej specjalności, liczyli trochę na to, że ona powróci do rodzinnej tradycji, choć nigdy nie nalegali. Słuchając myślałam o tym, że w rodzinach, w których „obowiązuje” wykształcenie, ale dzieci nie czują żadnych nacisków, jest coś, co skłania kolejne pokolenia do unikania łatwizny, co pozwala widzieć przed sobą zadania i czuć w sobie siły do ich wypełnienia. Prof. Kuś nie zamierzał zostać lekarzem. Tradycja była jeszcze dość wątła – jeden ze stryjów, ten który miał zginąć w charkowskim lesie. Spodziewając się nadejścia wojny (był wojskowym), wyraził wolę, żeby właśnie bratanek Jan poszedł w jego ślady, nie dowierzając, że mogłoby się to udać własnej, wówczas dwuletniej, córce. Pragnienie urzeczywistniło się w pełni, gdyż i ona i jej z kolei córka są dzisiaj lekarzami, a w ogóle lekarzy w rodzinie przybyło, również poprzez małżeństwa. Pani profesor wyliczyła siedmioro. CIĄGLE KSIĄŻKIDzisiejszy senior, czego trochę mu zazdrości syn, tylko 3 lata chodził do szkoły podstawowej i także 3 do średniej. Podczas wojny na terenie uznanym przez okupanta za przynależny do Rzeszy żadnych polskich szkół nie było. Organizacje konspiracyjne dostarczały mieszkańcom żywność, którą dzielono się z przesiedlonymi tu nauczycielami lub przedwojennymi studentami, ci zaś odwdzięczali się nauczaniem dzieci. Pomagali księża, późniejszy laryngolog świetnie się nauczył łaciny od proboszcza. – Byli to nauczyciele indywidualni, którzy czasem spędzali ze mną pół dnia. Daj Boże każdemu takich. Brakowało podręczników, czasem przychodziło uczyć się z książki do klasy trzeciej, kiedy było się w pierwszej. W 1945 roku, już od marca, nauczyciele zaczęli organizować szkoły i wtedy „robiło się” dwie klasy w jednym roku. Profesor mówi, że jest „naturalizowanym warszawiakiem”, bo się tu znalazł jako młody człowiek pragnący studiować medycynę, a zmuszony zarabiać nauczaniem w szkole dla dorosłych – matematyki i fizyki (pani Barbara zauważyła w tym momencie, że może syn „coś odziedziczył”). Pracował zresztą niemal od dzieciństwa, przedtem społecznie reżyserując przedstawienia (m.in. Dziady) dla wiejskiej publiczności, organizując zawody i grając zawodniczo w siatkówkę, choć „sportowej żyłki” nie miał. Nie marzył, żeby być kolejarzem albo strażakiem (zdaniem żony, to smutne). Miał wpojony bardzo mocno „obowiązek pracy” i ambicję, żeby w tym, co robi być możliwie najlepszym. Dzisiaj przestrzega przed ambicją wynaturzoną, jaką się zaspokaja kosztem innych i płaci własną frustracją. Państwo Kusiowie poznali się na studiach lekarskich, ale w gmachu Instytutu Fizyki, gdzie są wysokie schody, na których szczycie Barbara Stroińska ujrzała przyszłego męża. Te same schody przemierzał później, przez 4 lata, ich syn, który także na studiach spotkał przyszłą żonę. PO CO JEST FIZYKA?Prof. Jan Kuś, może dlatego, że sam interesował się naukami ścisłymi, dostrzegł u syna skłonności i zdolności do nich właśnie. Marek najpierw skłaniał się ku matematyce, ale przeniósł zamiłowanie na fizykę, dlatego że w pewnym momencie człowiek pojmuje, że fizyka jest nauką najbardziej fundamentalną. Matematyka jest piękna, ale nie mówi niczego o świecie, a jak się jest fizykiem, to poznaje się naprawdę jak to jest. Moment takiej pewności, jak powiada prof. Kuś-junior, minął i teraz wydaje mu się, że fizyka do pewnego stopnia nawet oddala zrozumienie świata. Jest to nauka o rzeczach bardzo prostych, a jej uprawianie sprawia, że rzeczy niezwykle skomplikowane pragnie się upraszczać. W tym fizycy znajdują upodobanie i to upodobanie profesor chciałby zaszczepić swoim studentom. Miał kiedyś ochotę studiować historię. Może tym się tłumaczy fakt, że to on właśnie najwięcej mi opowiedział o protoplastach rodziny, o owych przybyszach z Fryzji i Szkocji, a także o swoich stryjecznych dziadach, ich pasjach i profesjach. Uważa za szczęśliwe zrządzenie losu, iż tego pragnienia nie urzeczywistnił, pozostając przy fizyce. Pytałam, czy zależałoby mu na tym, żeby jedyna córka poszła śladem rodziców? Chyba nie, dlatego że widzi w jej zupełnie innych zamiłowaniach kontynuację jednego z wątków obecnych już w rodzinnej tradycji, a przez to wzbogacenie duchowej spuścizny treściami, które jego samego zawsze pociągały, a nie dało się nimi zajmować równoprawnie z fizyką. – Kasia już przeczytała wiele z tych książek, które ja chciałem przeczytać i nie miałem czasu. Bardzo mnie to cieszy, bo to tak, jakbym jednak je przeczytał. W rodzinie Kusiów, mimo dominacji lekarzy, występują rozliczne zainteresowania i, co kilka razy przychodziło mi na myśl, wzajemny dla wszelkich uprawianych zajęć szacunek, przy szczerym nimi zaciekawieniu. Kasia w szóstej klasie, kiedy zaczynała uczyć się fizyki, myślała, że się jej poświęci, jak rodzice. Nikt z bliskich nie przypuszczał wtedy, że będzie humanistką, ale gdy wykrystalizowały się takie jej zamiary wszyscy się ucieszyli, trochę pewnie dlatego, że rodzinny „kult książki” umocni się oraz pogłębi. A książki, których ciągle przybywa, trudno w domu pomieścić. Lektury Kasi to nie sama literatura piękna – dziadkowie wymieniają z podziwem tytuły prac z zakresu psychologii, które wertuje przygotowując się do swoich społecznych zadań. Ojciec młodej humanistki stwierdził stanowczo: – Wiem, że łatwiej przygotować wykład z fizyki niż zbiórkę zuchów. Przekonałam się, że trudniej od prof. Marka Kusia usłyszeć, czego w fizyce dokonał, a dokonał wiele, niż dowiedzieć się, co u własnej córki budzi jego uznanie, co uzasadnia nadzieję na przedłużenie najcenniejszych rysów tradycji, bynajmniej nie częste dziś u rodzin inteligenckich, których dorastające pokolenie ma w normalnych warunkach III Rzeczypospolitej różnorakie, poza nauką, możliwości rozwijania talentów, zaspokajania ambicji, także intelektualnych, urzeczywistniania planów. „MOGĘ BYĆ NAJLEPSZA”Ojciec Kasi powiada, że rósł w zupełnie komfortowych warunkach, bo nikt mu nie kazał, żeby robił to czy tamto. Studiowanie było oczywistością, droga naukowa czymś oczekiwanym, lecz nie wymaganym. Córka odziedziczyła albo przejęła przekonanie, że trzeba coś robić najlepiej i tym czymś okazała się wiedza humanistyczna: – Mam ambicję, żeby jak najwięcej wiedzieć. Wygrała olimpiadę języka polskiego, zyskując wstęp, bez egzaminu, na Międzywydziałowe Indywidualne Studia Humanistyczne UW. Ma zamiar pójść drogą naukową, a zdaniem najbliższych posiada do tego predyspozycje. Coś jeszcze z rodzinnej tradycji się odezwało – społeczna praca dla innych. Pani Kasia, od czasu, gdy sama miała kilkanaście lat, pracuje w harcerstwie. Każdego roku co najmniej połowę wakacji spędza na obozach, najpierw zuchowych, ostatnio starszej młodzieży. Gdy spotkałam się z nią w towarzystwie dziadków i ojca, cieszyła się akurat na „obrzędowość” wymyśloną jako główny temat najbliższych obozowych zajęć, które miały służyć poznawaniu tradycji rozmaitych regionów Polski. Nazwała to „wielkim wyzwaniem” przygotowując się doń poprzez lektury, rozmowy. tu wyjaśniło się czytanie owych książek psychologicznych i pedagogicznych budzące podziw otoczenia. Wyjaśniło się nie tylko mnie, osobie z zewnątrz, pytającej o rodzinne sprawy – wszyscy pozostali uczestnicy spotkania z akcentem radosnego zdumienia przyznali, że o tych planach, a i o wielu opiniach Kasi na temat ważnych współczesnych problemów, usłyszeli po raz pierwszy. Znaczną bowiem część tego spotkania, kiedy już przedstawiono genealogię i tradycje naukowe, zajęła dyskusja o szkole. Trochę ją sprowokowałam, pytając najmłodszego mego gościa czym, zdaniem doświadczonej instruktorki, choć niedawnej uczennicy, jest dzisiaj szkoła w życiu młodzieży. Za tym pytaniem tkwiło moje smutne doświadczenie pewnej dyskusji z maturzystami stwierdzającymi zgodnie, że dla nich jest to miejsce podobne trochę do miejsca pracy rodziców, które się opuszcza po lekcjach nie wynosząc niczego poza wiedzą z poszczególnych przedmiotów. Uczniowska wspólnota, w której rozgrywały się, opisane tylekroć, pierwsze życiowe konflikty, w której przeżywano pierwsze sukcesy i klęski, istnieje jakoby tylko w literaturze. Prof. Marek szczerze wyznał, że społeczna praca córki go „zachwyca”, tym więcej, iż sam sobie odmawia większych pedagogicznych talentów oraz zapałów. Kusiowie – rodzina inteligencka chłopskiego pochodzenia – jest, jak mi się zdaje, modelowym upostaciowaniem i losu inteligencji w Polsce, i aktualnej kondycji tej warstwy, i zadań stawianych sobie przez jej przedstawicieli. W losie, od XIX wieku po czasy ostatnie, zapisane było wychodzenie czy to z dworów, czy domostw do miasta i trud kształcenia się, ponoszony tyleż przez rodziców, co przez same, ciągnące do miasta dzieci. Wykształcenie stało się oczywistym wymogiem, akademicka kariera naturalnym oczekiwaniem, wraz z nią zaś owa powinność nauczycielska, w rodzinach inteligenckich pełniona gorliwie na różnych poziomach i towarzysząca wszelakim naukowym czy zawodowym specjalizacjom. Służba społeczeństwu, dawniej bardziej narodowi, była pojęciem obejmującym rozliczne szczegółowe zadania, które nowocześniejsza organizacja życia profesjonalizowała, a samemu „społecznikostwu” w powojennej epoce odmawiano wartości, wypaczając sens owej służby bezinteresownej, którą miały przejmować instytucje wszechwładnego państwa. Tekst powstał na podstawie audycji Rody uczone, nadanej w Programie BIS Polskiego Radia SA w sierpniu 2000 r.
|
|
|