Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 11/2002

Nie te czasy!
Poprzedni Następny

Z prac KRASP

Ekonomista bądź socjolog uzyskuje zaświadczenie ze szkoły 
o zatrudnieniu, po czym – nie zdając żadnego egzaminu 
– zostaje kwalifikowanym nauczycielem języka polskiego 
w szkole podstawowej i gimnazjum!

Franciszek Ziejka

Na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych podjęto w Polsce wielką akcję walki z analfabetyzmem. Chodziło o to, aby obowiązkiem szkolnym objąć nie tylko dzieci, ale także wcale niemałą gromadę niepiśmiennej ludności dorosłej. Jednym z głównych problemów, przed jakimi stanęły ówczesne władze oświatowe, był brak nauczycieli. Postanowiono zatem zwiększyć ich liczbę, wprowadzając do szkół średnich tzw. klasy pedagogiczne. Uczeń czy uczennica deklarujący gotowość podjęcia pracy nauczycielskiej na rok przed maturą przypisywani byli do klasy „pedagogicznej”, co wiązało się z koniecznością zaliczenia dodatkowych zajęć z pedagogiki, psychologii i tzw. praktyki szkolnej. W zamian, po zdaniu matury, młody człowiek otrzymywał nakaz pracy w wyznaczonej szkole. Stawał się pełnoprawnym nauczycielem.

PRZYSPIESZONA ŚCIEŻKA

Nie przywołuję tutaj tych przedsięwzięć oświatowych, wywołanych ówczesną sytuacją społeczną i polityczną w kraju, aby je komentować czy oceniać. Ta skrócona droga do kariery nauczycielskiej z przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych przypomniała mi się jednak w związku z pojawiającymi się ostatnio coraz częściej sygnałami o sposobach pozyskiwania patentu na nauczyciela dzisiaj. Pierwszy sposób funkcjonuje już – mimo protestu między innymi Prezydium KRASP – od kilku lat. Jego drogę otwarł okólnik ministerialny o tzw. studiach podyplomowych kwalifikacyjnych. Liczne szkoły wyższe, państwowe i niepaństwowe, zawodowe i akademickie, ale nade wszystko ośrodki kształcenia metodycznego korzystają z „dobrodziejstw” tego okólnika, który stwierdza, że absolwent studiów wyższych może zostać przyjęty na wzmiankowane studia, jeśli przedstawi zaświadczenie, iż pracuje w szkole i prowadzi zajęcia zlecone mu przez dyrektora. Na studiach „kwalifikacyjnych” obowiązuje go wysłuchanie 300 godzin wykładów i – bez zdania „po drodze” jakiegokolwiek egzaminu – przystępuje do końcowego egzaminu, który daje mu uprawnienia kwalifikowanego nauczyciela danego przedmiotu. W praktyce sprawy nierzadko układają się w następujący schemat: ekonomista bądź socjolog uzyskuje zaświadczenie ze szkoły o zatrudnieniu (o co znowu nie tak trudno!), po czym – nie zdając żadnego egzaminu z literatury czy gramatyki, nie mówiąc już o poetyce czy teorii literatury – zostaje kwalifikowanym nauczycielem języka polskiego w szkole podstawowej i gimnazjum! Absurd takiej praktyki każdy postrzega, ale nie zmienia to stanu rzeczy – nadal „kwitną” w całej Polsce „kwalifikacyjne” studia podyplomowe! Jeśli władze resortu nie zmienią wspomnianego okólnika, „przyspieszona” ścieżka tworzenia zastępów „kwalifikowanych” nauczycieli nie zniknie, a kończący normalne studia wyższe młodzi ludzie nadal bezskutecznie będą szukać posad!

NIE KOSZTEM JAKOŚCI

Autorzy feralnego okólnika mają – jak się okazuje – w polskiej oświacie mocne przebicie. Świadczy o tym np. zgłoszony ostatnio projekt reformy ustawy o oświacie, który zakłada m.in. rozpoczęcie od 2004 roku kształcenia w czasie trzyletnich studiów zawodowych nauczycieli dwóch przedmiotów. Można zrozumieć przesłanki takiego rozwiązania, ale nie można zaakceptować sposobów jego wprowadzenia. Owszem, należy dać przyszłym nauczycielom szansę nauczania dwóch przedmiotów. Nie może to odbywać się jednak kosztem jakości przygotowania owego nauczyciela do pracy w szkole. Myślę, że jedyną drogą prowadzącą do stworzenia nauczycielom możliwości nauczania dwóch przedmiotów jest ukończenie przez nich dwukierunkowych studiów pięcioletnich (3 + 2). Z praktyki uniwersyteckiej wiemy, że można w ciągu pięciu lat uzyskać dwa dyplomy: np. dyplom licencjata z chemii i magistra z biologii, albo dyplom licencjata z biologii i magistra z geografii. Takie rozwiązania są rozsądne i idą w dobrym kierunku. Nie wydają się natomiast takimi pomysły racjonalizatorów oświatowych, chcących w ciągu trzech lat zawodowych studiów przygotować nauczyciela dwóch przedmiotów. To nawiązanie do praktyki z przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Od tamtego czasu upłynęło już jednak pół wieku. Nie ma też chyba żadnego powodu, aby wracać do tamtych doświadczeń.

ODPOWIEDNIE PROPORCJE

Istotne jest więc, aby informacja o tym, jak kształcimy i jak będziemy kształcić nauczycieli, docierała do jak najszerszych kręgów opinii publicznej. Sprzyjają temu wypowiedzi w mediach, ale także oficjalne stanowiska zainteresowanych gremiów. Jednym z takich gremiów jest KRASP. W sprawie kształcenia nauczycieli rektorzy uczelni akademickich wypowiadali się w ostatnim okresie dwukrotnie: w formie uchwały Prezydium z 27 kwietnia 2002 r., a następnie uchwały Zgromadzenia Plenarnego KRASP z 28 czerwca 2002 r. W tej ostatniej uchwale czytamy: Zgromadzenie Plenarne KRASP – uznając, że odpowiednie kwalifikacje nauczycieli warunkują możliwość osiągnięcia właściwego poziomu całego systemu edukacji – stwierdza, że na uczelniach kształcących nauczycieli spoczywa szczególny obowiązek zapewnienia wysokiego poziomu nauczania. W związku z tym konieczne jest określenie warunków, jakie powinny spełniać uczelnie podejmujące się kształcenia i doskonalenia nauczycieli, oraz określenie standardów kształcenia w zakresie studiów licencjackich, magisterskich i podyplomowych. Wśród tych standardów istotne jest zachowanie odpowiednich proporcji między wiedzą akademicką oraz wiedzą pedagogiczno-psychologiczną i umiejętnościami dydaktyczno-wychowawczymi. Wzrost znaczenia edukacji dla rozwoju cywilizacji i kultury wymaga, aby kształcenie nauczycieli realizowane było przede wszystkim na poziomie magisterskim i doktorskim.

Komentarze