|
|
Poczta elektronicznaKontakt z maszyną sprzyja lepszej koncentracji uwagi. Paweł Misiak I oto mamy już, szumnie i z zeszłorocznym falstartem, oczekiwany XXI wiek, trzecie (wedle naszej rachuby czasu) tysiąclecie i zarazem rok 2001. Przeżyliśmy nieco ponad rok wcześniej panikę syndromu Y2K, która okazała się przede wszystkim wodą na młyn firm oferujących zabezpieczenia przed ową „komputerową zarazą” okrągłej daty. Przełom wieków nie niósł już ze sobą takiego dreszczu niepokoju. Stał się za to okazją do rozmaitych podsumowań. SKÓRA CYWILIZACJINowa, cyfrowa rzeczywistość jest przedmiotem eksploracji w różnych kierunkach. Pod koniec zeszłego roku wielu czołowych „digitalistów”, filozofów i teoretyków nowych mediów spotkało się we Wrocławiu na kongresie mediacja/medializacja, towarzyszącym specjalnemu milenijnemu (jakżeby nie!) wydaniu międzynarodowego Biennale Sztuki Mediów WRO2000@kultura. Był wśród nich np. Derrick de Kerckhove, współpracownik i kontynuator dzieła McLuhana. W tekście pomieszczonym w listopadowej „Odrze” przywołuje on określenie cyberprzestrzeni jako Globalnej Powłoki Komunikacyjnej i pisze: budujemy już pierwszą warstwę megasieci, która pokryje całą planetę, tak jak skóra. Ta digitalna skóra cywilizacyjna jest w oczach filozofów nową rzeczywistością. De Kerckhove wspomina Michaela Benedikta, który jako jeden z pierwszych określił cyberprzestrzeń jako ontologicznie różną od przestrzeni duchowej i fizycznej. I dodaje jeszcze: Cyberprzestrzeń staje się kolejnym miejscem dla świadomości. Wraz z powstaniem owej cyfrowej powłoki cywilizacji świadome istnienie człowieka zyskało nowy wymiar. I jest dość intensywnie wykorzystywane. W marcu 1998 roku po raz pierwszy w historii komunikacji ilość transmisji danych dorównała ilości zwykłych połączeń telefonicznych. Andy Grove z Intela podaje, że w Ameryce Północnej liczba godzin spędzonych przed komputerem przewyższa liczbę godzin spędzonych na oglądaniu telewizji – pisze De Kerckhove. Rzecz dotyczy, co prawda, głównie Najbardziej Rozwiniętego Kraju Świata, ale przecież wszyscy chcą dorównać najlepszym, więc możemy w tych danych widzieć kierunek, ku któremu sami zmierzamy. W przestrzeni ciągów binarnych twórcy znajdują materię i środki kreacji artystycznej i naukowej. Ucyfrowienie dotyczy jednak nie tylko nowego. Podlega mu też stare, zapisane albo kojarzone z rejestracją metodami tradycyjnymi. Digitalizuje się więc dzieła i dziełka muzyczne, malarskie i literackie. Zakodowane w bitach są szerzej i łatwiej dostępne, acz – przynajmniej, gdy idzie o malarstwo – nie do końca wiernie odtworzone. Dlatego może w materii cyfrowej najbardziej popularne są działania artystyczne w dziedzinie plastycznej. Warto jednak zastanowić się, czy nie ma racji Marek Hołyński, autor pierwszej polskiej książki o grafice komputerowej, później twórca komputerów graficznych Silicon Graphics, który na wspomnianym kongresie stwierdził, iż cyberprzestrzeń nie zrodziła nowego rodzaju sztuki, lecz jest tylko nowym miejscem i narzędziem tworzenia tradycyjnych jej gatunków. DLA OKA I UCHACyfrowe multimedia w cyberprzestrzeni, czyli związane bezpośrednio z komputerami, ale też wynalazki, takie jak telefon komórkowy, są wyrazem tendencji odwrotnych do tych, które przyniosła ze sobą epoka Gutenberga. Widać mianowicie coraz większy udział słowa mówionego względem pisanego. U początków Internetu legły przekazy digitalno-tekstowe. Wraz z rozwojem technologii multimedialnych i wzrostem dostępnej szaremu użytkownikowi szerokości pasma przesyłu cyfrowego, coraz większą rolę zaczyna odgrywać obraz i dźwięk. Ten dźwięk staje się na powrót głównym nośnikiem przekazu językowego. Z doskonałym przykładem tej tendencji mieli okazję zetknąć się uczestnicy wrocławskiego kongresu. Dwóch spośród zaproszonych prelegentów nie zdołało pojawić się osobiście, lecz nadesłali swoje wypowiedzi w postaci zapisanych tekstów. Jeden z nich został odczytany przez lektorkę. Został zatem w tradycyjny, naturalny sposób zamieniony na mowę. Drugi z nadesłanych tekstów pojawił się w postaci cyfrowej, zapisanej w komputerze. Ten został również przekazany uczestnikom głosem, lecz tym razem maszynowym. Uruchomiony na laptopie program, syntezujący ciepły, męski baryton, głośno „czytał” wyświetlany równocześnie na ekranie tekst. W tym konkretnym przypadku nadesłana wypowiedź prawdopodobnie (nie sprawdziłem tego) przyjęła pierwotnie postać tekstu pisanego. Jednak łatwo sobie wyobrazić, że równie dobrze mogła zostać zapisana w tej postaci przez program rozpoznawania mowy – „odwrotność” programu czytającego. (Programy takie są już łatwo dostępne, także na popularnej platformie pecetowej. Szkoda, że na razie tylko dla języka angielskiego.) Gdyby tak właśnie było, moglibyśmy mieć do czynienia z przekazem ustnym najpierw maszynowo kodowanym w postaci (zapisanych cyfrowo) znaków pisma, zatem i w tej postaci czytelnych dla człowieka (na ekranie komputera), a następnie powtórnie zamienianych na mowę, także przez maszynę. Tym samym digitalna maszyna, wyposażona w bardzo zaawansowane technologicznie oprogramowanie, staje się przekaźnikiem komunikatów ustnych. To samo można oczywiście osiągnąć przy użyciu taśmy magnetycznej lub – żeby było nowocześnie i cyfrowo – minidysku, albo wzbogacone jeszcze o obraz mówiącego – za pomocą taśmy lub dysku wideo, jak to uczyniono w przypadku wypowiedzi Stanisława Lema dla uczestników kongresu. Różnica polega na zaistnieniu – w przypadku „komputerowym” – owej pośredniej postaci tekstowej, którą można wykorzystać także bezpośrednio. Można zadowolić zarazem „wzrokowców” i „słuchowców”. GUTENBERG UCYFROWIONYO ile sens muzyki czy obrazu zawiera się w formie utworu, dla przekazu językowego – jak na przykład w literaturze – ważna jest treść, niezależnie od sposobu jej „zakodowania”. Treść tę można przekazywać w postaci graficznej – pisma, lub dźwiękowej – mowy. Forma przekazu ma pewne znaczenie, lecz z pewnością nie decyduje o zawartości przekazu. Natychmiastowe skojarzenie u większości ludzi: literatura = książka jest następstwem wielusetletniej tradycji kulturowej epoki Gutenberga, w której najważniejszym i najpowszechniej stosowanym środkiem przekazu treści było pismo. Specyficzne okoliczności życia skłoniły mnie do przeprowadzenia na sobie pewnego eksperymentu. Postanowiłem wykorzystać kulturalnie-literacko liczne godziny, które spędzam na prowadzeniu samochodu. Zamiast radia czy muzyki, jąłem słuchać z taśm książki mówionej. Okazało się, że, choć percepcyjnie jestem zdecydowanym wzrokowcem, ten sposób poznawania nowych czy przypominania sobie czytanych przed laty książek jest całkiem efektywny. Dotyczy to literatury pięknej, lecz i esejów czy nawet książek filozoficznych. Odczytywane głosem lektora zyskują, oczywiście, nieco inny wymiar. Podejrzewam, że przekaz ustny, jako bardziej pierwotny w sensie filogenetycznym i kulturowym, wydobywa przy okazji inne warstwy znaczeń niż przy czytaniu wzrokowym. Żyjąc na co dzień w głębokim kontakcie z cyberprzestrzenią, szukam w niej także literatury. I to nie jakiejś specjalnej, eksperymentalnie wirtualnej czy hipertekstowej. Cyfrową powłokę cywilizacji traktuję raczej jako użyteczne narzędzie ułatwiające życie, także udział w kulturze literackiej. Właściwym z tej perspektywy hasłem poszukiwań w odniesieniu do literatury jest więc książka elektroniczna. Przy okazji poszukiwań na obszarze języka rosyjskiego (ot, jedna z zalet ukończenia wszelkich szkół w niesłusznych czasach – umiejętność i... przyjemność czytania Dostojewskiego czy Jerofiejewa w oryginale) natknąłem się na takie oto zdanie: książka – to techniczne narzędzie do czytania utworu literackiego (W.A. Farowskij). Zostało ono pomieszczone jako motto jednego z rosyjskich serwisów poświęconych e-książce. Uwidacznia wspomnianą relatywność formy książki wobec istoty utworu literackiego. Książka zamieniona na szeregi bitowe, mogąca przyjąć postać pisma na ekranie monitora lub na wydruku, to tylko inny, bardziej uniwersalny sposób zapisu treści. KSIĄZKA SKONWERGOWANAJakie są pierwsze reakcje większości ludzi, gdy im zaproponować czytanie książki z ekranu monitora? Zdecydowanie negatywne. To męczące – mówią, wzrok się niszczy i głowa boli – mówią, tak nie można – mówią. Czy mają rację? Postanowiłem sprawdzić rzecz doświadczalnie najpierw na sobie; z oczywistych powodów badania na szczurach nie wchodziły w grę. Zaopatrzyłem się w Sieci w jedną w pierwszych polskich książek elektronicznych, wydanych równocześnie na papierze oraz elektronicznie i zasiadłem do czytania. Wynik eksperymentu zaprzeczył powszechnemu mniemaniu. Przez parę wieczorów do późnej nocy siedziałem i czytałem z ekranu laptopa. Nie czułem większego zmęczenia wzroku niż gdy czytam normalną książkę. nie przeszkadzało mi to, że miast odwracać kartki, muszę klikać myszką lub naciskać klawisze. Zauważyłem nawet większą koncentrację uwagi niż gdybym czytał wydanie papierowe. W związku z tym wysunąłem na własny użytek hipotezę, iż jest to przejaw ogólniejszej prawidłowości, którą zaobserwowałem już dawno na temat pracy przy komputerze. Tej mianowicie, że kontakt z maszyną sprzyja lepszej koncentracji uwagi, co znajduje wyraz m.in. w zmniejszeniu dziennych dawek kawy czy herbaty, koniecznych do zachowania jasności myśli i sprawności działań intelektualnych. Wynika to być może z faktu, iż komputer zmusza użytkownika do pewnej interakcji, zatem zwiększa jego bieżącą aktywność. Doświadczenie powtórzyłem następnie na zaprzyjaźnionym ochotniku – z tym samym wynikiem. Zachęcony ruszyłem w Sieć. Znalazłem uruchomiony pod koniec dopiero co minionego roku serwis polskiego e-wydawnictwa, a w nim, za niewielką opłatą, kilkaset tytułów klasycznych i zupełnie nowych. Parędziesiąt nawet za darmo. Ściągnąłem kilka z tych ostatnich. Mam co czytać na wiele kolejnych wieczorów bez szukania książek po bibliotekach albo wydawania pieniędzy w coraz droższych księgarniach. Łącząc w wyobraźni ten elektroniczny zapis książek z tym, co widziałem i słyszałem na wrocławskim kongresie, mam nadzieję, że może już wkrótce pojawi się na rynku oprogramowanie do komputerowego czytania polskiego tekstu. Wtedy, zależnie od chęci i możliwości, mógłbym czytać albo oczyma, albo uszami, albo obydwoma zmysłami równolegle (tylko po co?). CYFROWE MIEJSCE KSIĄŻKINawiązując do jednego z przytoczonych cytatów można powiedzieć, że cyberprzestrzeń jest też nowym miejscem dla literatury. Chodzi przy tym nie tyle o nowe możliwości techniczne, lecz aspekt ogólniejszy. Literatura bowiem, jako rodzaj przekazu, dociera do człowieka poprzez język, a więc przy udziale świadomości. Jeśli ta znajduje nowe miejsce w świecie ciągów binarnych, w szeroko rozumianej cyberprzestrzeni, jest tam też miejsce dla przekazu literackiego. Na dodatek, w wirtualnym świecie przekaz pisma łączy się z przekazem mowy. Książka zawiera przekaz językowy. To sposób symbolicznego przedstawiania jakiejś wizji fragmentu świata rzeczywistego lub wyobrażonego. Znaki językowe zaś należą do świata symboli. Z kolei cyberprzestrzeń czy szerzej – technologia cyfrowa, jest postrzegana – m.in. przez artystów medialnych – jako środek eksploracji porządku symbolicznego. Wydaje się więc, że i w tak szerokim planie cyfrowa powłoka cywilizacji jest dobrym miejscem dla komunikacji językowej, zatem i dla książki. Kończę pisać ten tekst, zaraz go wyślę pocztą elektroniczną do redakcji „FA”. Ale nie wyłączę komputera. Pod okienkiem edytora czeka już inne – E-book Readera, a w nim kolejna ciekawa książka, napisana w XX, czytana z zapisu cyfrowego w XXI wieku. |
|
|