Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 12/2002

Krok w dobrym kierunku
Poprzedni Następny

Agora

Nowa ustawa o finansowaniu nauki jest bardzo potrzebna, 
ponieważ dotychczasowa formuła Komitetu Badań Naukowych już się przeżyła.

Andrzej Kajetan Wróblewski

Fot. Stefan Ciechana

 Komitet Badań Naukowych przystąpił niedawno do konsultacji ze środowiskiem naukowym nowej ustawy o finansowaniu nauki. Pierwsza wersja projektu tej ustawy została udostępniona w połowie października, a druga w połowie listopada. Obecnie jest przygotowywana kolejna wersja, która przypuszczalnie będzie już znana w chwili opublikowania niniejszego komentarza.

Nowa ustawa o finansowaniu nauki jest bardzo potrzebna, ponieważ dotychczasowa formuła Komitetu Badań Naukowych już się przeżyła. Gdy w 1991 r. powoływano tę instytucję, czyniono to w atmosferze zachłyśnięcia się demokracją po dziesięcioleciach systemu autorytarnego. To było powodem utworzenia instytucji, będącej niezwykłym połączeniem wybieralnej reprezentacji środowiska naukowego i urzędu administracji państwowej. Przedstawiciele środowiska mieli odtąd sami decydować o podziale środków na badania naukowe. Wkrótce jednak okazało się, że takie połączenie administracji państwowej i uczonych, którzy odpowiadają tylko przed swoimi wyborcami, nie może działać sprawnie ze względu na partykularyzm interesów różnych grup. Takiej formuły nie spotyka się w krajach o dojrzałej demokracji.

Środowisko było przekonane, iż decyzje o podziale środków są podejmowane przez jego wybranych przedstawicieli, podczas gdy w rzeczywistości ważne decyzje – o tzw. podziale pierwotnym na poszczególne dziedziny nauki i działy finansowania – były i tak zawsze podejmowane przez szefa KBN i jego urzędników, a reprezentacji naukowców pozostawiono tylko dość niewielką swobodę w podziale wtórnym, tj. w dysponowaniu środkami z przydzielonych odgórnie pul. Próby zmian w podziale pierwotnym albo zmian sum przeznaczonych na poszczególne strumienie finansowania kończyły się niepowodzeniem. Administracja ingerowała w decydujący sposób nawet w niektóre decyzje szczegółowe, np. ustanawianie tzw. SUPB (Specjalne Urządzenia i Projekty Badawcze) lub finansowanie współpracy międzynarodowej. Ta ostatnia została przez poprzedniego szefa KBN drastycznie ograniczona, przez sprowadzenie jej właściwie wyłącznie do udziału w programach ramowych Unii Europejskiej, a stało się tak mimo stanowczego protestu wybieralnej części KBN.

Sposób wyłaniania reprezentacji środowiska według pokrętnej ordynacji wyborczej (konieczność głosowania na ludzi z innej dziedziny i innej jednostki) sprawiał, że wybrani przedstawiciele czuli się przeważnie reprezentantami swoich wyborców, a nie poszczególnych dziedzin czy też całej nauki w Polsce. Tylko przecież tym można wytłumaczyć fakt, że nie ograniczono finansowania niektórych placówek, nikomu niepotrzebnych albo będących naukowymi tylko z nazwy. To przecież wybrani przedstawiciele środowiska przydzielali i przydzielają nadal, bez oporów, środki Centralnemu Laboratorium Przemysłu Tytoniowego, Zakładowi Badawczemu Przemysłu Piekarskiego albo Instytutowi Przemysłu Gumowego „Stomil”.

Po zaznajomieniu się z założeniami nowej ustawy i lekturze dotychczasowych projektów jestem zdania, że szykuje się krok w dobrym kierunku. Podstawową zmianą ma być wyraźne rozdzielenie funkcji decyzyjnej – pozostawionej ministrowi nauki – od funkcji doradczej, którą mają pełnić reprezentanci środowiska naukowego.

RADA NAUKI

Projekt nowej ustawy przewiduje powołanie Rady Nauki, która ma być organem opiniodawczo-doradczym ministra nauki. Członków rady ma powoływać i odwoływać minister. Kandydaci na członków Rady Nauki mają być proponowani ministrowi przez środowisko. Sposób wyłaniania tych kandydatów nie został jeszcze przesądzony. Projekt z połowy października przewidywał utrzymanie wyborów powszechnych i to według starej, dość już skompromitowanej ordynacji. Przypuszczalnie protesty napływające na ręce ministra nauki skłoniły go do przedstawienia w wersji z połowy listopada już znacznie rozsądniejszej i prostszej ordynacji. Według tej propozycji, rada naukowa (rada wydziału) każdej jednostki naukowej wybiera jednego kandydata do Rady Nauki i ma to być kandydat zatrudniony w pełnym wymiarze czasu w tej właśnie jednostce. 

Według projektu, Rada Nauki ma liczyć nie więcej niż 70 członków, w tym 60 członków powoływanych z listy kandydatów ustalonej w wyborach. Liczba ta pochodzi oczywiście stąd, że według przepisów przejściowych obecni członkowie zespołów KBN (a jest ich właśnie 60) mają się stać członkami Rady Nauki do końca ich kadencji (do 31 maja 2004).

Proponowane rozwiązanie zbliża nas niewątpliwie do sytuacji w krajach zachodnich, w których system zarządzania nauką i jej finansowania jest znacznie bardziej dojrzały. Uważam jednak, że dotychczasowe propozycje nie idą dostatecznie daleko. Proponowana Rada Nauki jest za duża, a sposób jej ustalania też mógłby być ulepszony.

Przypatrzmy się sytuacji w Republice Federalnej Niemiec. Jest to kraj dwukrotnie większy od Polski i mający znacznie bardziej niż my rozbudowaną naukę. Liczba naukowców w RFN jest ponadczterokrotnie większa od tej w Polsce (dane OECD z 2001 r.). Tymczasem istniejąca tam Rada Nauki (Wissenschaftsrat) liczy tylko 32 członków, powoływanych przez prezydenta Niemiec. Z tej liczby, 24 członków powoływanych jest spośród kandydatów przedstawianych nie przez poszczególne placówki badawcze, lecz przez Konferencję Rektorów Uniwersytetów (HRK), Towarzystwo Maxa Plancka (Max-Planck Gesselschaft), Niemiecką Wspólnotę Badawczą (Deutschen Forschungsgemeinschaft – DFG) oraz Wspólnotę Helmholtza, skupiającą największe centra badawcze (Helmholtz-Gemeinschaft Deutscher Forschungszentren – HFG). Pozostałych 8 członków Rady Nauki to osobistości cieszące się wysokim uznaniem publicznym, proponowane przez rząd federalny i rządy poszczególnych krajów związkowych. Są to przeważnie przedstawiciele największych koncernów, a także mediów.

Niemiecka Rada Nauki działa bardzo sprawnie, może także dlatego, że nie jest zbyt liczna. Uważam, że nasza Rada Nauki także nie powinna być duża – 70 członków to stanowczo zbyt wielu. Uważam także, że wzorem RFN można by przewidzieć wstępną selekcję kandydatów, np. przez Konferencję Rektorów Akademickich Szkół Polskich, Polską Akademię Nauk i Radę Jednostek Badawczo-Rozwojowych.

Zasadnicze znaczenie będzie miało to, że członkowie Rady Nauki mają pochodzić z nominacji, a nie z prostego wyboru. W ten sposób będą mieli świadomość swej roli jako reprezentantów całej nauki, a nie tylko swoich wyborców czy poszczególnych jednostek lub regionów. Takie rozwiązanie praktykuje się wszędzie na świecie.

Warto może też rozważyć, aby nominacja członków Rady Nauki pochodziła od premiera albo prezydenta, co jeszcze bardziej podniosłoby jej rangę. W Finlandii, kraju znanym z ogromnego zaangażowania w naukę i technologię, kilkunastoosobowa Rada Nauki działa przy premierze i on sam jej przewodniczy.

Ograniczenie liczby członków przyszłej Rady Nauki do – powiedzmy – 24 czy 30 osób, nie musi się kłócić z utrzymaniem uprawnień obecnych 60 członków zespołów KBN. Po prostu w przepisach przejściowych można zawrzeć to, że do 31 maja 2004 r. Rada Nauki będzie większa.

Aby proponowana Rada Nauki mogła właściwie pełnić funkcję doradczą w sprawach polityki naukowej, należy jej zadania ustalić zupełnie inaczej niż w obecnym Komitecie Badań Naukowych. Przede wszystkim należałoby ją odciążyć od pewnych zadań szczegółowych, którymi zajmują się dziś członkowie zespołów KBN. Na przykład uważam, że wszystkie sprawy dotyczące prowadzenia konkursów indywidualnych projektów badawczych (tzw. grantów) powinny być przez przyszłe Ministerstwo Nauki przekazane innej instytucji, np. Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

DLACZEGO CENTRALIZACJA FINANSOWANIA?

Projekt nowej ustawy przewiduje utrzymanie w rękach ministra nauki rozdziału wszystkich środków na badania naukowe. To rozwiązanie nie jest zbyt korzystne i powinno być zmodyfikowane w kierunku zapewnienia więcej niż jednego źródła środków. Powinniśmy także pod tym względem naśladować rozwiązania w krajach bardziej zaawansowanych.
Znów weźmy przykład Niemiec. Federalne Ministerstwo Badań i Technologii jest tam największym, ale nie jedynym dysponentem środków budżetowych na badania. Pieniądze są rozdzielane przez kilka innych ministerstw, w tym na przykład Ministerstwo Obrony i Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Istnieje wiele innych kanałów rozprowadzania środków rządowych, jak Towarzystwo im. Maxa Plancka, Towarzystwo im. Fraunhofera, Niemiecka Wspólnota Badawcza, Niemiecka Służba Wymiany Akademickiej. Ponadto w RFN badania są w znacznie większym stopniu niż u nas finansowane przez przemysł i różne fundacje. Zatem w Niemczech nie wszyscy muszą tłoczyć się przy jednym okienku i to zapewnia większą elastyczność i efektywność finansowania.

Sądzę, że dobrym krokiem byłoby zaprzestanie finansowania przez przyszłe Ministerstwo Nauki badań na potrzeby obronności. W innych państwach to przecież resorty obrony same finansują badania na rzecz wojska. Dlaczego w Polsce ma być odwrotnie?

Należałoby także przywrócić odpowiednią rangę organom założycielskim różnych jednostek badawczych. Weźmy przykład Polskiej Akademii Nauk. W obecnym centralistycznym systemie finansowania, placówki PAN otrzymują fundusze na prowadzenie badań bezpośrednio z KBN. Za działalność tych placówek odpowiedzialne jest kierownictwo PAN, które jednak nie dysponuje żadnymi środkami, które mogłyby posłużyć do prowadzenia polityki naukowej wewnątrz Akademii. Uważam więc, że konieczne jest uwzględnienie w nowej ustawie możliwości przekazywania co najmniej pewnej części środków finansowych nie bezpośrednio do placówek, lecz za pośrednictwem władz PAN – stanowiłoby to analogię do środków na „badania własne”, które w obecnym systemie są przydziela- uczelniom wyższym, niezależnie od kwot przekazywanych bezpośrednio do ich jednostek. Sygnały z Komitetu Badań Naukowych zdają się świadczyć o tym, że takie rozwiązanie będzie przewidziane w kolejnym projekcie ustawy.

Sądzę, że należy rozważyć rozwiązanie generalne, w którym Ministerstwo Nauki kierowałoby bezpośrednio do placówek badawczych tylko środki umożliwiające przetrwanie infrastruktury badawczej, natomiast pozostała część środków byłaby rozdzielana na zasadzie konkurencji propozycji badawczych, z uwzględnieniem ustalonych priorytetów, przez instytucje, które pełnią funkcję organów założycielskich, a więc przez Polską Akademię Nauk oraz odpowiednie ministerstwa. Gdyby to te ostatnie miały przydzielać środki poszczególnym JBR-om, to może zaprzestano by wreszcie utrzymywania przy życiu niektórych spośród tych dwustu kilkudziesięciu placówek. 

NOWELIZOWAĆ CZY CZEKAC?

Wśród publikowanych w prasie komentarzy na temat projektu ustawy pojawiają się również poglądy, że obecny projekt należy w całości odrzucić, ponieważ obejmuje tylko wycinek zagadnień dotyczących nauki. Zwolennicy czekania argumentują, że należy najpierw opracować i uchwalić ogólną ustawę o nauce, a następnie znowelizować inne ustawy bardziej szczegółowe, jak: o PAN, o szkolnictwie wyższym, o instytutach badawczych, o stopniach i tytule naukowym. Ustawa o finansowaniu nauki miałaby być uchwalona dopiero na końcu.

Prawdą jest, że obowiązujące obecnie ustawy mają wiele wad i wymagają przeróbek. Jako przykład można wymienić bałagan spowodowany przez naprędce wprowadzoną ustawę o szkolnictwie wyższym. Zniosła ona stanowisko docenta w szkołach wyższych, podczas gdy nadal jest ono utrzymywane w placówkach pozauczelnianych. Uważam jednak, że nie powinno się odkładać zmiany obecnych zasad finansowania nauki. Opracowanie i uchwalenie ustawy o nauce wraz z pakietem ustaw towarzyszących to zadanie trudne i może potrwać nawet kilka lat. Tymczasem zmiany są potrzebne już teraz. Dlatego należy działać konstruktywnie i zamiast ogólnego protestu postarać się o jak najlepsze sformułowanie poszczególnych artykułów projektu, dziś jeszcze wyraźnie niedopracowanych. Kiedy zaś w przyszłości doczekamy się jednolitego pakietu ustaw dotyczących wszystkich aspektów nauki, to i ustawę o finansowaniu nauki będzie można ewentualnie znowelizować.

Prof. dr hab. Andrzej Kajetan Wróblewski, fizyk, członek rzeczywisty PAN, jest profesorem na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego.

Komentarze