Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 3/2002

Wyznania nieprzystosowanego
Poprzedni Następny

Polemiki

Chodzi mi o absolwenta o szerokich horyzontach i aspiracjach. 
Popytu na takiego absolwenta rynek nie wykreuje. 
Musi się tym zająć sam uniwersytet, choćby wbrew rynkowi.


Grzegorz Filip

 

Fot. Stefan Ciechan

Chciałbym się odnieść do opublikowanego na tych łamach przed miesiącem artykułu Pana Krzysztofa Pawłowskiego Polska liga bluszczowa, w którym autor zarzuca mi „obronę tradycyjnej misji uniwersytetu”, niedostrzeganie obecnych trendów w rozwoju edukacji wyższej, obawę przed koniecznymi zmianami. Rektor znanej nowosądeckiej uczelni i zarazem mój niestrudzony polemista ustawił był sobie przeciwnika pod dogodnym do bicia kątem. Z jego tekstu wynika np., że przeciwstawiam sobie nawzajem uczelnie państwowe i niepaństwowe, te ostatnie próbując zamknąć w getcie. Tymczasem ja uczelniami niepaństwowymi właściwie się nie zajmowałem. Interesowały mnie przemiany kulturowe i sytuacja uniwersytetu w epoce ekspansji kultury masowej. Nawet gdyby nie powstały w Polsce tak licznie uczelnie niepaństwowe i nie nastąpiło eksplozyjne umasowienie szkolnictwa wyższego (głównie zaocznego), i tak wdarłaby się na uczelnie kultura masowa. Moją intencją nie było przeciwstawianie uniwersytetów szkołom zawodowym, by wykazać wyższość tych pierwszych. Przeciwstawiam natomiast kształcenie w duchu kultury wysokiej kształceniu w duchu kultury masowej, masowych wyobrażeń, schematów, masowego języka i sposobu myślenia. Chodzi mi o styl, w jakim zapoznaje się młodego człowieka z kulturą, styl, w jakim wprowadza się go w świat wiedzy. Nie jest obojętne, jaki to styl.

ZMIANY TYLKO NA LEPSZE

Rektor Pawłowski w wymienionym artykule przedstawia szereg zjawisk, które, jego zdaniem, odbijają się korzystnie na życiu i efektywności szkoły wyższej. Wymienia też procesy negatywne i robi to tak, jakby chciał zasugerować, że ja im sprzyjam. Chciałby mi np. wmówić, że popieram feudalizm uczelniany, brak swobody dyskusji w środowisku naukowym i niską jakość studiów w niektórych uczelniach. Miałbym być także przeciwnikiem akredytacji, opowiadać się za rozdrobnieniem uczelni (osobną egzystencją akademii medycznych, rolniczych i pedagogicznych) i w ogóle przejawiać niechęć do wszelkich zmian. Skoro jestem konserwatystą, widocznie odpowiada mi istnienie zła, byle tylko nic nie uległo zmianie.

Otóż, nie. Jestem zwolennikiem reform, z wyjątkiem zmian na gorsze. Popieram przekształcenia pod warunkiem, że zdajemy sobie sprawę do czego one prowadzą. Nie wystarczą mi zapewnienia w rodzaju: bo inni tak robią, bo trzeba się dostosować do nowych czasów... Aprobuję procesy rozwoju, nie przystanę natomiast na zachwyty nad zjawiskami, które prowadzą do regresu. Właśnie o kompleksie takich zjawisk pisałem w artykule, z którym polemizuje Krzysztof Pawłowski.

Gdybym chciał być złośliwy, odpowiedziałbym adwersarzowi, wytykając mu zawarte w jego tekście koncepcje, które łatwo zdyskredytować. Dowodząc np. potrzeby „szybkiego reagowania na zmiany dokonujące się na zewnątrz” uniwersytetu, zachwala Krzysztof Pawłowski kursy dla dorosłych („najszybciej rozwijający się rynek szkoleniowy w USA”) i zaraz potem powiada: To wszystko wskazuje naturalny kierunek rozwoju polskiego szkolnictwa wyższego w przyszłości. Tak więc zapotrzebowanie na kursy szkoleniowe miałoby wskazywać kierunek rozwoju polskiego szkolnictwa wyższego? Gratuluję! Albo inny wątek z cyklu „rzeczywistość rynkowa zmusi”. Powołując się – znów przykład amerykański – na Ligę Bluszczową, objawia Krzysztof Pawłowski swą fascynację wysokością zarobków absolwentów poszczególnych amerykańskich uniwersytetów. Ten zarabia 150 tys. dolarów, tamten tylko 80 tys. Sukces absolwenta zostaje sprowadzony do wysokości jego zarobków. Przepraszam, ale dyskutując o nowej misji uniwersytetu, problemach jego tożsamości w epoce społeczeństwa konsumpcyjnego, pozostawmy takie argumenty na boku. Albo zastanawiamy się, jak ocalić wartości, które dotąd wiązały się z edukacją uniwersytecką, a dziś są zagrożone, albo kombinujemy, jak więcej zarobić. Jeśli przedmiotem debaty ma być to drugie, to beze mnie. Nawiasem mówiąc, wydawałoby się, że po książkach Allana Blooma i Thomasa Sowella, bezkrytyczną fascynację akademicką Ameryką będziemy mieli już za sobą.

Ale zostawmy uszczypliwości. Rynek nie musi być zagrożeniem – powiada mój polemista. Może nie musi. Od kiedy jednak uczelnia poczęła się doń zbytnio zbliżać, pojawiły się w niej, obok zjawisk pozytywnych, które wymienia rektor Pawłowski, fenomeny niepokojące, o których trzeba mówić, zauważać je i, gdy na to zasługują, piętnować.

UNIWERSYTECKI SUPERMARKET

Od pewnego czasu do rozważań o edukacji, kulturze, nauce zaczęto używać języka ekonomii i reklamy. Zaczęto mówić o „ofercie edukacyjnej”, „popycie na studia”, „kapitale wiedzy”, „rynku edukacyjnym”, „zarządzaniu wiedzą”, „produkcji absolwentów”, wykształceniu, które jest „towarem”, o „rzucaniu absolwentów na rynek pracy”, o „jakości produktów”, jakimi są poszczególne kursy akademickie bądź absolwenci uczelni. Rynkowa retoryka przyjęła się szybko w mediach i została upowszechniona. Niektórych zjawisk czy procesów nie potrafimy już określić inaczej niż za pomocą języka ekonomii. Dialekt ten, trochę zabawny (szczególnie owo „rzucanie”), bardziej może smutny, zaczął kształtować sposoby myślenia, nie tylko studentów, ale i wielu profesorów. Poczuliśmy się tak, jakby aulę uniwersytetu zamieniono w supermarket. Profesor przychodzi na wykład, by coś sprzedawać studentom, ci, gdy skończą studia, idą się sprzedawać na rynku pracy. Uczelnie sprzedają swoje oferty reagując na popyt itd.

Do czego prowadzi stosowanie kategorii rynkowych w kulturze, nauce, edukacji? Można by odpowiedzieć, że do tego samego, do czego wiodło używanie kategorii marksistowskich. Jedne i drugie są równie poręczne do opisu procesu tworzenia, zdobywania i przekazywania wiedzy i kultury. Ale pójdźmy inną drogą. Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba sobie uświadomić czym jest dzisiaj rynek. Czym jest rynek w warunkach kultury masowej, gigantycznej machiny medialnej służącej do sprzedawania wszystkiego wszystkim.

Kiedyś tłumaczył nam to Adam Smith za pomocą metafory niewidzialnej ręki. Jeśli tylko ludzie mają wolny wybór w jakiejś kwestii, wszystko samo się ureguluje. Tak twierdzili Milton Friedman, Friedrich Hayek i inni. Potem ujawniły się jednak ograniczenia liberalnych teorii mechanizmów rynkowych. Wynikają one, podobnie jak w innych sferach życia społecznego, z ograniczeń liberalnej perspektywy (rozpatrywanie zjawisk przede wszystkim z punktu widzenia wolności, bez dostatecznego uwzględnienia kwestii powinności). Kolejne zmiany wywołała ewolucja liberalizmu w stronę progresywnego permisywizmu. Ale rewolucji dokonała na rynku kultura masowa. Dziś rynek nie jest już taki, jakim widzieli go Smith, Friedman czy Hayek. Pomiędzy wolno gospodarujące podmioty wdarła się kultura masowa ze swymi modami, ideologiami, przesądami, wpływając na ich decyzje i sposoby działania. Rynek, który miał eliminować produkty kiepskiej jakości, dziś za pomocą machiny reklamowej kreuje popyt na rzeczy i usługi nikomu niepotrzebne, wciska nam tandetę. Rynek w świecie kultury masowej jest wszędzie, także tam, gdzie go nie chcemy.

KOALA NA EUKALIPTUSIE

Gdybyż chodziło tylko o rynek w dawnym rozumieniu! Gdyby problem rynkowości uczelni polegał tylko na tym, że pobierają one czesne, przyjmują dary na budowę budynków, realizują zamówienia agencji rządowych i prywatnego przemysłu, że biznesmeni fundują katedry lub stypendia swego imienia, że państwowe uczelnie posiadają duże prywatne fundacje (tak się dzieje w USA). Gdyby chodziło tylko o to, nie miałbym nic przeciw zbliżeniu uniwersytetu do rynku. Niestety, dzisiaj urynkowienie edukacji wyższej to widmo komercjalizacji myśli pod dyktando masowych wyobrażeń i mód, to perspektywa upodobnienia uniwersytetu do audiotele.

Uniwersytet działa w otoczeniu kultury masowej, która nie tylko wywiera nań wpływ. Ona dyktuje warunki, na jakich ma się odbywać nauczanie, dyktuje tematy, formy, rodzaje kursów, określa zachowania i charakter procesu dydaktycznego. Edukacja coraz mniej formuje ludzkie umysły – pisze Ryszard Legutko – a raczej stara się poprzestać na tym, by dostarczyć narzędzi dla umysłów, które uformowane są gdzie indziej. To „gdzie indziej” oznacza dzisiaj świat masowych symboli i rozrywek. Kultura masowa to magazyn atrakcji, to tworzony przez zręcznych specjalistów marketingu gigantyczny supermarket, który zaprasza do kupna i zabawy. Kultura masowa ma przy tym charakter totalny, obejmuje wszystko, przenika wszędzie. Wszystko upraszcza i wulgaryzuje, sprowadza do znanych sobie formuł i kształtów. To, co nie daje się sprzedać, przekształca w towar. Jest wszędzie taka sama. Dawniej umożliwiała szerokiemu odbiorcy awans kulturowy, dziś blokuje go, utrudniając przy tym obcowanie z kulturą wysoką. Petryfikuje myśli, jest infantylna. Kiedyś człowiek wykształcony wchodził do wyższej sfery kulturowej. Dziś zdobycie wykształcenia nie oznacza wyjścia z kręgu kultury masowej, a przebywanie wyłącznie w nim odbiera młodemu człowiekowi możliwości rozwoju. Nici łączące niegdyś kulturę masową z wysoką zostały poprzecinane. Kiedyś ta pierwsza naśladowała tę drugą, była jej gorszym wydaniem. Teleturniej był kopią egzaminu uniwersyteckiego. Dziś, w epoce audiotele i reality show, uczestnik masowej zabawy nie ma już potrzeby wykazania się czymkolwiek. Nikt tego nie oczekuje. Kultura masowa jest apologią ignorancji i rehabilitacją pospolitości. Bohaterem kultury masowej nie bywa człowiek bogaty wewnętrznie, skomplikowany, tragiczny. Symbolem odbiorcy kultury masowej może być, jak zauważył Jacek Bocheński, koala na eukaliptusie, samotny oszołomiony miś, uzależniony od słodkawego nektaru.

KREATYWNI TROGLODYCI

Uniwersytet opanowany przez kulturę masową nie tworzy wzoru człowieka kulturalnego. Absolwent takiej uczelni pozostaje na podobnym poziomie, jak kandydat. Posiada tylko więcej informacji i umiejętności techniczne. Propagująca rozmaite ideologie egalitarne kultura masowa wpaja nam przekonanie, że wszystkie postawy i wybory są równe, że nie ma niższego i wyższego (z tego poczucia wynikało kiedyś dążenie do doskonałości), subtelnego i wulgarnego, hierarchii estetycznych ni etycznych, utrzymuje, że najlepiej, gdy wszystko jest wymieszane.

Oczywiście, kultura masowa jest codziennym pokarmem dla milionów. Telewizja, popularne gazety i kolorowe tygodniki, muzyka pop, kino popularne, uproszczona literatura, widowiska sportowe – kształtują masy swych konsumentów, dają im potrzebną zabawę i jakąś tam wiedzę. Uniwersytet był jednak zawsze gdzie indziej, ponad przeciętnością, masowymi gustami i aspiracjami. Dziś powoli staje się jednym z elementów wymienionego wyżej szeregu. Wsuwa się niepostrzeżenie na wolne jeszcze miejsce w domu wielkiego brata.

Polski uniwersytet jeszcze tak nie wygląda. Jest w okresie przejściowym. Zadomowienie się kultury masowej w uniwersytecie, przyzwolenie na jej ekspansję ze strony profesury i studentów, prowadzić będzie do spłaszczenia wymiaru osobowości absolwentów. Będą to doskonale przygotowani do zawodu, świetnie rozwiązujący problemy, przedsiębiorczy, innowacyjni i kreatywni, optymistycznie wierzący we własne siły troglodyci, których najważniejszą aspiracją stanie się jak najwyższa pensja tuż po studiach. To właśnie upowszechniany przez masowe media i aprobowany przez Krzysztofa Pawłowskiego wzorzec człowieka wykształconego, rozumiany nie jako człowiek kultury duchowej, ale jako dobry specjalista i szczęśliwy konsument kultury masowej, koala na eukaliptusie. Mój polemista mówi coś wprawdzie o kanonie wartości podstawowych, o mądrości, ale brzmi to nieprzekonująco w kontekście postulatów „konkurencji o studenta”.

ŚLEPY KORYTARZ

„Oczekiwania przyszłości”, „wyzwania przyszłości” – te współczesne zaklęcia, których pełne są gazety, zdominowały nie tylko wyobrażenia o edukacji. Stały się wizją świata. Według niej, żyjemy w czasach nieodwracalnych i nieuchronnych przemian, które spadają na nas nie wiadomo skąd, z jakiegoś centrum decyzyjnego, którego istoty ni lokalizacji pojąć nie umiemy. Przemiany te są zawsze korzystne i postępowe. Teraz więc wszelkie instytucje, zwyczaje społeczne, normy trzeba dostosować do owych przemian, tak jak zwierzęta i rośliny przystosowują się do zmiany warunków bytowania. Takie są prawa dziejowe. Słyszymy więc, że do współczesnych czasów muszą się przystosować instytucje, takie jak uniwersytet czy Kościół, oraz pojedynczy ludzie. Ta Darwinowska po części, deterministyczna koncepcja mimikry pozostawia człowiekowi niewielkie pole manewru. Jest wizją człowieka uproszczonego, który po Skinnerowsku reaguje na bodźce nowych tendencji i aktualnych mód. „Sprostać wyzwaniom przyszłości”, to w tym języku: umieć się przystosować. W przygnębiającym programie dzisiejszych progresistów rolą uniwersytetu jest produkcja masy, która „sprosta wyzwaniom”. Wykształcony przystosuje się lepiej. Nie osobowość twórcza więc, a zdolność adaptacji ma być odtąd wzorcem formacji uniwersyteckiej. Rozwój ma się odbywać poprzez adaptację.

Nietrudno zgadnąć, że taka koncepcja jest mi obca. Odrzucam doktrynę konieczności dziejowej, determinizm, nie zgadzam się też z dogmatem o nieuchronności przystosowania do narzuconych warunków. Według mnie, istnieje ustalony porządek, którego nie zmieniają spadające skądś „przemiany”, choćby i epokowe, istnieje ciągłość kultury, ludzkich wysiłków i osiągnięć, a człowiek jest wolnym podmiotem działań, który z rozwagą, we współpracy z innymi tworzy dorobek, świadom swych ograniczeń i niedoskonałości. Nie jest przy tym ograniczony jakimś determinizmem dziejowym. A epokowe przemiany? Cóż, czasem kibicujemy im z entuzjazmem, a potem okazują się być ślepym korytarzem.

Zamiast powtarzać zaklęcia na temat rynku, proponuję mądrą, wyważoną kontynuację wypracowanego przez stulecia modelu uniwersytetu, który zajmuje się ideami, przekazywaniem znaczeń, formowaniem osobowości, a nie zaspokajaniem potrzeb pod dyktando potocznych gustów i masowych wzorów sukcesu. Proponuję rozważną dyskusję o jego reformach. Niektóre zmiany muszą nastąpić szybko, by wyplenić zło, jakiego wiele. Nie oglądajmy się na „nieuchronne przemiany”, które „i tak wymuszą” to czy owo. Działajmy tak, jakby wszystko zależało od nas.

Komentarze