|
|
Życie akademickieCzy polskie instytucje akredytacyjne zechcą ze sobą
współpracować tak, Ewa Chmielecka W związku z artykułem prof. Marii Wójcickiej Kłopotliwe
rozdwojenie („Forum Akademickie” nr 6/2001) nasuwają mi się dwie uwagi. Nie będą
one polemiką z wypowiedziami autorki, lecz raczej ich dopełnieniem, wskazaniem
dodatkowych problemów wynikających z teoretycznej dyskusji wokół zagadnienia
akredytacji oraz ze specyficznej sytuacji, w jakiej znajduje się polskie
szkolnictwo wyższe próbujące zbudować system zapewniania jakości. DWA ZNACZENIA „AKREDYTACJI”Wiele nieporozumień związanych z terminem „akredytacja” wzięło się stąd, że termin ten ma dwa znaczenia i ich przemieszanie może doprowadzić do konfuzji i uniemożliwić sensowną dyskusję. Akredytacja w pierwszym znaczeniu to uwiarygodnienie, akt udzielenia przez instytucję akredytacyjną „kredytu zaufania”, potwierdzenia, że uczelnia (jej jednostka) na taki kredyt zasługuje, ponieważ wypełnia wymagania jakościowe przyjęte przez agencję akredytującą. Ten akt jest niezależny od metody, jaką sprawdzane jest wypełnianie standardów i od poziomu ich wymagań. Akredytacji w tym sensie udzielają agencje, które dopuszczają do działalności szkołę, wydział, kierunek, a więc sprawują funkcje nadzorcze, a także wysoko wyspecjalizowane agencje, które posługują się metodami właściwymi np. dla przeglądu (audytu), badające uczelnie o wysokim prestiżu i rozbudowanym systemie ocen wewnętrznych. W tym sensie akredytacji udziela KAWSZ, a także EQUIS, choć metodologia badania jakości stosowana przez te instytucje jest odmienna. I obydwie te instytucje explicit? nazywają akredytacją to, co oferują. Akredytacja w drugim znaczeniu to metoda badania i podnoszenia jakości kształcenia, procedura służąca do sprawdzenia, czy standardy akredytacji są wypełniane, ale zarazem sprawiająca, że w badanej uczelni czy jej jednostce uruchomione zostają mechanizmy wymuszające poprawę jakości. Do jej zasad podstawowych należą dobrowolność i odpłatność, poświadczające zaangażowanie podmiotu w sprawę podnoszenia jakości. To rozumienie uformowała tradycja związana głównie z działaniami amerykańskich agencji akredytacyjnych, a następnie z aktywnością środowiskowych agend akredytacyjnych w krajach Europy Zachodniej (z całym ich zróżnicowaniem). Przy takim rozumieniu tego terminu, akredytacji nie przeprowadza KAWSZ, bo posługuje się metodą badania jakości właściwą dla nadzoru, polegającą na badaniu dokumentów projektujących instytucje edukacji, a następnie na sprawdzaniu wcielenia w życie projektu z wykorzystaniem przede wszystkim wskaźników ilościowych. Ponadto KAWSZ nie jest instytucją środowiskową, a ocena jakości nie jest tu ani płatna, ani dobrowolna. Akredytacji w tym sensie nie przeprowadza też EQUIS, bo posługuje się metodą przeglądu, bazującą na badaniu wewnętrznych systemów wymuszających jakość i na wskaźnikach dynamicznych, a jest instytucją ekspercką. Natomiast np. UKA i SEM FORUM akredytację przeprowadzają i jej udzielają. W dyskusjach najczęściej nie zauważa się tego rozdwojenia (w rzeczy samej
bardzo kłopotliwego) i utożsamia akredytację – akt, decyzję o uwiarygodnieniu
instytucji, z akredytacją – jedną z metod badania jakości kształcenia. JEDNA CZY WIELE INSTRUKCJI?Chodzi tu oczywiście o instytucje udzielające akredytacji w pierwszym, wymienionym powyżej znaczeniu tego słowa. Czy mamy w Polsce do czynienia z kłopotliwym podwojeniem instytucji akredytujących i ich funkcji? Nim pojawi się odpowiedź na to pytanie, warto przypomnieć parę faktów. W Polsce po roku 1990 rozwinął się system zapewniania jakości dostosowany do specyficznie polskiej sytuacji – gwałtownego ilościowego rozwoju szkolnictwa wyższego i zwiększających się zagrożeń dla jakości. Rozwój ilościowy (a mówię nie tylko o powstających nowych szkołach prywatnych, ale też o dziesiątkach nowych wydziałów i kierunków powoływanych w uczelniach państwowych) wymagał ustanowienia i przestrzegania powszechnych, minimalnych standardów pozwalających na podjęcie i prowadzenie działalności edukacyjnej. Cały wysiłek ciał, które na mocy obu ustaw o szkołach wyższych (z 1990 i 1997 r.) miały się troszczyć o jakość kształcenia – mam na myśli Radę Główną i KAWSZ – skierowany był na coroczne rozpatrywanie dziesiątków podań o otwarcie nowych szkół, wydziałów i kierunków oraz na opracowanie podstaw dokonywania ocen tych aplikacji (np. ustalanie kierunkowych minimów programowych) i ewentualnie na sprawdzanie, czy zawarte w aplikacjach projekty zostały wcielone w życie. Była to więc głównie aktywność pozwalająca MEN na wypełnianie funkcji kontrolnych, nadzorujących w stosunku do szkół wyższych (w stopniu, w jakim pozwalało na to prawo), działalność akredytująca w pierwszym sensie tego słowa. Nowelizacja ustawy z lipca br. jest, jak rozumiem, próbą nadania tej działalności lepszych ram organizacyjnych, objęcia oceną przez jedną centralną instytucję wszystkich podmiotów działających na polu edukacji wyższej. Rozwijający się akredytacyjny ruch środowiskowy od początku nakierowany był natomiast na dobrowolną ocenę i poprawę jakości kształcenia, i od początku operował standardami przekraczającymi ustawowo zapisany minimalny poziom wymagań. Od SEM FORUM dzierżącego palmę pierwszeństwa, przez imponującą działalność UKA i komisji akademii medycznych, aż do powstałych ostatnio agend uczelni technicznych, pedagogicznych czy ekonomicznych oraz Komisji Akredytacyjnej KRASP, ruch ten formuje dobry obyczaj troski o sprawy jakości i proponuje akredytację w drugim sensie tego słowa: metodę badania i podnoszenia jakości. To ruch, którego najważniejszą zaletą jest to, że powstał spontanicznie, z inicjatywy środowisk uczelnianych, a rozwija się dzięki zrozumieniu, że o jakość dbać trzeba i że są wypracowane dobre metody służące temu celowi. Pytanie, jakie powinno stanąć przed twórcami noweli do ustawy, brzmi: jak w
jednym systemie pogodzić te dwie różniące się inicjatywy, służące realizacji
odmiennych – choć związanych z jakością – celów tak, aby najlepiej służyło to
szkolnictwu wyższemu w Polsce? Odpowiedź, jakiej na to pytanie udziela prof.
Wójcicka, postulując powołanie Krajowej Rady ds. Jakości Kształcenia, to, jak
rozumiem, idea stworzenia jednej instytucji wypełniającej wszystkie funkcje ciał
dotychczas działających i zbliżonej w charakterze do agencji zapewniania jakości
istniejących w krajach Europy Zachodniej. Idea słuszna, ale czy możliwa do
realizacji bez istotnych strat, przynajmniej w obecnej sytuacji? KORPUS EKSPERCKIMniej więcej rok temu w gronie kilku osób (ponieważ nie mam upoważnienia od moich kolegów, pozwalam sobie nie ujawniać tu ich nazwisk) zajmujących się od lat sprawami jakości dyskutowaliśmy nad modelem polskiej instytucji ds. jakości kształcenia, a wyniki rozważań chcieliśmy zaprezentować szerszej publiczności. Nowa instytucja (nazwaliśmy ją Krajową Agencją Jakości Kształcenia, w skrócie KAJK) miała obsługiwać pod względem administracyjnym i koordynować proces oceny jakości oraz być pełnoprawnym członkiem European Network for Quality Assurance. Agencja ta, usytuowana przy MEN, powinna spełniać kryteria określone w Rekomendacji Komisji Europejskiej z 24 września 1998. W skład jej Rady mieli wejść przedstawiciele KRASP, Rady Głównej, MEN oraz otoczenia społecznego uczelni. cały system powinien zaś składać się z trzech elementów: 1) ciała określającego standardy kształcenia, 2) KAJK – oceniającej zgodność jakości nauczania w uczelni z ustanowionymi standardami, 3) MEN – wydającego decyzje administracyjne na podstawie oceny KAJK. Uznaliśmy też, że należy utworzyć „korpus ekspertów”, którzy przeprowadzaliby oceny jakości na zlecenie KAJK, nominowanych przez MEN spośród kandydatów zgłoszonych przez senaty uczelni, Radę Główną, organizacje pracodawców, stowarzyszenia profesjonalne itp. Wśród ekspertów winni się również znaleźć specjaliści zagraniczni. KAJK powinna mieć zaplecze organizacyjne w postaci Biura ds. Jakości. I na tych pomysłach skończyła się nasza zgodność poglądów, ponieważ gdy doszło do dyskusji o szczegółach, a zwłaszcza o modelu współdziałania KAJK z istniejącymi agencjami środowiskowymi, okazało się, że system zaczyna się nam albo „rozdwajać” (na dwa współpracujące ze sobą typy agencji akredytacyjnych), albo też trzeba by jeden z nurtów podporządkować drugiemu, z oczywistą stratą dla celów realizowanych przez każdy z nich. Dokument nigdy nie powstał, ja zaś wyniosłam z dyskusji przekonanie, że
najgorszą rzeczą, jaka mogłaby się teraz przydarzyć polskiemu szkolnictwu
wyższemu, byłoby zniszczenie kapitału zaangażowania i dorobku środowiskowego
ruchu na rzecz jakości i wtłoczenie go w ramy państwowej komisji (agencji)
akredytacyjnej, choćby nawet w imię jednolitości i teoretycznej czystości
systemu oraz jednoznaczności określających go pojęć. Zarazem jednak doskonale
rozumiem, że istnieje potrzeba agendy skutecznie pełniącej funkcje nadzorcze w
imieniu państwa, potrzeba w Polsce daleko bardziej paląca niż w krajach Zachodu.
Czy istniejące ciała środowiskowe chciałyby przejąć opiniowanie służące funkcjom
nadzorczym? Czy powinny to czynić w sytuacji, gdy miałyby wydawać opinie
dotyczące pozwoleń na działalność jednostek będących dla nich konkurentami na
edukacyjnym rynku? Czy nie lepsze jest tu rozwiązanie wykorzystujące niezależną
instytucję akredytacyjną i opinie niezależnych ekspertów? A co za tym idzie, czy
w obecnej sytuacji nie należy się pogodzić z „rozdwojeniem” i współpracą dwu
nurtów „akredytacji”: państwowej i środowiskowej? FORUM WSPÓŁDZIAŁANIASądzę, że twórcy noweli podyktowali rozwiązanie realistyczne, biorące pod uwagę obecny stan w sferze zapewniania jakości w szkolnictwie wyższym. W „Perspektywach” (nr 6/2001) prof. Jerzy Woźnicki tak charakteryzuje sfery działania Państwowej Komisji Akredytacyjnej i Komisji Akredytacyjnej powstałej przy KRASP: Można sobie zadać pytanie, jak mieć się będzie KA KRASP do Państwowej Komisji Akredytacyjnej, która wkrótce powstanie w wyniku nowelizacji ustawy o szkolnictwie wyższym? Otóż komisje będą się wzajemnie uzupełniać i niejako dopełniać. PKA będzie się zajmować przedstawianiem wniosków w zakresie udzielania przez MEN zgody na prowadzenie kierunków studiów oraz jej cofania. Jest to więc rodzaj licencjonowania w szkolnictwie wyższym. KA KRASP zajmie się zaś ewaluacją, czyli oceną jakości studiów. Jeśli ta ocena wypadnie dostatecznie dobrze – powyżej określonego poziomu wymagań wyższych niż minimalne, które zdefiniują komisje środowiskowe – udzielana będzie akredytacja jako swoisty certyfikat wysokiej jakości kształcenia. KA KRASP jest tu projektowana jako forum współdziałania środowiskowych komisji akredytacyjnych, które chcą czerpać ze swych doświadczeń i stosować zbliżone wymagania oraz procedury. W sytuacji, gdy te same kierunki studiów są prowadzone w uczelniach różnych typów należy skoordynować działania akredytacyjne w tym zakresie. Ważne jest też ustanowienie wspólnej reprezentacji międzynarodowej wszystkich komisji środowiskowych. Jak widać, jeśli tylko sensownie ustanowione zostaną zasady współpracy pomiędzy obydwoma typami instytucji akredytacyjnych, to nie grozi „podwójna wizytacja”, której obawia się prof. Wójcicka. „Licencjonowanie” czy, mówiąc inaczej, akredytacja wstępna, w ogóle wizytacji w sobie nie zawiera, dokonywane jest bowiem ex ante na podstawie deklaracji i dokumentów projektujących jednostkę edukacyjną. Wizytacja pojawia się dopiero w akredytacji właściwej (okresowego relicencjonowania czy reakredytacji) przeprowadzanych ex post, a więc wówczas, gdy poddawana ocenie instytucja osiągnie pełnię zamierzonej działalności i wypuszcza co najmniej pierwsze roczniki absolwentów. Tu widać możliwość dublowania się działań komisji państwowej i środowiskowej, ale też i możliwość ich współpracy wykluczającej podwojenie. Nastąpiłoby ono wówczas, gdyby uczelnia poddała się dobrowolnej akredytacji środowiskowej, a zarazem poddana została obowiązkowej reakredytacji z ramienia agencji państwowej. Jednakże, jak wspomniałam, zazwyczaj standardy akredytacji środowiskowej są wyższe niż oceny „państwowej” i komisja państwowa może uznać ocenę środowiskową za wystarczającą i odstąpić od przeprowadzenia swej własnej oceny (oczywiście, o ile środowiskowa agencja akredytująca uzyska jej zaufanie). Pojawia się tu więc problem współpracy agencji akredytujących i uznawalności ich certyfikatów, tak żywo dyskutowany na ostatnim kongresie INQAAHE (patrz „FA” nr 7-8/2001). Czy polskie instytucje akredytacyjne zechcą ze sobą współpracować tak, aby nie dublować procedur ocen? Sądzę, że kilka argumentów przemawia za dobrymi perspektywami współpracy. Po pierwsze, środowiskowe instytucje akredytacyjne explicit? formułują deklaracje dotyczące współpracy. Po drugie, w interesie nowo powstającej państwowej komisji będzie korzystanie z doświadczeń i ekspertów, którymi dysponują już komisje środowiskowe. Należy pamiętać, że w ciągu ostatnich 10 lat w ruch środowiskowy oraz w różnego typu programy związane z podnoszeniem jakości kształcenia w Polsce zainwestowano kilka milionów euro. Opracowano szereg materiałów, zorganizowano szkolenia, przeprowadzono, pod nadzorem ekspertów zagranicznych, pilotażowe oceny i przeglądy wybranych szkół wyższych i kierunków studiów. Utrzymywane są bieżące kontakty z większością europejskich agencji ewaluacyjnych. W „jakościowych” programach Tempus i PHARE, realizowanych przez polskie uczelnie, brali udział czołowi eksperci europejscy. „Korpus ekspercki” komisji środowiskowych jest gotowy zarówno do opracowywania standardów akredytacji, jak i do realizacji jej procedur. Trudno sobie wyobrazić, aby komisja państwowa nie skorzystała z takiej okazji. Po trzecie, do tej współpracy powinny skłaniać komisję państwową także uwarunkowania finansowe. Akredytacja nie jest tania – ani w postaci akredytacji wstępnej, ani reakredytacji okresowych. Objęcie nią wszystkich podmiotów edukacji wyższej, dodatkowe oceny interwencyjne przeprowadzane na zlecenie MEN będą kosztowały dużo. A akredytacja obowiązkowa, w przeciwieństwie do dobrowolnej, nie powinna być odpłatna. Skoro więc komisja państwowa mogłaby bezpłatnie wykorzystać wyniki rzetelnych akredytacji środowiskowych, za które płacą same zainteresowane uczelnie, dlaczegóż miałaby tego nie czynić? Zagrożenie podwójną oceną znika ponownie. CORAZ LEPSZE PERSPEKTYWYMożna więc wyobrazić sobie, że współdziałanie obu typów instytucji oceny jakości będzie przebiegało następująco: wspólnie prowadzone będą akcje propagujące zapewnianie jakości, szkolenia, tworzony „korpus ekspertów”. Państwowa Komisja Akredytacyjna udzielać będzie akredytacji wstępnej („licencjonowania”) oraz prowadzić interwencyjne oceny przeprowadzane na życzenie MEN. Jeśli zaś idzie o akredytację właściwą (okresową reakredytację), przeprowadzać ją będzie w stosunku do tych uczelni (jednostek), które nie uzyskały akredytacji od wiarygodnych agencji środowiskowych działających na podstawie standardów równych lub przewyższających standardy komisji państwowej. Musi zatem komisja centralna dokonywać też ocen standardów, procedur i faktycznego przebiegu akredytacji dokonywanych przez środowiskowe komisje akredytacyjne – bezpośrednio bądź za pośrednictwem KA KRASP. Czy takie rozdwojenie jest kłopotliwe? Nie widzę tu znaczących trudności i na
pewno można uniknąć dokuczliwego i czasochłonnego dublowania działań komisji,
pod warunkiem dobrej współpracy. Zapewne, gdyby istniała jedna Krajowa Rada ds.
Jakości Kształcenia, to dla spójności polskiego systemu zapewniania jakości,
jego upodobnienia do systemów krajów Europy Zachodniej byłoby to najlepsze. Być
może w przyszłości dojdzie w Polsce do fuzji takiej, jaka nastąpiła trzy lata
temu w Wielkiej Brytanii, gdzie nowa Quality Assurance Agency powstała w miejsce
dwu agencji. Jeśli tak się stanie, to miejmy nadzieję, że tak jak na Wyspach,
będzie to wynik ewolucji systemu i dostosowania doń prawa. Ewolucji, w toku
której środowisko akademickie zyska powszechną i wysoką świadomość potrzeby ocen
jakości i płynących z nich korzyści, wiedzę na temat metod ewaluacji i
zaangażowanie w jej przeprowadzanie. Daleko nam jeszcze do takiego stanu, ale
perspektywy jego osiągnięcia są coraz lepsze.
|
|
|