Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 12/2002

Szymborscy. Rodzaje służby
Poprzedni Następny

Rody uczone (80)

Próbujemy dzisiaj „humanizować” uczelnie techniczne, fabryki, różne domeny życia 
zbiorowego – ze średnimi rezultatami. Nie szukamy wszakże lub szukamy niezbyt 
gorliwie wzorów osobowych w tym względzie, a te zawsze oddziałują 
wychowawczo najskuteczniej.

Magdalena Bajer

Fot. Arch

Grand Hotel w Sopocie

Choć nic nie interesuje człowieka bardziej niż sam człowiek – ludzka natura i ludzki los – przedmiot tej egocentrycznej fascynacji jest tak złożony i zagadkowy, że sukces nauki w jego wyjaśnieniu był jak dotychczas dość ograniczony. Wizerunek ludzkiej istoty kreślony przez psychologię – tę będącą pod przemożnym wpływem Zygmunta Freuda albo tę powtarzającą tezy behawiorystów czy też którejkolwiek innej szkoły – jest w istocie mało przekonujący. Bardziej przemawia do naszej wrażliwości głęboka mądrość pisarzy, poetów czy artystów, których metodą poznawczą nie jest naukowa analiza, lecz intuicja, introspekcja i wnikliwa obserwacja zachowania bliźnich.

Wstęp do tomu esejów Poprawka z natury Krzysztofa Szymborskiego – autor w Ameryce jest profesorem i nazywa się Kris – nosi datę 17 marca 1999 r. i miejsce powstania Saratoga Springs. Na „rodzinną rozmowę” spotkaliśmy się w Warszawie, gdzie profesor bywa co roku. Przyniósł mi wtedy nową książkę, aby udokumentować swoje twierdzenie, że – w przeciwieństwie do ojca – od nauk ścisłych zmierzał ku humanistyce, a do humanistyki zalicza nie tylko historię nauki, którą wykłada, ale swoje „dziennikarstwo naukowe”, którym już długo się para.

DALEKIE I DAWNE A WSPÓŁCZESNE

Dziadek był zubożałym szlachcicem z Litwy, który zjechał do Warszawy, znalazł tam żonę i został. Tradycje intelektualne rówieśne są u Szymborskich Drugiej Rzeczypospolitej. Stanisław, urodzony w 1908 roku – po wojnie profesor w dziedzinie przez siebie powołanej do życia i rozwiniętej – oddychał w młodości tą szczególną aurą, którą inny profesor, Jan Kielanowski, porównał kiedyś do zapachu pierwszego śniegu w górach. Nie zapomina się go nigdy, choćby resztę życia przyszło spędzić w zupełnie innych warunkach, jak to się stało udziałem Krzysztofa.
Prof. Szymborski junior dorastał w czasie, kiedy wszystko, co oficjalne, zaprzeczało dorobkowi pokolenia budujących Niepodległą, ale dorastał w domu, gdzie pamięć owego budowania była bardzo żywa, a poczucie powinności służenia Ojczyźnie stale obecne, skąd zapamiętał charakterystyczny klimat ofiarności, zapału, trudu radosnego i pośpiesznego, ożywionego przekonaniem, że będzie owocny. Zabrał tę pamięć i ten klimat za ocean, a na samym początku naszego spotkania skierował rozmowę na istotne rysy tej formacji intelektualnej, z której ojciec się wywodził, która była przedziwną mieszaniną romantyzmu z pozytywizmem i z gorącym patriotyzmem, a miała zasadnicze znaczenie dla całej jego kariery.
Stanisław Szymborski miał zdolności artystyczne i zainteresowania humanistyczne. Znakomicie rysował, co parę razy w życiu pozwoliło mu zarabiać na utrzymanie. Wybrał studia inżynierskie, ponieważ uważał, że inżynierów najbardziej potrzeba krajowi wstającemu z ponadstuletniej niewoli. Dziadek, wcześnie owdowiały, działacz Sodalicji Mariańskiej, widział syna w sutannie, co jednak pozostało domeną wyobrażeń.

Wnuk Krzysztof powiada stanowczo, że to atmosfera rodzącej się Polski, ów wszechobecny „zapach wolności” najsilniej ukształtował jego ojca. Wstąpił do harcerstwa i związał się ze specyficznym jego odłamem – żeglarskim. Słysząc o tym przypomniałam sobie wyraziście moje ulubione dziecinne lektury pełne entuzjazmu dla morza, do którego uzyskaliśmy dostęp, którego mieliśmy „wiernie strzec”, które miało pomóc Polsce (z pewnością mocarstwowej) wyjść w świat. Stanisław Szymborski, zafascynowany morzem od dziecka, zobaczył Bałtyk dopiero po maturze, pojechawszy specjalnie po to z Warszawy do Gdyni rowerem. Wcześniej, w 39. Drużynie Harcerskiej, na dziesięciolecie niepodległości druhowie sami zbudowali łodzie i pod kierunkiem Szymborskiego popłynęli Dunajem z Wiednia do Morza Czarnego. Finanse na wyprawę także sami zdobyli.

Spływy kajakowe stały się później na długo rodzinną tradycją – z całym biwakowym rytuałem, z „działalnością kulturalną”, tj. głośnymi lekturami (m.in. Pana Tadeusza) przy ognisku. Czytała matka.

Dom dziecinny Krzysztofa (los, raczej nieoczekiwanie, sprawił, że nad morzem) był „dosyć niezwykły” za sprawą obojga rodziców. Ojciec ożenił się raczej późno, mając sprecyzowane oczekiwania od przyszłej towarzyszki życia. Miała być właśnie towarzyszem – rozumiejącym i wiernym, niekoniecznie panną „z dobrego domu”. Spotkał taką osobę w czasie burzy na jeziorze, kiedy dzielnie dyrygowała męską załogą łodzi. Urodzona w robotniczej rodzinie poznańskiej rychło opuściła dom, by ukończyć kursy nauczycielskie Wolnej Wszechnicy w Warszawie. Udzielała się w harcerstwie, starszy syn Krzysztof podkreśla, że to z zastępu „Żab” wyszły pierwsze kobiety-kapitanowie żeglugi jachtowej, do których należała jego matka. Dodaje, że była to wielka osobowość, nie w pełni zrealizowana, gdyż ówczesny model rodziny wymagał, by kobieta zajmowała się domem i dziećmi. – Oboje rodzice byli bardzo ideowi i starali się nam przekazać wartości etyczne i patriotyczne, które najbardziej sami cenili. Zależało im, by obaj synowie rozwinęli posiadane zdolności i duchowe moce. Pokazywali im drogę do tego.

Z POLITECHNIKI NAD MORZE

Stanisław Szymborski rozpoczął studia w Politechnice Warszawskiej, ale nie zdołał ich kontynuować pracując na utrzymanie. Poszedł do wojska i po podchorążówce wrócił, ale do Lwowa, gdzie przez krótki czas mógł nieźle żyć za stypendium ufundowane przez zamożnego Litwina, który pragnął wspomóc chłopca będącego synem Litwina i warszawianki. Niebawem nadeszła wielka inflacja i znów musiał zarabiać rysując pocztówki, do czego, jak wiemy, miał talent. Zaczął również pisać przewodniki kajakowe – po Dniestrze, Prucie, Czeremoszu i, należący do klasyki w tej dziedzinie, przewodnik po Wiśle, ilustrowany rysunkami autora, który płynąc kajakiem robił szkice okolicy.

We Lwowie znalazł się w kręgu elity intelektualnej, wśród ludzi ożywionych wizjonerską troską o los Polski, romantyków z ducha i zarazem znakomitych praktyków na wielu polach działalności. Został asystentem Kazimierza Bartla, wybitnego matematyka, polityka, trzykrotnego premiera Rzeczypospolitej, który obdarzył go serdeczną przyjaźnią. W lipcu 1941 roku Niemcy wkroczywszy do Lwowa aresztowali Bartla i zamordowali, niedługo po kaźni profesorów, na Wzgórzach Wuleckich. Wdowa po uczonym działała w kontrwywiadzie AK i Stanisław Szymborski współpracował z nią zajmując się podrabianiem dokumentów, w czym bezcenne były jego zdolności rysunkowe.

Z najwcześniejszego dzieciństwa starszy syn zapamiętał dom na wsi pod Tarnowem, dokąd uciekła zagrożona wpadką rodzina. Później, odtwarzając powojenne losy zauważył, że ojciec zawsze był „człowiekiem czynu, nie tylko intelektualistą”, jakkolwiek najlepiej go znał w roli profesora oceanografii. Zanim jednak Stanisław Szymborski nim został, upłynęły lata „czynów inżynierskich”, koniecznych do powojennej odbudowy kraju i urządzania życia na ziemiach, które Polsce przypadły. Spotkawszy w rządzie lubelskim znajomych ze Lwowa pytał, gdzie i jak może najlepiej się przydać – wiedział, że do Lwowa powrotu nie będzie – po czym z Eugeniuszem Kwiatkowskim pojechał zagospodarowywać Gdańsk. Wtedy znów przejął go ten zapamiętany widok morza, ukazujący się pierwszy raz między Gdynią i Sopotem.

Krzysztof należy do pierwszych polskich osadników, których oczom pojawiło się miasto-widmo, zniszczone i puste. Kiedy o tym opowiadał, przypomniały się nam obojgu sceny z Hanemanna, książki Stefana Chwina o powojennych przeżyciach w Gdańsku, który opuszczali zrozpaczeni i zrezygnowani Niemcy, a zasiedlali, wygnani z daleka, zalęknieni i onieśmieleni Polacy. Ojciec wybrał dom w Sopocie, zdaniem dzieci jeden z najładniejszych w całym mieście. Po latach do drzwi zapukali ludzie mówiący po niemiecku, dawni mieszkańcy i zaczęła się przyjaźń Szymborskich z Fingerami. Będąc u nich w Stuttgarcie Krzysztof odnalazł szczegóły przypominające sopocki, jego, rodzinny dom.

Do roku 1949 Stanisław Szymborski nie był uczonym, lecz przede wszystkim „człowiekiem czynu”. Kierował m.in. odbudową molo w Sopocie i znów zajmował się harcerskim żeglarstwem, choć w nieco innej roli – pilota Chorągwi Gdańskiej. Kiedy „morze zamknięto na długo” został asystentem w politechnice i od razu zaczął tworzyć placówkę zajmującą się naukowym badaniem morza, a mieszczącą się najpierw w jednym pokoiku kawiarenki na molo i zatrudniającą płetwonurka oraz fotografa podwodnego. Starszy syn bywał angażowany do odczytywania pomiarów instrumentów, opisywania stanu nieba, zachmurzenia, wiatrów, opadów itp.

Później ojciec odszedł z politechniki do Akademii Nauk, żeby rozwijać początkującą wówczas oceanografię w stworzonym przez siebie instytucie. Interesowały go wszystkie jej aspekty: chemia, fizyka i biologia morza. Wielokrotnie reprezentował Polskę na kongresach, działał w międzynarodowych organizacjach naukowych. – Będąc humanistą i artystą, który został inżynierem, zajął się w końcu czystą nauką, a ta jest połączeniem dwóch sposobów widzenia świata. Dopowiedzmy, że połączeniem bardzo intelektualnie płodnym.

Wśród powojennych karier akademickich, zwłaszcza w uczelniach technicznych, niejedna zakorzeniona była w gospodarczej, przede wszystkim przemysłowej, praktyce. Na naszym ich widzeniu ciąży czasem nieufność pochodząca ze „skrócenia” perspektywy historycznej, co sprawia, że zapominamy, iż w pierwszych latach (do wspomnianego tu roku 1949) przemysł odbudowywali i budowali ludzie wychowani w Polsce międzywojennej, dobrze wykształceni, z praktyką zawodową w krajach zachodnich, obdarzeni na ogół wizjonerską wyobraźnią i zapałem do tworzenia wielu dziedzin od nowa. Sądzę, że właśnie takie połączenie „humanisty i inżyniera” miał na myśli Krzysztof Szymborski mówiąc o swoim ojcu, twórcy oceanografii w Polsce, choć niedokładnie tak to wyartykułował.

Przez cały czas naszej rozmowy chodziła mi po głowie myśl, a może raczej doznawałam wrażenia, że słyszę o czymś, o czym już słyszałam nieraz, nad czym wciąż bardzo się biedzimy, a co w tamtym, dorastającym między wojnami pokoleniu było zupełnie naturalne: poczucie, niekoniecznie werbalizowane, odpowiedzialności za tę umysłowo-duchową całość, która jest kulturą narodu, społeczeństwa, z którą się wszyscy, mniej lub bardziej świadomie, utożsamiamy. Próbujemy dzisiaj „humanizować” uczelnie techniczne, fabryki, różne domeny życia zbiorowego – ze średnimi rezultatami. Nie szukamy wszakże lub szukamy niezbyt gorliwie wzorów osobowych w tym względzie, a te zawsze oddziałują wychowawczo najskuteczniej. Mamy przecież takie postaci, jak Stanisław Szymborski, późny profesor, który tylu dokonał pożytecznych czynów i tyle zdążył osiągnąć w nauce.

DOSTAŁEM IMPULS

– Rodzice uczyli nas, że w życiu trzeba mieć ważny cel, że trzeba coś sensownego ze sobą zrobić. Pierwszy wyjazd za granicę zorganizowali Krzysztofowi rodzice. Poznał sporo świata, nauczył się języków – to był impuls, który, w połączeniu z mocno odczuwanym w domu szacunkiem do pracy akademickiej, spowodował wybór drogi. Osiągnięcie maksymalnych wyżyn intelektualnych było najwyższym ideałem, a towarzyszyło temu przekonanie o wysokich wymogach moralnych, jakim człowiek nauki musi sprostać. – I ojciec był dla mnie takim archetypicznym profesorem. Życie tak mu się ułożyło, że miał mniej znaczących rezultatów badawczych niż sukcesów organizacyjnych, dlatego, może trochę podświadomie, oczekiwał tych pierwszych od starszego syna. Dla syna zawsze kariera akademicka była jedynym możliwym wyborem, ale dziś nie jest pewien, czy poświęca nauce tyle czasu i energii, ile ucieszyłoby ojca. Na pewno kontynuuje zapoczątkowaną przezeń tradycję.

Zaczynał od nauk ścisłych (magisterium z fizyki w UW) i konsekwentnie „dryfował” w stronę humanistyki. Zaczął uprawiać dziennikarstwo naukowe, jak sam nazywa swoje pisanie, które wedle rodzimych miar (pisze w Ameryce, gdzie mieszka) jest czymś więcej niż żurnalistyką i czymś innym niż klasyczna popularyzacja. W środku kariery, jak mówi, Krzysztof Szymborski odważył się przenieść z Instytutu Fizyki PAN do Instytutu Historii Nauki PAN, by rychło się przekonać, że ta właśnie dziedzina bardziej mu odpowiada. Nadal interesuje go nauka, ale jeszcze bardziej ludzie, którzy ją uprawiają, a także to, jak „zwykli” ludzie przyswajają wyniki naukowe, jakie wartości humanistyczne w nich znajdują. Uważa się za kogoś podobnego do np. Richarda Dawkinsa, który, mając biologiczne wykształcenie i własne osiągnięcia badawcze w tej dziedzinie, jest profesorem „publicznego rozumienia nauki”, co mój rozmówca uważa za funkcję niebanalną i bardzo potrzebną. W istocie jest to rola „rozumnego pośrednika” pomiędzy uczonymi a społeczeństwem. Pytałam, ile trzeba „zrobić w nauce” samemu, żeby móc być kimś takim? I usłyszałam, że nie ma tu jednego modelu. Ludzie tacy, jak Dawkins, a jeszcze bardziej Stephen Hawking, autor Krótkiej historii czasu, piszą „doniesienia z pierwszej linii frontu” i porywają czytelników wagą swoich dokonań. ci nie potrzebują pośredników. Jest druga grupa, analogiczna do krytyków literackich, której przedstawiciele zabierają głos na temat problemów etycznych powstających w nauce, odpowiedzialności za konsekwencje badań itp. Publicyści zajmujący się nauką, zaznajomieni z podstawami metodologii naukowej, rygorami wypowiedzi i, naturalnie, najnowszymi kierunkami oraz rezultatami badań.

Prof. Szymborski junior uważa, że dobrze byłoby, gdyby mieli doktoraty i powiada, że w Stanach Zjednoczonych to się zdarza, a w ogóle wykształcił się tam już taki typ publicysty naukowego – ze sporą autonomią i z rosnącym autorytetem opartym na zaufaniu odbiorców do rzetelności owego pośrednictwa miedzy nimi, stojącymi przed drzwiami świątyni, a tymi, którzy wewnątrz odprawiają misteria.

Marzy mu się to, za czym także tęsknię, tj. dzielenie się ze społeczeństwem nie samymi tylko wynikami badań, ale tym, co dzieje się na kolejnych etapach dochodzenia do nich. Przedstawianie rzeczy jeszcze w nauce nie uzgodnionych, będących przedmiotem debaty, sporu. Jest to z pewnością najciekawsze i mimo istniejących pułapek pokazuje nieprzerwaną otwartość wiedzy, pozwala zrozumieć, jakie są kryteria ustalania prawdy czy dochodzenia do niej.

Podczas naszej rozmowy, także wtedy, gdy pytałam Krzysztofa o jego własne sprawy, obecna była osoba ojca, profesora Stanisława Szymborskiego, z całym jego romantyczno-pozytywistycznym bagażem duchowym, z owym zadanym synowi trudem służenia innym tak samo gorliwie, choć odmiennymi sposobami. Zastanawiałam się, nie znajdując pewnej odpowiedzi, czy upowszechnianie jest dzisiaj zadaniem z pierwszej linii. I skłaniam się na koniec ku odpowiedzi twierdzącej. Powinniśmy, uczeni i publicyści, kontynuować ten wątek dobrej i długiej w Polsce tradycji, którym jest oświecanie szerokich kręgów społeczeństwa. zwłaszcza teraz, kiedy wiele osiągnięć nauki budzi lęk, kiedy badanie świata przez uczonych wydaje się oddzielać od opisywania go przez artystów, a zarówno jedni jak drudzy przestają mówić zrozumiale dla ogółu. – Chciałbym o nauce móc pisać w dziale kulturalnym każdej gazety. Dzisiaj wydaje się to dużym wymaganiem.

Tekst powstał na podstawie audycji Rody uczone, nadanej w Programie BIS Polskiego Radia SA w styczniu 2001 r.

 

Komentarze