Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 12/2002

Jak uczony z dziennikarzem
Poprzedni Następny

Z Życia Akademii

Popularyzacja nauki jest w istocie zajęciem niezwykle trudnym, 
wymagającym rzadkiego daru i pochłaniającym wiele czasu.

Piotr Kossobudzki, rzecznik prasowy PAN

Jeśli polska nauka chce zyskać uznanie społeczeństwa i przychylność polityków, musi bardziej efektywnie współpracować z prasą, radiem i telewizją. Tylko jak pogodzić oczekiwania przedstawicieli mediów z ambicjami naukowców?

Zakończone niedawno obchody pięćdziesięciolecia PAN były okazją do refleksji nad funkcjonowaniem polskiej nauki w przeszłości i obecnie. Wiele uwagi poświęcono także konieczności reformy – zarówno akademii, jak i całego systemu badań naukowych. Podczas towarzyszącej jubileuszowi konferencji prasowej zwrócono uwagę, że jednym z elementów, który musi ulec zmianie, jest współpraca uczonych z mediami.

Kto powinien być w tym związku stroną dominującą? Zdania są podzielone. Naukowcy chętnie widzieliby dziennikarzy, którzy aktywnie poszukują interesujących tematów odwiedzając instytuty naukowe i laboratoria. Przedstawiciele mediów wskazują z kolei na wzorce amerykańskie, gdzie placówki badawcze zasypują dziennikarzy informacjami prasowymi czy zaproszeniami na konferencje.

SZERYF NAUKI

Popularyzacja jest jednym z obowiązków naukowców, pracujących przecież za publiczne pieniądze i, w bliższej lub dalszej perspektywie, dla społecznego dobra. – Niestety, polscy uczeni nie palą się do popularyzacji i promocji swoich osiągnięć – powiedział na konferencji prof. Jerzy Kołodziejczak, pełniący obowiązki prezesa PAN. – Tymczasem bez marketingu nie da się dziś sprzedać towaru. I nie ma znaczenia, że tym towarem jest akurat nauka. Skutki widać choćby przy rozdziale funduszy z państwowej kiesy. Malejący z roku na rok budżet polskiej nauki jest po części odbiciem braku przekonania o potrzebie i znaczeniu nauki. Nie ma go społeczeństwo, nie mają go także decydenci. Bez zmiany tego nastawienia większe poparcie dla prac i potrzeb uczonych można uzyskać chyba tylko zwiększając... liczbę samych naukowców. Aż do stanu rodem z piosenki Wojciecha Młynarskiego, gdzie w miasteczku na dzikim zachodzie na jednego mieszkańca jeden szeryf przypadał... W tym przypadku zamiast szeryfa winien występować profesor.

Nauka potrzebuje swoich „szeryfów”, którzy będą ją wspierać i w razie potrzeby – bronić. Nie pozyska ich jednak posługując się językiem fachowych publikacji i oznajmiając ważne odkrycia tylko na specjalistycznych kongresach. Przystępne pisanie i mówienie o nauce nie może być traktowane jako „gorszy rodzaj muzy”. Wielu uczonych obawia się reakcji środowiska na nieuniknione w wystąpieniach popularnych uproszczenia czy uogólnienia. Trudno jest się także wyzwolić z nawyku posługiwania się hermetycznym żargonem eksperta. Popularyzacja nauki jest w istocie zajęciem niezwykle trudnym, wymagającym rzadkiego daru i pochłaniającym wiele czasu.

Tym bardziej doceniać trzeba wysiłek organizatorów i uczestników takich imprez, jak Festiwal Nauki, Piknik Naukowy czy uczonych poświęcających czas na pisanie artykułów popularnonaukowych i komentujących najważniejsze odkrycia w mediach. Być może warto by wesprzeć tę nieliczną grupę, korzystając z doświadczeń placówek europejskich i amerykańskich? Czy nie warto by w większych centrach badawczych (np. dużych uczelniach) zatrudnić osoby biegłe w piórze, które pomagałyby uczonym w przełożeniu języka nauki na język gazety codziennej? Choćby w formie krótkiej notatki, która rozesłana do radia i prasy zwróciłaby uwagę na ważne odkrycie czy wydarzenie ze świata badań i eksperymentów.

PRZY WSPÓLNYM OGNIU

Oczywiście, uczeni nie mogą odbierać chleba dziennikarzom. Tych zajmujących się nauką i tak jest w Polsce coraz mniej. Ale przedstawiciele mediów, którzy zdecydowali się na uprawianie naukowego poletka, muszą brać pod uwagę specyfikę pracy uczonych. Badania naukowe są dla nich często całym życiem. Trudno się dziwić ich rozgoryczeniu i niechęci, gdy człowiek z mikrofonem każe im podsumować całokształt działalności w półtorej minuty. Czy w trzydzieści sekund można streścić historię i wyzwania stojące przed PAN? A takie oczekiwania wyraziła ekipa telewizji przeprowadzająca wywiad podczas jubileuszu.

Współczesna nauka jest coraz częściej tak zaawansowana i wyspecjalizowana, że dobrze rozumieją się tylko koledzy z sąsiednich laboratoriów. Dlatego trudno jest wymagać od każdego uczonego, by zrozumiale i ze swadą opowiadał o prowadzonych przez siebie pracach z zakresu fizyki kwantowej czy historii języka. Naukowcy prowadzący badania podstawowe często zżymają się też na żurnalistów pytających o praktyczne zastosowania ich odkryć.

Dziennikarze (i uczeni) nie mogą też zapominać o świętej zasadzie weryfikacji odkrycia naukowego. Nie pozwala ona na ogłaszanie mediom sensacyjnych nawet wyników badań, dopóki nie zostaną choćby przyjęte do druku w recenzowanym czasopiśmie czy zaprezentowane na kongresie naukowym. A to kłóci się z przyświecającą dziennikarzom zasadą wyszukiwania „gorących” i jak najświeższych tematów.

To z pewnością trudne, ale ludzie nauki muszą zrozumieć, że konkurują o miejsce na łamach gazet z Adamem Małyszem i o czas antenowy z nowinami z życia gwiazd muzyki pop. Z pewnością mają wiele atutów, by z takiej rywalizacji wyjść zwycięsko. Pomóc mogą im w tym dziennikarze, bo przecież obie strony grzeją się przy tym samym naukowym ogniu.

Komentarze