Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 7-8/1999

Między nauką a filozofią
Poprzedni Następny

Nauka jest jedną z form ludzkiej samorealizacji. Jej sukcesy potwierdzają zachodni model cywilizacji, ale jej roszczenia do zastąpienia filozofii okazały się bezzasadne.

Krzysztof Czerwiński

Warunkiem wszelkiej prawdziwości jest przyjęcie naukowego sposobu myślenia. (...) Ten, dla kogo wzeszło słońce nauki, nie tkwi już w nieskończonej wielości informacji... Jego niesłychany trud uskrzydla entuzjazm, a nauka staje się dlań elementem życia. Jak zawsze, tak i dziś możemy doświadczać magii nauki, dzięki której dla młodego człowieka świat staje się rozległy i jasny.

I dziś, jak zawsze (a może jeszcze silniej), możemy doświadczać wagi nauki, a mianowicie zagrożenia, jakie stanowi dla (...) życiowych kłamstw. Nauka bowiem demaskuje iluzje, dzięki którym chciałbym uczynić życie lżejszym, znaleźć namiastkę wiary – lub nadać wierze gwarancje właściwe wiedzy.

Ta apologia wyszła spod pióra filozofa Karla Jaspersa. Napisana ponad pół wieku temu, wywołuje dziś reakcje sceptyczne. Chociaż nauka zdominowała nasze myślenie o świecie, trudno byłoby powiedzieć, że stał się on „rozległy i jasny”. Co do „życiowych kłamstw”, to można wątpić, by naukowcy stosowali je znacząco rzadziej niż inni ludzie, choć w ich wykonaniu są one z pewnością znacznie bardziej wyrafinowane. A w końcu, sama nauka stała się dla wielu ową namiastką wiary, choć pod przybranym terminem „światopogląd”.

Gwoli uczciwości trzeba dodać, że sam Jaspers był świadom tych uwikłań. Pisał bowiem w cytowanym eseju: Nastawienie naukowe charakteryzuje stałe odróżnianie tego, co poznane w sposób nieodparty i tego, co takim poznaniem nie może się poszczycić. Jest to więc wiedza, której towarzyszy świadomość prowadzącej do niej drogi i granic sensu, w jakich dana wiedza jest ważna. Jest to w końcu gotowość przyjęcia wszelkiej krytyki moich twierdzeń.

Mamy tu zatem do czynienia z szeroko rozumianym racjonalizmem. Jego źródłem była filozofia i nauka grecka, która w pewnej mierze wykorzystała arytmetyczne osiągnięcia hinduskie i babilońskie. Greccy uczeni dokonali przeistoczenia arytmetyki tych ludów w abstrakcyjne formuły powszechnie ważnych definicji i twierdzeń. Następnym wielkim krokiem był monoteizm. Pogląd, iż osnowa uniwersum jest jednolita i że istnieje jedna główna przyczyna dla wszystkich zjawisk, niewątpliwie przyczynił się do powstania nowożytnej nauki. Judaizm a potem chrześcijaństwo obaliły cykliczny kosmos starożytnych i wprowadziły model linearny. Średniowieczny mnich Burydan wprowadził pojęcie ruchu bezwładnego, bez którego trudno sobie wyobrazić dzieło Kopernika (ani, rzecz jasna, Newtona). Logika Arystotelesa i metoda scholastyki wygimnastykowały zachodnie umysły tak, iż – po dwustuletnim regresie epoki Odrodzenia, gdy królowały astrologia, alchemiz i okultyzm – w wieku XVII mogła się zacząć oszałamiająca przygoda nowoczesnej nauki.

Mechanistyczny model funkcjonowania wszechświata, zawarty w dziele Newtona, zaowocował w wieku XVIII przekonaniem o zasadniczej przewidywalności zjawisk, jeśli tylko można je ująć jako pewien proces. Nastąpiło tym samym utożsamienie postawy naukowej z determinizmem, najdobitniej wyłożonym przez czołowego myśliciela Oświecenia, Denisa Diderota: Gdybyśmy znali łańcuch przyczyn i skutków tworzących życie człowieka od chwili narodzin do ostatniego tchnienia, zyskalibyśmy pewność, że uczynił to, co musiał.

Wolność – jak to potem ujął następny wielki materialista – może być jedynie uświadomieniem konieczności.

Wiekopomnym osiągnięciem nauki dziewiętnastowiecznej było stworzenie aparatu matematycznego, za pomocą którego nauki doświadczalne stały się naukami rzeczywiście ścisłymi. Każdy właściwie ujęty proces dał się opisać w formie algorytmu, a więc można było przewidzieć bezpośrednie konsekwencje danego stanu materii. Jeszcze w słowniku naukowym Larousse’a z 1965 roku można pod hasłem „determinizm” przeczytać, iż jest to w zasadzie tożsamość pojęcia „nauka”. Odkrywane prawa przyrody zafascynowały zachodnią świadomość i zaowocowały ideą, że również człowiek działa podług podobnych praw i trzeba tylko intelektualnego wysiłku, by je odkryć. Pierwszy podjął taką próbę Hegel. Mało kto dziś pamięta, że zanim zabrał się za historię, zastosował swoją „dialektykę” do astronomii i ogłosił w grudniu 1799 r., że choć definicja planety zmieniła się od czasów starożytnych, to „filozoficznie rzecz ujmując” ciał niebieskich okrążających Słońce może być tylko siedem. Nim jeszcze jego dysertacja zdążyła wyschnąć, 1 stycznia 1800 r. odkryto ósmą „planetę”: planetoidę Ceres.

Jak dobrze wiemy, tę samą wartość, co powyższy przykład „filozoficznej astronomii”, miał „światopogląd naukowy” najsławniejszego ucznia Hegla. Jednak w mniej ambitnej postaci materializm zdawał się znajdować coraz mocniejsze oparcie w nauce, zwłaszcza od wystąpienia Darwina. Nie zdołało nim zachwiać nawet ustalenie w latach 20. naszego stulecia, że mechanika elementarnych cząstek materii ma charakter probabilistyczny, na poziomie molekuł chemicznych determinizm powracał. Nieuchronnie opanował też w końcu nauki społeczne, gdzie dawniej wpływ dziedziczności, a obecnie środowiska, jest przez większość uważany za przesądzający o losie jednostki. W 1928 roku Lucien Levy-Br?hl w książce Moralność i nauka o obyczajach zapowiedział „etykę naukową” obiecując: Kiedy nauka ustali, w jaki sposób każdy nakaz sumienia powstał i nabrał sił, jak się narzucił i jakie wywołał efekty oraz jaką wciąż spełnia funkcję w życiu społecznym – wtedy będziemy wiedzieć, w jakiej mierze jest możliwe i konieczne jego przekształcenie.

Trzeba jednak zadać pytanie: w jakim stopniu postawa deterministyczna jest rzeczywiście naukowa? I dlaczego właściwie miałaby nas wiązać z materializmem?

Już w apogeum Oświecenia Immanuel Kant wykazał, że wszelkie obserwacje są dostępne naszej refleksji tylko dzięki pewnej wiedzy uprzedniej, która umożliwia nam zorientowanie się, co właściwie obserwujemy. Ta aprioryczna zdolność uporządkowania docierających do mózgu sygnałów dotyczy przede wszystkim wiedzy o strukturach przestrzeni i czasu. Karl Popper, uważany przez wielu za największego filozofa XX wieku, wyszedłszy od tez Kanta, poszedł znacznie dalej. Konfrontując je z osiągnięciami genetyki i biochemii napisał w ostatnim opublikowanym za życia wykładzie: Aby móc dostrzec jakąś rzecz, musimy wiedzieć czym są „rzeczy”: to, że można je ulokować w przestrzeni, że niektóre spośród nich mogą się poruszać, podczas gdy inne nie, że niektóre z nich mają dla nas bezpośrednie znaczenie i że dlatego są one dla nas dostrzegalne i będą przedmiotem postrzegania. Inne, mniej istotne, mogą zostać całkowicie zignorowane przez nasz aparat biologiczny. Ale, aby ten aparat mógł dokonywać takich czynności, musi mieć dostęp do uprzedniej wiedzy o elementach znaczących; a ta nie może być rezultatem obserwacji.

(...) Uważam, że we wszystkich tezach swojej epistemologii Kant miał rację. Zamierzam jednak pójść znacznie dalej... Uważam, że 99 proc. wiedzy, którą on uważał za wiedzę a posteriori, w rzeczywistości jest wiedzą a priori. Nasze zmysły bowiem mogą nam dostarczyć tylko odpowiedzi tak lub nie, które są odpowiedziami na nasze pytania: pytania te my sami formułujemy a priori. Ponadto nawet te dwie proste odpowiedzi, jakie otrzymujemy od naszych zmysłów, muszą być przez nas interpretowane – interpretowane w świetle idei posiadanych przez nas a priori.

A zatem cała nasza wiedza jest hipotetyczna.

Powstaje zatem zasadnicze pytanie: jak możliwe jest gromadzenie wniosków z doświadczeń w toku gromadzenia wiedzy, czy też budowanie optymalnego genotypu w toku powtarzanych prób i błędów ewolucji? Jak morska organella nauczyła się oddychać? Jak pierwsza komórka nauczyła się procesu fotosyntezy? Skąd „wiedziała”, że jest to dla niej korzystne?

Darwiniści uważają te problemy za sztuczne. Ale najgłośniejsi z nich, np. Richard Dawkins, popierają w swoich książkach i wystąpieniach tych (dominujących dziś) socjologów, dla których życie społeczne to jedynie proces dostosowania się jednostek do otoczenia, innymi słowy – pobierania wzorców zachowań z zastanej kultury, własne ich działania kwalifikując jako reakcje na nią. Nie dostrzegają sprzeczności między swoją wizją przyrody, która za pomocą autonomicznego przerabiania zmysłowych informacji doszła aż do stworzenia psychofizycznej struktury znanej jako Beethoven – a biernością, na jaką skazują organizmy z tego samego, co on gatunku: cokolwiek od bakterii (cybernetycznie) pojemniejsze.

Powtórzmy rzecz, która zapewne zdziwi przyszłych historyków: choć od 1926 roku było wiadomo, że na poziomie fundamentów materii determinizm nie obowiązuje, nie podważyło to wiary w samoistną racjonalność homo sapiens i – pośrednio – natury, która go stworzyła. Niels Bohr, współodkrywca probabilistycznej zasady komplementarności, posunął się w swojej apologii aktualnego stanu nauki tak daleko, że chciał dożyć czasów, gdy zasada ta zastąpi religię „i da ludziom poczucie przewodnictwa, jakiego potrzebują.” (A. French i P. Kennedy, Niels Bohr: A Centenary Volume, Harvard 1951).

Jest faktem, że materialistyczna interpretacja teorii ewolucji wymaga akceptacji tak ogromnej roli przypadku, iż bardziej podobna jest do wyznania wiary niż do pozytywistycznego ideału wiedzy. W 1972 roku Jacques Monod, noblista z dziedziny biologii, napisał w głośnej książce Przypadek i konieczność, że zjawisko życia, od swoich początków aż do rozwoju człowieka, opiera się na przypadkowych, okazjonalnych zmianach zachodzących w molekułach chemicznych. W wyniku ustaleń nauki człowiek wie teraz przynajmniej, że jest sam w nieczułym ogromie wszechświata, z którego wyłonił się jedynie przez przypadek. Nie daje nam to zatem żadnych podstaw, by wywieść nasze poglądy i instytucje z praw naturalnych, gdyż natura nie zna żadnych praw oprócz doboru naturalnego, który też oczywiście opiera się w ostatecznym rachunku na przypadku. „Liberalne” społeczeństwa zachodnie ciągle jeszcze wpajają młodzieży podstawy moralne zawarte w zwodniczej mieszaninie judeo-chrześcijańskiej religijności, naukowego postępu, wiary w „naturalne prawa człowieka” i utylitarnego pragmatyzmu. Tymczasem, jak komentuje naukowiec i publicysta Bernard Dixon: Światopogląd Jacques’a Monoda, podzielany przez znaczną większość dzisiejszych uczonych, nie dostarcza żadnego poparcia dla tej zwodniczej mieszaniny, za to wszystkie powody do jej odrzucenia.

Trudno się dziwić, że wysiłki popularyzatorów i teoretyków nauki skupiają się na wykazaniu (wbrew ustaleniom paleontologów i biochemików), że element probabilistyczny w ewolucji jest „w zasadzie” do pominięcia. Heroiczną wręcz próbę takiego dowodu podjął Hoimar von Ditfurth w książce Na początku był wodór. Ale koniec końców sprowadzają się te wywody – zwłaszcza w wydaniu współczesnych darwinistów – do odwrócenia sławnego „dowodu” Anzelma z Canterbury na istnienie Boga: skoro taki był tok ewolucji, to widać był konieczny.

Ren? Thom, uważany za jednego z największych żyjących matematyków, swoje zarzuty pod adresem probabilistów sformułował bezceremonialnie: Utrzymywać, że materia czy życie są rezultatem przypadku, to chwalić się niemożnością zrozumienia, to akceptować tezę, że świat nie jest pojmowalny. Można jednak powiedzieć, że dla większości naukowców teza, iż świat nie tylko nie potrafi wytłumaczyć swego sensu, ale nawet swego początku – jest źródłem frustracji zgoła nienaukowej. Proszę zwrócić uwagę na emocjonalne zabarwienie poniższej konstatacji bariery poznawczej, jaką napotyka kosmologia, w refleksji Johna Barrowa (Teorie wszystkiego, Oxford 1991): Dla naukowca jest to fakt niepokojący. Znaczy to bowiem, że nasze obserwacje obserwowalnego wszechświata mogą co najwyżej dać informacje o jakiejś drobnej części warunków początkowych, które charakteryzują najwcześniejsze chwile rozszerzającego się wszechświata. Naukowe obserwacje nigdy nie pozwolą nam poznać pełnej struktury warunków początkowych wszechświata. Jest im widać przeznaczone, aby na zawsze pozostały w królestwie teologii i filozofii.

Pytanie zasadnicze dotyczy jednak tego, w jakim stopniu aparat matematyczny jest stosowalny i przydatny w poszczególnych dyscyplinach. Kurt G?del odkrył w 1931 roku, że dopóki mamy do czynienia z algorytmami, tak długo ich podstawa wyjściowa będzie wobec nich zewnętrzna, tzn. ich aksjomaty początkowe nie dadzą się wyjaśnić w ramach tego algorytmu. Wybitny fizyk i matematyk Roger Penrose w swojej klasycznej już książce Nowy umysł cesarza pisze: Twierdzę stanowczo, że w działaniu świadomości musi być obecny czynnik istotnie niealgorytmiczny. (...) A jednak natura doprowadziła do powstania świadomych istot, takich jak my, zamiast zadowolić się istnieniem stworzeń podobnych do nieświadomych mechanizmów. Jeżeli świadomość nie przynosi żadnej korzyści z punktu widzenia doboru naturalnego (...), to dlaczego natura zadała sobie tyle trudu, aby wytworzyć świadome mózgi? Penrose zapewne nie znał uwagi wypowiedzianej 60. lat wcześniej przez antropologa H. Harrisona: Człowiek dawał sobie świetnie radę zanim w ogóle został człowiekiem i nikt nie podał powodu, dla którego przestał on być małpą bezogonową.

Owe świadome mózgi przeprowadzają od jakichś 250 lat pewien projekt mający dowieść, iż są najwyższym stworzeniem w dostępnym im świecie i nie podlegają nikomu, prócz samych siebie. Okazuje się jednak, że każdy dowód opiera się na pewnym arbitralnym założeniu, zaś dane do niego nie są bynajmniej czystymi obserwacjami, a wyłącznie ich – nieusuwalną – interpretacją. Od czasu powstania mechaniki kwantowej wiemy zresztą, iż poznajemy wynik naszej interferencji z rzeczywistością, a nie wolną od naszych wpływów rzeczywistość „samą w sobie”. Sama wymiana informacji również zawiera w sobie pewien ukryty (lub nie) akt osądu, zostawiając na niej nasze piętno. Natomiast tak głośno opiewana przez pozytywistów matematyzacja nauki załamała się w zasadzie (choć mało kto to wtedy dostrzegł) już na początku XX w., gdy wielki matematyk francuski Henri Poincar? odkrył, że układy dynamiczne złożone z więcej niż dwóch poruszających się ciał mogą być opisane tylko przez równania nieliniowe i że takie równania w zwykłym, analitycznym sensie nie dadzą się rozwiązać. John Barrow tak skomentował związaną z tym faktem sytuację, w jakiej znalazła się nauka: Nasze wykształcenie i intuicje zdominowane są przez przykłady liniowe, ponieważ są one proste. Nauczyciele pokazują rozwiązania równań liniowych, zaś autorzy podręczników przedstawiają analizy zjawisk liniowych, ponieważ są to jedyne problemy, które można łatwo rozwiązać – jedyne zjawiska, które pozwalają na łatwe i całkowite zrozumienie. Wielu przedstawicieli nauk społecznych, którzy poszukują matematycznego modelu zachowań społecznych, nieodmiennie szuka modeli liniowych, ponieważ są najprostsze i stanowią jedyny rodzaj, o którym ich uczono. Już jednak najprostsze równania nieliniowe wykazują zachowanie o tak niespodziewanej głębi i subtelności, że z praktycznego punktu widzenia są całkowicie nieprzewidywalne.

Najbardziej zdecydowane poglądy w tej kwestii ma Ren? Thom. Jego zdaniem, obecna koncepcja uczenia sześcioletnich dzieci teorii zbiorów, to jakby uczyenie się stenografii do zapisania numeru telefonicznego. Powszechna nauka matematyki winna kończyć się w wieku lat 15, gdyż w tym wieku można już oddzielić jedno dziecko na sto, które będzie w stanie zrozumieć matematykę bardziej skomplikowaną. Uważa, że matematyzacja większości nauk jest zupełnie sztuczna i twierdzi, że nauczanie matematyki jest dziś prawie bezużyteczne, jeśli chodzi o zrozumienie większości dyscyplin naukowych. Już zresztą w 1958 roku Bertrand Russell miał podobne poglądy na temat naciągania ilościowego gorsetu na analizy zjawisk jakościowych. Pisał: Współcześni uczeni zamiast rozszerzać horyzonty uciekają się do matematyki, która po odpowiednim przystosowaniu może przynosić takie rezultaty, jakich się zapragnie; zwłaszcza gdy potraktować pośrednie etapy – rachunek i transformacje – jako wyalienowany zbiór reguł. Ta nieledwie magiczna postawa, szerząca się niczym epidemia, mocno przypomina liczbowy mistycyzm pitagorejczyków i ich następców u schyłku Renesansu.

Nie sposób zaprzeczyć, że wszystkie niewiarygodne osiągnięcia nauki nie powstałyby bez matematyki, nie jest jednak dowiedzione, że to matematyka była najważniejszą z jej części. Wielu największych uczonych, by wymienić tylko Einsteina czy Heisenberga, większą wagę przywiązywało do wyobraźni. Wiadomo też, że zadziwiająco wielu odkrywców i wynalazców rozwiązania swoich problemów znajdowało we... śnie. Nie podważa to oczywiście tożsamości rozwiązań dostarczanych przez naukę z szeroko rozumianym racjonalizmem, każe jednak zakwestionować tezę, iż da się z nim utożsamić samą metodę szukania prawdy. Skoro matematycy musieli pogodzić się z paradoksami i arbitralnością, jaką odkryli w samych podstawach swej dyscypliny, trudno upierać się, że korzystające z jej aparatu dziedziny nauki mogą być niezależne od czynników wymykających się naszemu rozumieniu. Większość fizyków uważa na przykład, że teorie najpiękniejsze są najbardziej zbliżone do prawdy; przy czym piękno utożsamiają z prostotą. Oba te założenia są intuicyjne i nie dadzą się udowodnić naukowo. Nauka jest systemem aksjomatycznym, czyli takim, który nie potrafi we własnym zakresie dowieść swej spójności. Jak stwierdził Jaspers, nauki nie można uzasadnić naukowo. (...) Podstawą źródłowej woli wiedzy jest ona sama. Wola ta nie ma przyczyny; jest pasją, której samoakceptacja pozostaje założeniem nauki (Istota nauki, Berlin 1946). Wbrew długoletnim usiłowaniom darwinistów nie udało się zredukować ciekawości ani do instynktu samozachowawczego, ani do instynktu rozmnażania się. Istnieje dowolnie wiele przykładów, że prosta ciekawość może przywieść do śmierci, a uparte trzymanie się prawdy – zniweczyć wszelkie nadzieje na dostosowanie się do otoczenia. Toteż Jaspers ujmuje tę pierwotną potrzebę w kategoriach filozoficznych: Źródłowa wola wiedzy w nas nie jest ulotnym zainteresowaniem; bezwarunkowe dążenie pcha nas naprzód, jakby nasza istota dopiero dzięki wiedzy mogła stać się sobą. Nie zaspokaja mnie żadna cząstkowa wiedza – nieustannie podążam dalej. Chciałbym dzięki wiedzy ogarnąć kosmos. Nauka zatem jest jedną z form ludzkiej samorealizacji. Jej sukcesy potwierdzają zachodni model cywilizacji, ale jej roszczenia do zastąpienia filozofii okazały się bezzasadne.

Szkic niniejszy nie powinien wywoływać wrażenia, że autor zachęca do lekceważenia nauki. Miał on jedynie wskazać, iż obecne w prasowej publicystyce, a nawet w akademickich wystąpieniach określenia „naukowy” i „racjonalny”, nie są bynajmniej tak jasne, jak się wielu wydaje. Szczególnie ich związki z materializmem nie mają tak silnych podstaw, jak chcieliby nasi „uniwersaliści” czy, soi-disant, „racjonaliści”. Dobrze zatem będzie zakończyć go odwołaniem do autora najbardziej może kompetentnego w omawianej materii, a mianowicie abp. Józefa Życińskiego. Jasno widząc wszystkie uroszczenia i nadużycia nauki nowoczesnej, bierze ją przecież w obronę w tych oto pięknych słowach: W rzeczywistej nauce współistnieją uniwersalne zasady i dowolne hipotezy, przełomowe idee i naiwne prognozy. Współistnienie tych różnorodnych czynników nie pozwala na obronę wyidealizowanych obrazów nauki. Mimo to nauka, naznaczona piętnem czasu i niedoskonałości, stanowi wyjątkowe osiągnięcie ludzkiego intelektu w dziedzinie interpretacji świata. Ciągi sukcesywnych teorii składają się na jeden wielki proces przetwarzania tajemnicy w informację i odkrywania nowych tajemnic. Mimo, iż każda z tych teorii ma ograniczenia i z upływem czasu zastępowana jest przez inną teorię, w niekończącym się ciągu doskonalonych interpretacji można stopniowo coraz lepiej określać twardy rdzeń twierdzeń odsłaniających prawdę o rzeczywistości.

 

Uwagi.