Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 3/2002

Zaproszonym trzeba płacić
Poprzedni Następny

Agora

W sytuacji, kiedy dziekan nie może nawet 
podwyższyć gaży adiunktom choćby o 50 zł, 
skąd ma wziąć pieniądze 
dla zagranicznego profesora?

Aleksandra Kubicz

Instytucja visiting professor jest, moim zdaniem, jak również moich kolegów, których opinii w tej sprawie zasięgałam, bardzo potrzebna i tak oczywista, że nie wymaga specjalnego uzasadnienia. Jest tym bardziej pożądana, że coraz bliżej jesteśmy terminu wejścia do Unii Europejskiej. jeśli więc chcemy dołączyć do uniwersytetów europejskich, a nie być zaściankową uczelnią, powinniśmy prowadzić szeroką współpracę w każdej dziedzinie. wymiana myśli i doświadczeń w skali międzynarodowej, przekazywanie tej wiedzy młodym ludziom powinno być jednym z podstawowych elementów kształcenia studentów. W uniwersytetach niemieckich i amerykańskich, w których bywałam, zawsze spotykałam wizytujących profesorów, którzy przyjeżdżali z różnych krajów. Należy to po prostu do normalnego krajobrazu uczelni.

Visiting professor jest formą zatrudnienia w celu wykonania określonego zadania, którym są przede wszystkim wykłady, ale też prowadzenie innych zajęć, takich jak: seminaria, konwersatoria lub różnego rodzaju warsztaty. Ten tryb zatrudnienia zagranicznego profesora bywa u nas wykorzystywany głównie na wydziałach filologicznych, czasem, choć ostatnio rzadko, w naukach ścisłych.

W Polsce visiting professor jest instytucją cieszącą się, niestety, małym zainteresowaniem. Jest kilka powodów niechęci zapraszania na wykłady zagranicznych, szczególnie zachodnich profesorów. Jednym z nich są przepisy uzależniające liczbę etatów w danej jednostce naukowo-dydaktycznej od pensum dydaktycznego. W tej sytuacji nikt chętnie nie odda swoich godzin i nadgodzin, które są dla wielu dodatkowym zarobkiem przy tak marnych uniwersyteckich poborach. Wyjściem z tej sytuacji byłoby objęcie przez wizytującego profesora wykładów fakultatywnych, specjalnie dla niego utworzonych, co nie wpłynęłoby na pensum innych pracowników. Takie rozwiązanie byłoby ze wszech miar pożyteczne, gdyby nie, jak zwykle u nas, brak pieniędzy, gdyż zatrudnienie zagranicznego profesora jest kosztowne. Visiting professor zapraszany jest bowiem na koszt instytucji zapraszającej i powinien otrzymywać 150 proc. poborów polskiego profesora. Uczelnia nigdy nie otrzymuje stuprocentowego pokrycia na pobory, trzeba nawet sięgać do funduszy otrzymywanych przez KBN na działalność statutową, a każda regulacja poborów, na którą również nie dostaje się pełnego pokrycia, stawia uczelnię w szczególnie ciężkiej sytuacji. Wpierw bowiem trzeba podnieść gażę tym, którzy nie sięgają dolnej granicy widełek, a takich osób jest zawsze sporo, resztę dzieli się według ciężko wynegocjowanych kryteriów. Pieniędzmi dysponuje wydział i w sytuacji, kiedy dziekan nie może nawet podwyższyć gaży adiunktom choćby o 50 zł, skąd ma wziąć pieniądze dla zagranicznego profesora?
Oczywiście, zależy to od wydziału, bo te, które dobrze zarabiają na studiach zaocznych, podyplomowych itp., z wiadomych względów nie są szczególnie zainteresowane sprowadzaniem zagranicznych profesorów, choć miałyby na to pieniadze.

Podsumowując – instytucja visiting professor jest ze wszech miar pożyteczna i konieczna, ale brak pieniędzy na zapraszanie zagranicznych profesorów, którym trzeba zapewnić godziwe, a nie nasze, uniwersyteckie wynagrodzenie.

Prof. dr hab. Aleksandra Kubicz, biochemik, pracuje w Instytucie Biochemii i Biologii Molekularnej Uniwersytetu Wrocławskiego.

Komentarze