Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 3/2002

Magnificus
Poprzedni Następny

Życie akademickie

Nie można wykluczyć, że po zniesieniu kadencyjności władz rektorskich osoby,
które wcześniej wykazywały pewien realizm w myśleniu czy samokrytycyzm,
w miarę upływu czasu zaczną mieć z tym problemy.

Zbigniew Drozdowicz
 

 Fot. Stefan Ciechan

W przebiegającym według wypracowywanych i utrwalanych przez wieki reguł życiu akademickim nie ma zbyt wielu momentów, w których można porozmawiać nie tylko jak profesor nadzwyczajny z profesorem zwyczajnym, nadzwyczajny (habilitowany) doktor ze zwykłym doktorem czy profesor i doktor ze zwyczajnym magistrem, a wszyscy oni razem z JM Rektorem lub przynajmniej z kandydatem do rektorskiego fotela. Taki okres właśnie się rozpoczął.

IDĄ WYBORY

Już w końcówce ubiegłego roku w dostojnych murach niejednej uczelni można było odczuć pewien nowy „powiew”. Wywołany on był jeszcze nieśmiałymi – a przynajmniej nie dokonywanymi w świetle tzw. jupiterów – ruchami na szachownicy uczelnianych stanowisk kierowniczych. „Powiew” ten będzie zapewne coraz wyraźniejszy, bowiem wybory nowych władz są czymś, co w świetle obowiązującej ustawy o szkolnictwie wyższym musi być przeprowadzone w szkolnictwie publicznym w pierwszej połowie tego roku. Bez wątpienia, niejednej osobie mogą one coś polepszyć, niejednej też przyjdzie zmienić swój punkt patrzenia na akademickie życie, zmieniając przy okazji odgrywaną w nim rolę. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, jedni oczekują tego dnia z pewną nadzieją, jeśli nawet nie na objęcie któregoś ze znaczących stanowisk uczelnianych, to przynajmniej na to, że w końcu znajdą się na nich osoby, które dobrze zaczną rozumieć nie tylko swoje kłopoty czy problemy reprezentowanej przez siebie dyscypliny, ale także tych, którzy są reprezentantami innych nauk. Rzecz jasna, inni mogą tego dnia oczekiwać z pewnym niepokojem, bo nie tylko trzeba będzie się pożegnać z dostojną togą, ale także z szeregiem „luksów”, jeśli tak można nazwać możliwość decydowania o wielu makro- i mikroproblemach swojej uczelni czy samorealizowania się w działalności administracyjnej. Zapewne, na ten temat można byłoby napisać całkiem sporą rozprawę naukową. Tutaj jednak nie czas i miejsce na to.

Chciałbym zatem jedynie powiedzieć parę zdań na temat władzy rektorskiej, bowiem była ona i jest z reguły najistotniejsza dla każdej publicznej szkoły wyższej. Do podjęcia tego tematu skłaniają mnie nie tylko bezpośrednie obserwacje (przez ponad 30 lat życia życiem akademickim uzbierało się ich sporo), ale także artykuł, który ukazał się na łamach ostatniego z ubiegłorocznych numerów „Forum Akademickiego” (por. O pewnych aspektach rektorskich elekcji). Jego autor, prof. Cezary Szczepaniak, lansuje model rektora „wszechstronnego dyrygenta” oraz postuluje zlikwidowanie kadencyjności władz rektorskich (Rektor pracuje do osiągnięcia wieku emerytalnego). Niestety, nietrudno jest mi sobie wyobrazić taką sytuację, w której urzeczywistnienie tych idei w polskich realiach mogłoby się okazać – przynajmniej dla części akademickiej społeczności – prawdziwym horrorem. Dalej spróbuję coś niecoś na ten temat powiedzieć, rzecz jasna, bez żadnych personaliów i czysto hipotetycznie. Na początek jednak nieco o rektorskiej dostojności oraz latach, w których niełatwo było ją zachować.

JM LAT POWOJENNYCH

Przysługujący rektorom tytuł nobilituje, ale także obliguje – oczywiście, do tego, aby być „wspaniałym” nie tylko z nazwy, ale także w praktycznym działaniu. Nie znam żadnego przypadku, w którym rektor nie chciałby być właśnie takim. Znam natomiast szereg takich, w których rektorzy chcieli być wspanialsi od swoich poprzedników i nawet niektórym się to udawało. Trzeba zresztą wyraźnie powiedzieć, że to, jacy byli, nie zawsze zależało od nich samych. Niejednokrotnie ich sposób bycia i – co może nawet istotniejsze – sprawowania powierzonej im funkcji zależał od wielu uwarunkowań zewnętrznych. Przecież jeszcze nie tak dawno w naszym kraju rektor swój „mandat” otrzymywał nie od społeczności akademickiej, lecz od tzw. siły kierowniczej narodu – w teorii miała nią być partia robotnicza, a w praktyce był to tzw. aparat władzy (na mocy ustawy z 15 grudnia 1951 r. rektora mianował minister szkolnictwa wyższego). Dzisiaj może wyglądać na absurd to, że o akademickim życiu decydowali ludzie, którzy nie tylko nie znali jego realiów (nie mogli ich znać w sytuacji, gdy swoje „szlify” zdobywali nie w uczelniach, lecz w konspiracji, na froncie, w fabryce lub na „przyspieszonych kursach” marksizmu-leninizmu), ale i spoglądali na to środowisko z wyraźną nieufnością lub niechęcią, bo mogłoby się tam narodzić coś, co postawiłoby pod wielkim znakiem zapytania całą ich ideologię. Tak to jednak wyglądało przez szereg powojennych lat. Dzisiaj można się z tego śmiać, ale w tamtych czasach zapewne mało komu było do śmiechu.

Trzeba jednak również powiedzieć, że wówczas nic nie było ani takie proste, ani tak jednoznaczne, aby móc wyznaczyć wyraźne linie podziału między „my” (społeczność akademicka) oraz „oni” (dbająca głównie o swoje „stołki” władza polityczna i ich „mandatariusze” w uczelniach). Pokazuje to m.in. galeria rektorów z tamtego okresu. Wprawdzie każdy z nich musiał mieć partyjne przyzwolenie na sprawowanie funkcji, to przecież nie każdy z nich traktował owo „przyzwolenie” dosłownie, a przynajmniej na tyle serio, że dawało to wiele satysfakcji politycznym władzom, ale niewiele społeczności akademickiej. Już na samym początku swojej akademickiej drogi słyszałem opowieści o „rektorze-roztargnionym” (skądinąd znakomitym chemiku), który nawet podczas najpoważniejszych uroczystości uniwersyteckich potrafił coś tak „pokręcić”, że śmieszyło to do łez „akademików”, ale specjalnie nie bawiło władzy. Mówię tutaj o prof. Jerzym Suszce, rektorze Uniwersytetu Poznańskiego w latach 1952-56, który podczas jednej z inauguracji roku akademickiego miał się zwrócić z apelem do studentów, aby uczyli się języka rosyjskiego, bo również on w swoich czasach musiał się uczyć języka... okupanta. Tylko ci, którzy dobrze znali profesora mogli powiedzieć, czy było to zwykłe przejęzyczenie, czy też bardzo odważny, jak na tamte czasy, żart. Słyszałem jednak również z ust jednego z głównych uczestników tego wydarzenia (nie wymienię jednak przez grzeczność nazwiska) o „rektorze-zadyszanym”, tj. takim, który biegł z płaszczem za wizytującym uczelnię urzędnikiem ministerialnym. Były to bowiem takie czasy, w których ów urzędnik mógł jednym zdaniem przekreślić nie tylko wszystkie osiągnięcia owego rektora, ale także jego uczelni.
Mimo tych trudnych warunków polskie szkoły wyższe jakoś się rozwijały, notując zarówno wzrost liczby studentów, jak i kadry nauczającej (z pewnym „wahnięciem” w 1968 r.), a w niektórych z nich udało się postawić na dobrym poziomie badania naukowe. Świadczy to, że niejedna z uczelni miała „rektora-gimnastyka” – nie znajduję, niestety, lepszego określenia dla tej ekwilibrystyki, do której zmuszała władze uczelniane nie tylko ogólnospołeczna bieda, ale także praktyka „ręcznego sterowania” prowadzona przez ówczesnych decydentów politycznych.

JM LAT 80.

Zapewne musi jeszcze upłynąć sporo czasu, aby dokonać rzetelnego bilansu wydarzeń, które przetoczyły się przez posierpniową Polskę. Nie będę nawet próbował ich bilansować. Chciałbym natomiast powiedzieć parę zdań o tym, jak zapisały się one w mojej pamięci oraz jak – z mojego punktu widzenia – rzutowały na funkcjonowanie władz rektorskich. Krótko rzecz ujmując, zapamiętałem je m.in. jako swoiste „zachłyśnięcie” się demokracją. i to tzw. demokracją bez przymiotników – przede wszystkim bez przymiotnika „ludowa” – ale także bez wielu innych. Trudno odmówić prawa do takiego jej pojmowania tym środowiskom społecznym, które mogły o niej słyszeć jedynie w zachodnich rozgłośniach. Nie byłbym natomiast skłonny już tak łatwo usprawiedliwiać owego „zachłyśnięcia” się demokracją przez środowisko akademickie, nie tylko dlatego, że stanowią je osoby z reguły lepiej zorientowane, czym, w teorii i w praktyce, ona była, jest i być może, ale także dlatego, że uczelnie wyższe to nie miejsce – w moim przekonaniu – na demokrację ludową ani też na żadną taką, w której o najistotniejszych sprawach decyduje społeczna większość. Przez wieki decydowała o nich zdecydowana mniejszość, jaką stanowili uniwersyteccy profesorowie, i z reguły wszyscy dobrze na tym wychodzili. „Zapomniano” o tym najpierw na początku lat 80. (w okresie tzw. pierwszej Solidarności), a później pod koniec tamtego dziesięciolecia i na początku następnego (po tzw. przełomie 1989 r.). W efekcie demokracja ta zniosła nie tylko praktykę powoływania lub przynajmniej zatwierdzania władz uczelnianych przez „kierowniczą siłę narodu”, ale także wniosła... pewien element „ludowładczy” do życia akademickiego. jak bowiem inaczej nazwać to, że w tamtych latach każdy członek tej społeczności – bez względu na to, czy był zasłużonym dla nauki profesorem, czy słabo jeszcze „opierzonym” magistrem – miał mniej więcej takie samo prawo głosu i mógł wpłynąć na ostateczny wynik wyboru władz uczelnianych. Do tego jeszcze dochodziły głosy studentów oraz opiniodawcze głosy różnego rodzaju działających w uczelni organizacji społecznych, w tym nowych i „starych” związków zawodowych. Można było, oczywiście, do nich się nie zastosować, ale raczej mało któremu z kandydatów na rektora, dziekana czy dyrektora instytutu wyszłoby to na dobre. Chcę przez to powiedzieć tylko tyle, że w dalszym ciągu było spore zapotrzebowanie na uczelnianych „gimnastyków”; kto wie czy nie wyższej klasy niż w czasach ancien regime’u?

Wprowadzenie stanu wojennego zmieniło tę sytuację. Nie mam najmniejszego zamiaru usprawiedliwiać tego dramatycznego dla wielu osób wydarzenia. Uważam bowiem, że było ono ani mniejszym, ani większym, tylko po prostu złem społecznym. Jego negatywne następstwa dały się zresztą niemal natychmiast odczuć w uczelniach – m.in. w postaci odwołania z pełnionych funkcji wielu rektorów i dziekanów. Trzeba jednak równie wyraźnie powiedzieć, że ich miejsca zajmowały osoby wprawdzie dobrze postrzegane i oceniane przez ówczesne władze polityczne, ale często mające uznanie w środowisku akademickim i – co nie mniej istotne – mające kwalifikacje do sprawowania kierowniczych funkcji. O niejednej z osób pełniących wówczas funkcję rektora mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że nie tylko przyczyniła się w mojej uczelni do zachowania jej „stanu posiadania”, ale także do jego istotnego powiększenia, a także wprowadzenia takich rozwiązań, które do dzisiaj wpływają pozytywnie na jej funkcjonowanie. Nie wymienię tutaj jednak ich nazwisk, nie tylko dlatego, aby nie być posądzonym o usprawiedliwianie następstw wprowadzenia stanu wojennego, ale także, aby nie być posądzonym o próbę ustawiania się z aktualnie wiejącymi „wiatrami politycznymi”. Mogę jednak dodać, że w tym gronie pojawili się autentyczni menedżerowie, i to tacy, którzy potrafili patrzeć daleko i szeroko, tj. nie tracąc z pola widzenia różnych, niejednokrotnie zasadniczo różniących się, uniwersyteckich dyscyplin badawczych i kierunków studiów.

JM LAT 90.

Po „przełomie ‘89 roku” w Polsce wiele się zmieniło i – co nie mniej istotne – w wielu środowiskach zmieniło się na lepsze. Sądzę, że należy do nich również środowisko akademickie. Przynajmniej do pewnego momentu za swoistą wizytówkę tych zmian mogła uchodzić ustawa o szkolnictwie wyższym z 1990 r. Poza wszystkim innym stanowiła ona o formalnoprawnej autonomii publicznych uczelni wyższych, wyrażającej się m.in. w powoływaniu rektorów przez społeczność akademicką, ściślej – przez jej poszczególne grupy pracownicze, których procentowe proporcje ustalone zostały przez uczelniane senaty oraz zapisane w statutach poszczególnych uczelni. I tak zostało do dzisiaj, mimo wielu słów krytyki kierowanych pod adresem tej regulacji prawnej oraz jej nowelizacji (tak małej, że nie warto tutaj o niej mówić). Jak to zwykle bywa, w jednych uczelniach umożliwiła ona wybór lepszych, w innych nieco gorszych rektorów (o czym świadczą dzisiaj m.in. ich problemy kadrowe i finansowe). W każdym razie w minionym dziesięcioleciu nie można już było o całe zło obwiniać „onych”, tj. różnego rodzaju zewnętrznych decydentów.

Przyznam, że obserwując sposoby pełnienia w tym czasie funkcji rektorskich przez różne osoby, niejednokrotnie zastanawiałem się na tym, czy faktycznie miał rację pewien wielki myśliciel mówiąc, że każdy ma taką władzę, na jaką sobie zasłużył. Wychodziło mi jednak w końcu na to, że jako filozof i osoba współtworząca środowisko filozoficzne mógłbym wprawdzie życzyć sobie lepszego rektora, ale skoro takiego nie ma, to być może z tą filozofią i z tymi filozofami nie jest jeszcze tak, jak być może powinno, a już na pewno nie należą oni do tej grupy pracowników uniwersyteckich, która na okres wyborów władz uczelnianych potrafi wykazać przynajmniej na tyle zaangażowania, aby zmobilizować wszystkie swoje siły i środki, aby wybrać rektora-filozofa lub przynajmniej rektora lepiej rozumiejącego problemy filozofów i filozofii. Rzecz jasna, mam świadomość, że również przedstawiciele innych kierunków uniwersyteckich chcieliby mieć bliskiego ich problemom rektora i nie jest możliwe wybranie na to stanowisko osoby, która spełniłaby oczekiwania. Jeśli zatem od JM nie można oczekiwać aż tyle, to przynajmniej można zakładać, że nie będzie uważała się za istotę dużo wyższą od każdego innego członka społeczności akademickiej. W tej kwestii nie powiem już jednak nic więcej, bo mogłoby to być źle odebrane zarówno przez jeszcze urzędujących JM, jak i przymierzających się do tego tytułu.

Zamykając wątek wspomnieniowy dodam jeszcze kilka zdań na temat, „co nam zostało z tamtych lat”. Stwierdzenie, że nic nam z nich nie zostało, mija się z widocznymi, niejednokrotnie tzw. gołym okiem, faktami. Niektóre z nich są w gruncie rzeczy drobiazgami – jak np. usytuowanie rektorskiego biurka w miejscu tak odległym od wejściowych drzwi, że zanim petent do niego dotrze, zdąży „dojrzeć” do takiego przedstawienia swojej sprawy, że albo w ogóle nie będzie wyglądała na poważny problem, albo też będzie przedstawiała się tak, by JM ją szybko i łatwo rozwiązał. Są jednak również takie, które mają większy ciężar gatunkowy – np. myślenie w kategoriach: „my” (osoby podzielające nasze opinie i poglądy”) i „oni” (ci, którzy albo ich nie podzielają, albo też nie ujawniają swoich przekonań), czy skłonność do ręcznego sterowania, czym się tylko da i jak długo się tylko da oraz traktowania ciał kolegialnych jako czegoś wprawdzie koniecznego, ale w gruncie rzeczy uciążliwego lub – w lepszym przypadku – pełniącego „dekoracyjną” rolę.

JM „DŁUGOWIECZNY”

Na koniec chciałbym powrócić do pomysłu na rektora pełniącego swoją funkcję do emerytury. Pojawia się oczywiste pytanie: jakie są „za” i „przeciw” takiemu rozwiązaniu? Na jego pierwszą część próbuje w jakiejś mierze odpowiedzieć autor przywoływanego już tutaj artykułu. Wynika z niego, że owe „za” to przede wszystkim utrzymywanie się na tym stanowisku ludzi, którzy swoim doświadczeniem, wiedzą, energią mogliby jeszcze coś zrobić w zakresie organizacji szkolnictwa wyższego i szerzej w państwie. Moim zdaniem, jest to jedyne „za”, nad którym można się poważnie zastanowić. Inne bowiem, takie chociażby, jak to, że powrót profesora do pracy naukowej po odbyciu dwóch kadencji rektorskich może być trudny i stawia go w bardzo złej sytuacji, mają charakter osobistych problemów, z którymi musi się liczyć osoba decydująca się na objęcie tej funkcji. Jeśli zatem chodzi o pierwszy z argumentów mających przemawiać za JM „długowiecznym”, to obawiam się, że niezwykle trudne byłoby nie tylko znalezienie na to stanowisko osoby o rozlicznych uzdolnieniach i wielostronnych kwalifikacjach, ale także – w sytuacji, gdyby się ją w końcu znalazło – zachowanie przez nią przez te wszystkie lata owych uzdolnień i kwalifikacji. Nie tylko dlatego, że następuje tzw. zmęczenie materiału (nawet u najwybitniejszych jednostek), ale także dlatego, że to, co było dobre wczoraj, czy jest dobre jeszcze dzisiaj, może się już nie sprawdzić jutro czy pojutrze. poza tym, czy JM „długowieczny” jest w stanie uchronić się przed „chorobą władzy” (i spustoszeniami, które ona wywołuje)? Trudno jest mi natomiast traktować poważnie tezę, że można być dobrym rektorem nie prowadząc zorganizowanej działalności naukowej lub też prowadząc dla odprężenia wykład z wybranego przez siebie przedmiotu. Jak pokazuje wielowiekowa tradycja uniwersytecka, ten, kto nie prowadzi systematycznych badań i systematycznej dydaktyki, nie jest autentycznym uczonym i nauczycielem akademickim. A czy osoba, która kimś takim nie jest, może dobrze rozumieć problemy nauki i nauczania? Bardzo w to wątpię. Jest to pierwsze z moich zasadniczych „przeciw” temu pomysłowi.

Inne, nie mniej istotne, to możliwość „otwarcia furtki” do fotela rektorskiego osobom skłonnym traktować uczelnię wyższą, jak każdą inną „firmę”, w której jest do zrobienia tzw. interes (mniejsza z tym, czy osobisty, czy też grupowy). Jestem przekonany (i nie chciałbym, aby mnie ktoś wyprowadzał z tego przekonania), że uczelnie wyższe, w szczególności te najbardziej znaczące, mają do spełnienia inną rolę społeczną niż przedsiębiorstwa kierujące się zwykłym rachunkiem ekonomicznym. Zaś o tym, które z nich odniosą sukces na tzw. rynku edukacyjnym, decyduje nie tylko kondycja finansowa czy wypracowany zysk (np. z odpłatności za studia), lecz także to, jakich mieli, mają i będą mieli uczonych i nauczycieli akademickich oraz, oczywiście, jak są prowadzone w nich badania i wykłady. Bez większego trudu mogę podać przykłady „uczelni wyższych” (zwłaszcza prywatnych), które odniosły niewątpliwy sukces finansowy, ale dosyć wątpliwy edukacyjny i praktycznie żadnego naukowego. Nie można też wykluczyć, że po zniesieniu kadencyjności władz rektorskich osoby, które wcześniej wykazywały pewien realizm w myśleniu czy samokrytycyzm, w miarę upływu czasu zaczną mieć z tym problemy. Jeśli jeszcze do tego uda im się odnieść w pierwszych latach działalności rektorskiej jakieś poważniejsze sukcesy, to mogą się uznać za nieomylne w każdej sprawie. To właśnie mogłoby oznaczać dla społeczności akademickiej ów wspomniany na wstępie horror.

Prof. dr hab. Zbigniew Drozdowicz, historyk filozofii, pracuje w Instytucie Filozofii UAM w Poznaniu.

Komentarze