|
Poniższy tekst kontynuuje wątki artykułu "Światowe tendencje w nauce",
Michał Kleiber
Jaka jest organizacja badań u nas i jak się ma do standardów światowych (zgoda, zróżnicowanych)? Jak nowoczesne są nasze zespoły badawcze (zarówno w sensie ich potencjału twórczego, jak i organizacji procesu badawczego)? Jakie są nasze szanse na posiadanie w przyszłości dobrej, krajowej nauki, wysublimowanej i twórczej, ale także praktycznej i innowacyjnej, nagradzanej międzynarodowymi, specjalistycznymi nagrodami, ale także edukującej społeczeństwo - krótko mówiąc, solidnej podstawy nowoczesnego rozwoju Polski? SZKOŁY WYŻSZETradycyjnie mówimy, że badania w Polsce uprawiane są w trzech tzw. pionach: szkolnictwie wyższym, instytutach badawczych Polskiej Akademii Nauk i resortowych jednostkach badawczo-rozwojowych (JBR). Ryzykując narażenie się na zarzut nadmiernych uproszczeń, najkrótszą charakterystykę działalności tych pionów przedstawiłbym następująco. Szkolnictwo wyższe zatrudnia największą część polskich uczonych, sytuacja w uczelniach jest więc kluczem do rozumienia sytuacji całej krajowej nauki. Zasadnicze elementy sytuacji szkolnictwa wyższego to: wzrost liczby studentów w okresie 1990-98 o przeszło 300 proc. (z 0,4 mln do ok. 1,3 mln), niezmieniona w znaczący sposób w tym okresie baza materialna (w tym lokalowa), przyrost liczby nauczycieli akademickich jedynie o kilka procent i dramatycznie poszerzająca się luka generacyjna, spadek nakładów z 1,06 proc. w r. 1990 do 0,83 proc. PKB w r. 1998 (co oznacza także spadek nakładów realnych o około 9 proc.), powstanie wielu uczelni prywatnych o bardzo zróżnicowanym poziomie, rozdrobnienie wąskotematycznych szkół wyższych bez prób ich łączenia w silne jednostki uniwersyteckie. Starając się nie wchodzić w tym artykule w obszary edukacji (ton takich rozważań łatwo sobie wyobrazić) zastanówmy się, co oznaczają powyższe wskaźniki dla uprawianych w uczelniach badań. Niestety, sugerowany przez te dane wizerunek uczonych, źle opłacanych w swoich macierzystych uczelniach i szukających dodatkowego zatrudnienia w szkołach położonych często setki kilometrów od ich miejsca zamieszkania, zawalonych stale zwiększającymi się obowiązkami dydaktycznymi i nie mających czasu na dbałość o rozwój naukowy własny i młodej kadry badawczej, jest bardzo bliski rzeczywistości. A domaganie się w tej sytuacji wybitnych osiągnięć badawczych zakrawa na okrucieństwo. Mówimy tu, oczywiście, o średnim poziomie badań w polskich uczelniach. Na szczęście, jest jeszcze grupa chlubnych wyjątków od tej zasady. JEDNOSTKI AKADEMIIPlacówki PAN istnieją w celu prowadzenia zaawansowanych badań w szczególnie ważnych obszarach nowoczesnej nauki. Uprawnione jest stwierdzenie, że badania w placówkach PAN stoją z reguły na wysokim poziomie. W 1997 r. aż 73 instytuty PAN z ogólnej liczby 83 miały kategorię A w klasyfikacji Komitetu Badań Naukowych, podczas gdy taką ocenę przyznano 241 placówkom uczelnianym (z reguły wydziałom) z ich ogólnej liczby 650 oraz jedynie 79 JBR z ich ogólnej liczby 219. Także inne, tzw. naukometryczne wskaźniki (publikacje, cytowania, procent odrzucanych przez Centralną Komisję ds. Tytułu Naukowego i Stopni Naukowych wniosków habilitacyjnych i profesorskich) potwierdzają wysoki poziom badań prowadzonych w placówkach PAN. Mają one jednak także swoje, często dramatyczne, problemy. Zaliczyć do nich należy: dramatyczne starzenie się kadry, powodowane ogólną nieatrakcyjnością kariery naukowej w Polsce; brak organizacyjnej elastyczności placówek (na przykład praktyczna niemożność likwidowania placówek słabszych bądź prowadzących mniej aktualne badania oraz powoływania nowych placówek w nowoczesnych obszarach badawczych); złe nawyki badaczy preferujących samodzielne (lub prowadzone w bardzo małych grupach) badania kosztem dużych projektów zespołowych i wielozespołowych badań transdyscyplinarnych - jest to m.in. następstwem systemu rozdziału środków na badania; rozdźwięk pomiędzy oczekiwaniami krajowego przemysłu, zainteresowanego z zasady jedynie drobnymi udoskonaleniami swoich technologii, a ambicjami uczonych, chcących tworzyć rzeczy na poziomie światowym i słabo w związku z tym zorientowanych w rzeczywistych potrzebach przemysłu; słaba kondycja finansowa placówek, powodująca często dylematy typu: albo ambitny program badań (wymagający środków na wyjazdy, aparaturę, literaturę naukową), albo wypłata pensji pracownikom (dodajmy, pensji niewysokich - bywa, że doktorant otrzymuje 600 zł, zaś profesor z 40-letnim stażem pracy - 1600 zł miesięcznie); brak instytucjonalnych możliwości włączania wybitnych uczonych z PAN w procesy edukacyjne szkolnictwa wyższego, co odcina ich od niezbędnego w pracy badawczej kontaktu z młodzieżą (wobec potrzeb szkolnictwa sprawa ta jawi się jako skandal legislacyjny). RESTRUKTURYZACJA JBRJBR stanowią z pewnością grupę najbardziej zróżnicowaną. Są wśród nich zarówno znakomite instytuty badawcze (np. Instytut Fizyki Jądrowej im. H. Niewodniczańskiego, Instytut Problemów Jądrowych im. Andrzeja Sołtana), jak i solidne instytuty o charakterze niezbędnych służb państwowych (np. Centrum Onkologii - Instytut im. Marii Skłodowskiej-Curie, Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej, Państwowy Instytut Weterynaryjny, Państwowy Zakład Higieny) oraz jednostki, dla których trudno znaleźć uzasadnienie finansowania z przeznaczonej na naukę części budżetu państwa. W JBR dominują badania stosowane i prace rozwojowe. W okresie ostatnich 10 lat JBR poddane zostały procesowi restrukturyzacji, którego wynikiem było znaczne zmniejszenie liczby jednostek i zatrudnienia w nich. Proces dostosowywania tego sektora nauki do potrzeb zmieniającego się kraju musi trwać nadal i nieunikniony wydaje się rozpad tych placówek na niewielką grupę jednostek ściśle badawczych (i rozważenie przyłączenia ich albo do PAN, albo do szkolnictwa wyższego), na również niewielką grupę Państwowych Instytutów Badawczych, niezbędnych dla funkcjonowania państwa oraz resztę, która docelowo powinna stać się całkowicie samowystarczalna finansowo (np. przez dołączenie się do istniejących dużych organizmów gospodarczych). Należy jednak dodać, że umiejętności pracowników dzisiejszych JBR są niezwykle przydatne i nie mogą zostać w procesie restrukturyzacji roztrwonione. Tylko oni są bowiem w stanie wdrażać istniejąca już wiedzę, co z punktu widzenia polskiej gospodarki jest na pewno nie mniej ważne niż prowadzenie autonomicznych badań naukowych. DZIAŁALNOŚĆ KBNRozważania nad stanem badań w Polsce nie mogą pretendować do jakiejkolwiek kompletności bez poświęcenia choćby paru zdań organowi za ten stan formalnie odpowiedzialnemu, tj. Komitetowi Badań Naukowych. Utworzenie KBN w r. 1991 było ważną decyzja polityczną o wielu fundamentalnych konsekwencjach dla krajowego systemu prowadzenia badań. Wśród jego zalet najważniejszą jest niewątpliwie zasada rywalizacji uczonych, zespołów badawczych i całych instytucji naukowych o środki finansowe na podstawie merytorycznej oceny składanych wniosków w warunkach zobiektywizowanej konkurencji. Działalność Komitetu wyzwoliła znaczną pozytywną energię w środowisku naukowym i rozbudziła nadzieje na lepsze dla nauki czasy. Po prawie ośmioletnim okresie obowiązywania ustawy o KBN ujawniły się jednak z całą ostrością jej niedoskonałości, wymagające szybkiej nowelizacji. Z powodu uderzającej słabości wszystkich rządów ostatniego 10-lecia w zakresie strategii rozwoju badań naukowych i ich znaczenia dla przyszłości kraju, niezbędne mechanizmy doskonalenia polityki naukowej są ograniczone i jednostronne. Dramatycznie artykułowane poglądy środowiska naukowego wydają się nie znajdować partnera w przedstawicielach rządu, ograniczającego się do finansowania badań na konsekwentnie niskim poziomie i nie przedstawiającego żadnych społecznie nośnych argumentów o potrzebie prowadzenia badań. A argumentów takich jest dużo, trzeba je tylko zbierać i upowszechniać. W istocie rzeczy niezdolność KBN do przełamania dominujących w Polsce opinii - artykułowanych niestety także na forum rządu i parlamentu - że inwestycje w badania naukowe są inwestycjami konsumpcyjnymi, a nie mądrymi inwestycjami w rozwój kraju, wydaje się być największą dotychczasową porażką Komitetu. Chyba, że niewiara w rzeczywistą przydatność badań jest tak zakorzeniona w naszej mentalności, że trudno już o to winić kogokolwiek. W gestii KBN jest w zasadzie całość problematyki związanej z prowadzeniem badań naukowych w Polsce. Ogrom i zróżnicowanie zadań (od formułowania zasad polityki naukowej państwa i przedstawiania inicjatyw legislacyjnych, poprzez szczegółowe decyzje dotyczące inwestycji i finansowania badań na wszystkich szczeblach, aż do wyrażania zgody na wyjazdy poszczególnych badaczy na konferencje naukowe i zakupy aparatury badawczej) przerasta w oczywisty sposób możliwości efektywnego zarządzania przez jakąkolwiek instytucję. Także sam fakt całkowitego oparcia resortu nauki na koncepcji wybieralnej reprezentacji krajowego środowiska naukowego jest problematyczny. Coraz bardziej odczuwalny jest brak precyzyjnego rozróżnienia pomiędzy etatowymi pracownikami Komitetu a jego częścią wybieralną, co prowadzi do trudnej do ustalenia odpowiedzialności za podejmowane decyzje, zaś hierarchiczny podział wybieralnej części KBN jest w wielu miejscach całkowicie niezrozumiały i nie sprzyja promowaniu transdyscyplinarności badań, charakterystycznej cechy wielu nowoczesnych kierunków badawczych. Wiele ze stosowanych w KBN procedur jest ciągle wyraźnie niedopracowanych, mimo istnienia przekonywających wzorców zagranicznych (brak porządnych baz danych o realizowanych projektach i recenzentach, niedoskonałe formularze recenzenckie, rezygnacja z recenzentów zagranicznych, pobieżne odbiory nawet bardzo wielkich i kosztownych projektów badawczych, niski poziom konfidencjonalności wniosków, brak jasno zdefiniowanych możliwości prowadzenia badań przez większe zespoły badawcze, niedoskonałości systemu finansowania tzw. projektów celowych etc). WADY SYSTEMUNauka w Polsce pozostaje ciągle "nie odkryta". Decydenci słyszeli wprawdzie, że na świecie badania naukowe potrafią promować kraje i być znakomitą inwestycją przyspieszającą ich rozwój, nie wierzą jednak, że jest to możliwe także w Polsce. System oddziaływań nauki na gospodarkę i odwrotnie jest w Polsce fatalny i wymaga gruntownej zmiany. Z drugiej strony należy być świadomym, że niedomagania nauki są w dużym stopniu pochodną problemów szkolnictwa wyższego (które z kolei zależą od sytuacji całej krajowej edukacji). Innymi słowy, problemy nauki nie dadzą się skutecznie rozwiązać w oderwaniu od całokształtu gospodarczej i edukacyjnej sytuacji w Polsce. Należy dążyć do spójnego ustawodawstwa w zakresie całego systemu edukacji, badań naukowych i wdrożeń (niestety, przygotowywana obecnie nowelizacja ustawy o szkolnictwie wyższym tego warunku nie spełnia). Niskie płace i brak środków na prowadzenie ambitnych badań czyni zawód naukowca wysoce nieatrakcyjnym dla młodych, najzdolniejszych absolwentów szkół wyższych, a w warunkach silnej światowej konkurencji tylko tacy ludzie stwarzają szansę na osiąganie naprawdę twórczych rezultatów. Brak mobilności kadry naukowej i sztywny system stałego zatrudnienia znacznie zmniejsza efektywność pracy badawczej. Chodzi tu o możliwość wykonywania badań w różnych środowiskach, co chroni przed rutyną i skostnieniem. Nie zapobiega, oczywiście, tej bolączce wieloetatowość, prowadząca najczęściej do braku jakiejkolwiek aktywności badawczej. Wieloetatowość jest nieszczęściem krajowej nauki i czyni z nas ewenement na mapie świata. Nie można z nią jednak walczyć metodami administracyjnymi bez wzięcia pod uwagę, że osiągnięcie twórczego poziomu pracy badawczej jest dla naukowca zadaniem na całe życie zawodowe i jako takie musi być odpowiednio opłacane. Ujednolicony system finansowania badań, mający w zamierzeniu stwarzać wszystkim równe szanse i gwarantować uczciwą, niezbędną w nauce rywalizację, ujawnił w praktyce liczne niedoskonałości. Różnorodność instytucji prowadzących w Polsce badania naukowe powinna być wielką zaletą systemu. Niestety, uprzedzenia środowiskowe i zła organizacja transferu rezultatów badawczych prowadzą do konfliktów pomiędzy poszczególnymi pionami, dodatkowo obniżając społeczny prestiż nauki. Poziom kontaktów międzynarodowych jest wysoce niezadowalający. O ile możliwości wyjazdów konferencyjnych (często, niestety, niezbyt dobrze uzasadnionych merytorycznie) są obecnie relatywnie całkiem duże, to rzeczywista międzynarodowa współpraca badawcza jest ciągle na niskim poziomie. Bardzo źle jest z popularyzacją i szeroką promocją osiągnięć badawczych. W Polsce nie brakuje wspaniałych uczonych cieszących się najwyższym, ogólnoświatowym uznaniem środowisk naukowych, ale dziennikarzowi ciągle jest dużo łatwiej zarobić na miłosnych perypetiach trzeciorzędnego aktora lub na kolejnym pojawieniu się UFO niż na rzetelnie i przystępnie przedstawionych osiągnięciach światowej sławy uczonego. POLITYKA NAUKOWASystem badań naukowych w Polsce wymaga spokojnych, ale konsekwentnie prowadzonych reform. Błędne są zarówno głosy sugerujące osiągnięcie już zadowalającego poziomu transformacji systemu badań, jak i te, które proponują różne cudowne drogi "na skróty": dać pięć razy więcej pieniędzy, zwolnić 80 proc. uczonych, zlikwidować wszystkie instytuty badawcze z ewentualnym wcieleniem ich do istniejących uczelni itp. Zasadnicze kierunki reform to: opracowanie spójnego systemu studiów doktoranckich i staży podoktorskich (także finansowanie staży zagranicznych); zapewnienie napływu zdolnych młodych ludzi gotowych podjąć trud terminowania w zawodzie uczonego; wypracowanie modelu wdrażania wyników naukowych polskich uczonych poprzez stworzenie systemu agencji typu B+R+W (badawczo-rozwojowo-wdrożeniowych) finansujących badania w całym cyklu "od pomysłu do realizacji" i finansowanych z udziału w zyskach udanych wdrożeń; stwarzanie przez państwo dodatkowych możliwości prowadzenia badań tym zespołom badawczym, które udowadniają, że potrafią same dbać o swoją pozycję merytoryczną i finansową (wysoka efektywność badań i menedżerska zaradność są cechami niezbędnymi w konkurencyjnym świecie dzisiejszej nauki). W obecnych polskich realiach państwo jest kluczowym elementem systemu wspierania badań, trzeba więc zaakceptować jego zasadniczy wpływ na sposób ich finansowania. Oznacza to m.in., że nie tylko o całkowitej wysokości środków przeznaczonych na badania, ale także o ich podziale pomiędzy dziedziny badawcze decydować powinni rządzący politycy, korzystający oczywiście z doradztwa naukowców-ekspertów, ale w pełni odpowiedzialni za podejmowane decyzje. Sami uczeni powinni mieć prawo decyzji dopiero przy podziale środków pomiędzy poszczególne dyscypliny w ramach ogólnych dziedzin. Inna sprawa, że w Polsce nie ma jeszcze w ogóle dobrych specjalistów od polityki naukowej, mogących wypełniać powyższe zadania. Potrzebne jest w związku z tym jakieś rozwiązanie przejściowe pomiędzy dzisiejszą koncepcją KBN jako reprezentacji polskich naukowców, a docelową koncepcją Ministerstwa Badań i Technologii jako typowego resortu rządowego. Powyższe uwagi wydają się ważne, tym bardziej że nauka jest w swej istocie merytokratyczna (rządząca się kryteriami wiedzy), a nie demokratyczna. Może już czas, aby po okresie zachłyśnięcia się wolnością uznać tę zasadę za obowiązującą, wyciągnąć z niej wnioski i upodobnić nasz system do rozwiązań znanych od lat w krajach rozwiniętych? Oznaczałoby to w szczególności rozdzielenie wypełnianych obecnie przez KBN dwu funkcji: organu administracji państwowej ds. strategii i kształtowania polityki naukowej państwa oraz agendy rozdzielającej środki na cele badawcze i badawczo-wdrożeniowe. Powołane w miejsce KBN Ministerstwo Badań i Technologii mogłoby się wreszcie spokojnie zająć kształtowaniem prawdziwej polityki naukowej państwa, zaś rozdziałem środków na badania zajęłyby się specjalnie w tym celu powołane agencje o zróżnicowanym charakterze. Spełniono by w ten sposób ważny postulat środowiska naukowego dotyczący stworzenia alternatywnych źródeł państwowego finansowania badań. Aby zminimalizować uprzedzenia i środowiskowe niesnaski, każdy zespół powinien bowiem mieć prawo starania się o środki w więcej niż jednym miejscu. Zróżnicowana natura agencji stworzyłaby wreszcie także możliwości kompetentnego finansowania badań transdyscyplinarnych oraz prowadzonych w dużych zespołach. Wpływ państwa polegałby na programowaniu profilu agencji, z odpowiednim uwzględnieniem pożądanego stosunku pomiędzy badaniami nieskrępowanymi i badaniami prowadzonymi w kontekście zastosowań. Różnorodność procesu przyznawania środków na badania można zapewnić zlecając prowadzenie niektórych agencji wiodącym uczelniom bądź PAN. Sednem systemu powinna jednak pozostać zasada finansowania zespołów badawczych wyłącznie w wyniku otwartego konkursu, prowadzonego pod baczną kontrolą środowiska naukowego. STRUMIENIE FINANSOWANIAObowiązujący w Polsce podział na badania podstawowe i stosowane jest niezrozumiały i należy go zlikwidować. Niesie on bowiem wyłącznie negatywne emocje. Lepszy podział, jeśli w ogóle jakiś jest potrzebny, polegałby na wyróżnieniu: badań nieskrępowanych (swobodnych), ocenianych wyłącznie na podstawie ich oryginalności w skali ogólnoświatowej; badań prowadzonych w kontekście zastosowań, wśród których wyróżnić można z kolei badania strategiczne i badania innowacyjne o perspektywie zastosowań odpowiednio większej niż 5 lat i mieszczącej się w 2-5 latach; prac rozwojowych (wdrożeń), niezwykle potrzebnych, ale wyłączonych w budżecie z działu Nauka. Ta ostatnia sprawa wydaje się mieć bardzo duże znaczenie dla finansów nauki w Polsce. Jest ona także istotna dla ogólnej atmosfery w środowisku uczonych, w którym aż huczy od przykładów wspierania z funduszy KBN przedsięwzięć pozbawionych jakichkolwiek cech działalności naukowej. Zaznaczmy także, że zwiększanie się znaczenia strategicznych badań prowadzonych w kontekście zastosowań wydaje się nieuchronne. I niech się na mnie moi znakomici koledzy-teoretycy za powyższe stwierdzenie nie obruszają - prowadzone w kontekście zastosowań badania w zakresie wytwarzania materiałów o zadanych własnościach, komputerowo wspomaganego tłumaczenia tekstów, projektowania samolotów nowej generacji czy wielu nowych metod diagnostyki i terapii medycznej, zawierają przecież w sobie potężny, dominujący ładunek badań poznawczych. Wielkość i położenie geograficzne Polski przesądzają o niezbędności prowadzenia rudymentarnych prac badawczych we wszystkich obszarach wiedzy. Jest to niezbędne choćby z punktu widzenia dydaktyki szkolnictwa wyższego. Dodatkowe środki finansowe kierowane powinny być na realizację projektów badawczych rozdzielanych wyłącznie w drodze konkursu we wszystkich dyscyplinach zasługujących na państwowe wsparcie, a więc z pominięciem tych, które w warunkach Polski nie rokują żadnych perspektyw na znaczące sukcesy. Te dwa strumienie finansowania odpowiadają w przybliżeniu obecnemu finansowaniu działalności statutowej jednostek badawczych oraz tzw. projektom badawczym własnym. Zasady te nie stoją w sprzeczności z ewidentną potrzebą posiadania przez państwo polityki naukowej akcentującej priorytety zgodne z realizowanym wizerunkiem przyszłości kraju. Zwróćmy uwagę, że polityka naukowa nie jest potrzebna samym uczonym, oni świetnie mogą dawać sobie radę bez niej. Jest jednak niezbędna do prowadzenia mądrej polityki państwa. Można ją realizować poprzez przeznaczenie znacznych sum pieniędzy na wybrane, strategiczne kierunki badawcze, gdzie istnieją szanse na rzeczywisty, spektakularny sukces badawczy lub gdzie niezbędny jest pomost pomiędzy rozwojem naukowym a ważnymi społecznie wdrożeniami. Ta druga przyczyna nawiązuje do istniejących obecnie (ale realizowanych bardzo niewłaściwie) tzw. projektów celowych, pierwsza nie ma natomiast, niestety, żadnego odpowiednika. Zacznijmy więc solidnie wspierać najbardziej obiecujące badania nieskrępowane w uważnie wyselekcjonowanych dyscyplinach badawczych. Zauważmy przy tym na marginesie, że niemożliwe jest osiągnięcie rzeczywistego sukcesu naukowego w zakresie takich badań bez umożliwienia współpracy mistrza z uczniami. Dodajmy, że realizacja powyższych postulatów jest absolutnie niemożliwa przy obecnym poziomie budżetowego finansowania badań. Stały przyrost części PKB przeznaczonej na naukę w nadchodzących latach jest naprawdę zadaniem przesądzającym o przyszłym wizerunku Polski. Ze względu na międzynarodową naturę nauki i ograniczone możliwości finansowania badań przez nasz budżet, niezwykłą wagę przypisać należy przystąpieniu Polski do tzw. 5. Programu Ramowego Unii Europejskiej, przeznaczonego do finansowania projektów badawczych wykonywanych wspólnie przez grupy badawcze reprezentujące różne kraje europejskie. Inna sprawa, czy łatwo nam będzie wykorzystać nadarzające się szanse dostępu do unijnych środków badawczych. Będzie to z pewnością pasjonujący test naszej dojrzałości badawczej i organizacyjnej. Lepszy klimat wokół nauki stworzyć mogą jedynie jej spektakularne sukcesy oraz czytelny i ekonomicznie uzasadniony system przekazywania osiągnięć badawczych do praktyki gospodarczej. Tej drugiej sprawie świetnie przysłuży się aktywna i bardziej skuteczna polityka zachęcania przedsiębiorstw do finansowania badań. Potrzebne tu są: odważna wizja, zrozumienie wagi środków pozabudżetowych i konsekwentna legislacja (zwolnienia podatkowe, zobowiązywanie inwestorów zagranicznych do prowadzenia prac rozwojowych w Polsce itp). STOPNIE I TYTUŁYGorące dyskusje wokół liczby i rodzajów tytułów, stopni i stanowisk naukowych nie jawią się jako przesadnie racjonalne. Sztywny pod tym względem system niemiecki i bardzo elastyczny system amerykański wskazują, że istnieje wiele możliwości realizacji ostatecznego celu hierarchizacji stanowisk badawczych, którym jest zapewnienie możliwości awansowych najlepszym uczonym i zdolnym organizatorom. Jestem zwolennikiem przywrócenia jednolitego systemu tytułów, stopni i stanowisk z nieodległej przeszłości (stopnie naukowe: doktor i doktor habilitowany, tytuły naukowe: profesor nadzwyczajny i zwyczajny, stanowiska: asystent, adiunkt, docent, profesor nadzwyczajny, profesor zwyczajny), przy silnym ograniczeniu liczby bardzo dobrze płatnych stanowisk kierowniczych (docent, profesor) przyznawanych w drodze konkursu. Kryteria konkursowe uwzględniać powinny przede wszystkim poziom naukowy, a w dalszej kolejności zdolności menedżerskie i młody wiek. To ostatnie kryterium wpłynęłoby może na obniżenie średniej wieku u zdobywających kolejne stopnie naukowe. Częste dzisiaj otrzymywanie stopnia doktora habilitowanego w wieku 50, zaś tytułu profesorskiego w wieku 60 lat jest absurdalną anomalią. Wiele kontrowersji ujawnia się w dyskusjach na temat potrzeby istnienia drugiego, obok doktora, stopnia naukowego, tj. doktora habilitowanego. Wśród tych, którzy akceptują jego istnienie, pojawiają się dalsze wątpliwości co do natury tego stopnia. Czy powinien on być bardziej "naukowy", czy bardziej "dydaktyczny", z naturalną konsekwencją tego dylematu w postaci sporu co do instytucji uprawnionych do jego nadawania. W tym kontekście nie należy przemilczać faktu, iż w pewnych kręgach uczonych związanych ze szkolnictwem wyższym formuła instytutów PAN budzi istotne kontrowersje. Faktem jest, że istniejąca w Polsce możliwość uzyskiwania stopni naukowych i tytułu naukowego w instytutach badawczych jest rozwiązaniem raczej wyjątkowym niż typowym na mapie światowej nauki. Faktem jednak jest także, że wieloletnia tradycja i aktualna formuła finansowania instytutów PAN uniemożliwiają szybką zmianę tego stanu rzeczy bez dramatycznego uszczerbku dla całego potencjału naszej nauki. Instytuty PAN są świadome pewnej wyjątkowości obecnej sytuacji i od dawna dokonują wysiłków dopasowujących zasady ich funkcjonowania do standardów światowych w zakresie stopni. Zakładanie własnych szkół wyższych, prowadzenie własnych studiów doktoranckich, opieka nad pracami magisterskimi wykonywanymi w renomowanych uczelniach wyższych, gościnne wykłady kursowe i monograficzne w zaprzyjaźnionych uczelniach, publikowanie podręczników akademickich to tylko niektóre z działań świadczących o tym, że większość placówek PAN należy uznać za instytucje badawczo-dydaktyczne, a nie wyłącznie badawcze. Wydaje się więc, że pozostawienie zasługującym na to merytorycznie placówkom PAN prawa do nadawania odpowiednich stopni i tytułu naukowego dobrze przysługuje się zarówno nauce, jak i szkolnictwu. Każda zaś gwałtowna zmiana tego stanu rzeczy niosłaby w sobie niebezpieczeństwo konfliktu w środowisku akademickim i tym samym znacznych strat społecznych. A przyszłość pokaże, czy placówki PAN będą dobrze działać w tworzącej się formule badawczo-dydaktycznej (de facto specyficznych uczelni o zmniejszonym obciążeniu dydaktycznym pracowników), czy też wykażą np. chęć włączenia się w struktury istniejących uczelni lub też przekształcenia się w Państwowe Instytuty Badawcze. Jestem przekonany, że takich procesów nie należy sztucznie przyspieszać, ale także nie należy im przeszkadzać. Drodzy czytelnicy, drodzy wyborcy władz wszystkich szczebli, patrzcie na ręce swoim uczonym, wywierajcie wpływ na władze, aby egzekwowały od uczonych ich obywatelski obowiązek jasnego przedstawiania osiągnięć i dokumentowania ich znaczenia dla przyszłości Polski. Pamiętajcie wszakże przy tym, że bez szeroko zakrojonych badań nie będzie w Polsce rzeczywistej poprawy sytuacji szkolnictwa wszystkich szczebli, przemysłu, służby zdrowia, rolnictwa. To nauka i edukacja mają nam zapewnić godne miejsce w Europie. To mądra polityka naukowa jest kluczem do realizacji wielu z naszych marzeń. Polska XXI wieku powstaje teraz. Nie wolno nam tego przegapić.
|
|
|