|
|
Życie akademickiePRanking wyższych uczelni będzie dopiero wtedy potrzebny,
kiedy wypracowane Stanisław Liszewski W kwietniu i maju br. kilka polskich pism, po raz kolejny, ogłosiło listy rankingowe polskich uczelni wyższych, wzbudzając wiele dyskusji i polemik, tym razem również w środowisku akademickim (m.in. S. Mrówczyński, „Polityka” nr 18/2001). Warto przyjrzeć się bliżej tej sprawie. Ukazujące się w poprzednich latach rankingi były przez środowisko akademickie
traktowane jako zabawa dziennikarska i przyjmowane z przymrużeniem oka. Działo
się to tak długo, jak długo w przygotowaniu kryteriów, przewodniczeniu zespołom
dokonującym rankingów, a następnie w organizowanym szumnie przez redakcje pism
ogłaszaniu wyników, nie zaczęli uczestniczyć, i to czynnie, przedstawiciele
środowisk akademickich piastujący aktualnie wysokie funkcje. Ta zamierzona czy
przypadkowa nobilitacja rankingów zamieniła zabawę dziennikarską w traktowaną w
niektórych kręgach akademickich – ale głównie w mało zorientowanym
społeczeństwie – poważną ocenę i klasyfikację polskich wyższych uczelni. A to
zaczęło już być groźne, zwłaszcza dla tych uczelni, które znalazły się w
rankingach na odległych miejscach. Zaczęto się dokładniej przyglądać kryteriom,
wg których dokonywane są publikowane rankingi, zwłaszcza że kolejność uczelni na
poszczególnych listach była diametralnie różna. Dla potwierdzenia tego warto
podać tylko jeden, jakże jednak wymowny, przykład. W rankingu ogłoszonym w
„Perspektywach” (nr 4 z kwietnia 2001) Państwowa Wyższa Szkoła Filmowa,
Telewizyjna i Teatralna w Łodzi ulokowana została na 11. miejscu wśród
ocenianych w tej grupie 21 szkół artystycznych, a w rankingu „Wprost”
(ogłoszonym 20 maja 2001) zajęła 1. miejsce i otrzymała „złoty indeks”. Czemu
można zawdzięczać tak wspaniały awans tej uczelni z 11. miejsca tylko w ciągu
jednego miesiąca? UCZCIWA RYWALIZACJANie wdając się w polemikę z wynikami prezentowanych rankingów, a zwłaszcza podstawami metodycznymi ich tworzenia, poszukajmy raczej odpowiedzi na dwa pytania. Po pierwsze, czy i komu potrzebne są rankingi wyższych uczelni? I po drugie, o ile są potrzebne, to jak je sporządzać, aby były obiektywne (zmierzały do obiektywizmu)? Odpowiedź na pierwsze pytanie nie jest wcale tak prosta ani jednoznaczna.
Materia, która ma być poddana ocenie, a następnie klasyfikacji (rankingowi),
czyli działalność naukowa i dydaktyczna prowadzona w uczelniach wyższych, jest
sama w sobie niezwykle trudno porównywalna. Wiedzą o tym najlepiej członkowie
kolejnych kadencji Komitetu Badań Naukowych, którzy oceniają i nadają kategorie
poszczególnym dziedzinom, dyscyplinom naukowym czy kierunkom studiów. Miarą
piętrzących się tu trudności jest trwająca od dłuższego czasu zacięta dyskusja
na temat tzw. listy filadelfijskiej czasopism naukowych, w których opublikowanie
rezultatów swoich badań przez fizyka, chemika, matematyka, biologa jest
faktycznym potwierdzeniem rangi tej publikacji, w odróżnieniu np. od filologa
polskiego czy przedstawiciela nauk regionalnych, dla których lista filadelfijska
nie ma praktycznie żadnego znaczenia. Chcę przez to pokazać, jak trudno jest – o
ile to w ogóle możliwe – porównywać rezultaty badawcze różnych dziedzin i
dyscyplin naukowych, nie mówiąc już o jakości tych rezultatów, które często nie
zależą od miejsca ich opublikowania. Wszystko to, co powiedziałem, skłania do wyrażenia wątpliwości co do potrzeby przygotowywania rankingów szkół wyższych, które nie spełniając podstawowego kryterium, czyli obiektywności, mogą być jedynie nadal dziennikarską zabawą, do której nie powinni się wtrącać bezpośrednio zainteresowani, czyli środowisko akademickie. Ranking wyższych uczelni będzie dopiero wtedy potrzebny, kiedy wypracowane zostaną akceptowane przez środowisko jasne i porównywalne kryteria. Wówczas będzie on również pomocny w podnoszeniu poziomu szkół wyższych w Polsce, bowiem pokaże i oceni ich zalety, ale również słabości, których likwidacja będzie autentycznym bodźcem rozwoju szkoły. Tylko uczciwa, oparta na jasnych kryteriach rywalizacja, i to głównie w zakresie jakości, a nie ilości, może mieć pozytywny wpływ na podnoszenie poziomu polskich uczelni wyższych. Taki ranking może i powinien być zaakceptowany przez środowisko akademickie, a jednocześnie może on być pomocny zainteresowanym studentom i pracodawcy. AKREDYTACJA KIERUNKÓWI tu stajemy przed koniecznością odpowiedzi na drugie pytanie: jak sporządzić
ranking, aby był on maksymalnie zobiektywizowany? Nim odpowiemy na to pytanie,
należy zdać sobie sprawę, że obiektywny ranking nie może dotyczyć całych szkół
wyższych, i to jeszcze o różnym profilu, różnej liczbie kierunków studiów,
liczbie studentów itd. Nie można bowiem porównywać przysłowiowego słonia i
zająca. Ten wywód jednoznacznie wskazuje, że istnieje jedynie możliwość
porównywania i oceny jednoimiennych kierunków studiów (wydziałów). O ile
przyjmiemy to założenie, dalsza droga jest już prosta. Od kilku lat działa przy
Konferencji Rektorów Uniwersytetów Polskich, Uniwersytecka Komisja
Akredytacyjna, która w sposób niezwykle wnikliwy (kilkudniowe wizytacje w
ośrodkach) prowadzi proces akredytacji poszczególnych kierunków studiów
uniwersyteckich. Wydaje się, że nie ma dziś bardziej obiektywnej, a co
ważniejsze – akceptowanej przez środowisko, oceny działalności naukowej,
dydaktycznej, warunków materialnych itd. kierunków czy wydziałów wyższych
uczelni. Wykorzystanie doświadczeń wspomnianej Komisji (działają już także
komisje innych Konferencji Rektorów) przez powołaną przez Sejm RP w nowelizacji
ustawy o szkolnictwie wyższym Państwową Komisję Akredytacyjną zakończy, mam
nadzieję, dyskusję nad rankingiem wyższych uczelni w Polsce. Pozostawmy tę
zabawę dziennikarzom, o ile będą na to mieli nadal ochotę, a środowiska
akademickie niech powrócą do swoich, jakże licznych i ważnych obowiązków, wśród
których zwłaszcza praca naukowa i dobrze, nowocześnie prowadzona dydaktyka
powinny mieć priorytety. Prof. dr hab. Stanisław Liszewski, geograf, jest rektorem Uniwersytetu Łódzkiego. |
|
|