|
|
Z archiwum nieuczciwości naukowej(12)Marek Wroński Ciekawe historie o różnorodnych kantach naukowych, które można przeczytać w „Forum Akademickim”, toczą się z reguły „za górami, za morzami”. Myliłby się ktoś, myślący, że w Polsce takie sprawy się nie zdarzają. Pisałem o niektórych w poprzednim odcinku. Niestety, poradnik dla dziekanów i rektorów, jak postępować w takich wypadkach, jeszcze w kraju się nie ukazał. Spróbujmy zatem przedstawić główne zasady. Przed nierzetelnością trudno się jest zabezpieczyć i zdarzają się one nawet w elitarnych uczelniach. Plagiaty popełniają i dane fałszują lub fabrykują zarówno zdolni i inteligentni, jak przeciętni czy słabi pracownicy naukowi. W dodatku z różnych stopni drabiny akademickiej. Aktywnie śledząc od pięciu lat różnorodne polskie skandale naukowe z reguły odnotowuję, że większość uczelnianych organów jednoosobowych (dziekani i rektorzy) nie ma pełnej świadomości, co w takich wypadkach trzeba zrobić. W przypadku ujawnienia nierzetelności naukowej ustawa o szkołach wyższych nakłada na rektora uczelni obowiązek natychmiastowego podjęcia postępowania wyjaśniającego via rzecznik dyscyplinarny. Gdy zarzuty potwierdzają się, wniosek o ukaranie wpływa do komisji dyscyplinarnej. Rola rektora jest więc ściśle określona. Przepisy jednak nie zajmują się dziekanem i dlatego niniejszy felieton poświecono temu, co powinien zrobić rzetelny przewodniczący rady wydziału. BOMBA ZEGAROWAOtóż, najważniejszą rzeczą jest zrozumienie, że wykryty plagiat na wydziale jest „tykającą bombą zegarową”, która w porę nierozbrojona wybuchnie, niszcząc zarówno dotychczasową dobrą opinię plagiatora, jak i opinię dziekana. Najczęściej pierwsza informacja o podejrzeniu plagiatu wpływa do władz dziekańskich. Nie ma to znaczenia, czy ktoś poinformował o tym anonimowo, czy pod własnym nazwiskiem. Każdą informację dziekan ma obowiązek dokładnie sprawdzić, zapewniając informatorowi pełną dyskrecję. Jeśli po porównaniu wskazanej pracy ze źródłem widać jednoznacznie, że większość tekstu jest przejęta i artykuł to jawny plagiat, dziekan w ciągu najdalej kilku dni jest obowiązany podjąć konkretne kroki. Brak akcji i parotygodniowe zwlekanie z podjęciem oficjalnych decyzji w zasadzie dyskwalifikuje dziekana z pełnionej funkcji, niszcząc opinię o jego rzetelności i pokazując, że brak mu charakteru i niezłomności działania. Pierwszym krokiem jest powołanie komisji dziekańskiej, złożonej z kilku rzetelnych i dyskretnych profesorów, którzy w okresie 14 dni powinni złożyć protokół określający wielkość i procentową skalę zapożyczeń. Załącznikiem do protokołu są obie prace: plagiat i źródło. Ważne jest, aby teksty w przebadanych pracach były podkreślone w taki sposób, który nawet laikowi pozwoli się zorientować, co i skąd zostało przejęte. Mając formalny protokół, dziekan powiadamia na piśmie rektora uczelni, który od tej chwili odpowiedzialny jest za postępowanie dyscyplinarne. Nie zwalnia to wcale dziekana od kolejnych posunięć. Drugim krokiem dziekana jest powiadomienie rady wydziału o ustaleniach komisji dziekańskiej. Jest to wymóg bezwzględny, bowiem nierzetelny nauczyciel akademicki musi być poddany ostracyzmowi środowiska. Gdy dowody popełnienia nierzetelności naukowej są niepodważalne, to proces osądu środowiskowego biegnie niezależnie od postępowania dyscyplinarnego. ZAWIESZENIE I POWIADOMIENIENie powinno się zdarzyć tak, jak to było dwa lata temu na Wydziale Filozoficzno-Historycznym Uniwersytetu Łódzkiego, gdzie Rada Wydziału o pięciokrotnym plagiacie swojego profesora Macieja Potępy dowiedziała się dopiero po 7 miesiącach z „Gazety Wyborczej”. Zastępująca chorego dziekana pani prodziekan Barbara Tuchańska – w porozumieniu z ówczesnym rektorem UŁ, Stanisławem Liszewskim – postanowiła utajnić cały skandal. Jej zdaniem, kroki dyscyplinarne wobec profesorów są nieskuteczne i najlepiej jest, aby plagiator po cichu wyniósł się z uczelni. Nie powinno się zdarzyć tak, jak to było trzy lata temu w Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu, gdzie profesor uczelniany Aniela Puszko na dwa dni przed rozpoczęciem swojego procesu dyscyplinarnego wystąpiła w Uniwersytecie Opolskim jako promotor na obronie pracy doktorskiej. Nawiasem mówiąc, doktorantka również była współoskarżoną o plagiat w tym samym procesie. Stało się tak, bowiem prof. Teresa Znamierowska, ówczesny dziekan Wydziału Inżynieryjno-Ekonomicznego Przemysłu AE, zapomniała powiadomić dziekana Wydziału Matematyki, Fizyki i Chemii UO, gdzie odbywał się przewód doktorski, iż przeciwko obu paniom otwarto postępowanie dyscyplinarne, oskarżające promotorkę o popełnienie 9 plagiatów. DOBRE IMIĘ?Trzecim krokiem dziekana jest dopilnowanie, aby splagiatowana praca została retraktowana z piśmiennictwa naukowego. Jeśli plagiat wydrukowano w czasopiśmie naukowym, to dziekan jest zobowiązany do napisania listu do redakcji, dokładnie informującego o nierzetelności oraz o źródle zapożyczenia. Gdy plagiat ukazał się w monografii, to osobą zobowiązaną do powiadomienia bibliotek (w postaci specjalnej wklejki z komunikatem o plagiacie) jest redaktor naukowy oraz wydawnictwo, które wydało książkę. Dziekan musi jednak dopilnować, aby książkę wycofano z rozpowszechniania i zniszczono niesprzedane egzemplarze. Należy także podać komunikat do czasopisma naukowego z tej samej dziedziny wiedzy, informujący o plagiacie. Opisana powyżej „zasada trzech kroków” nie dotyczy spraw, gdzie wina jest trudna do udowodnienia i wymaga specjalistycznej wiedzy biegłych. W takich wypadkach sprawa musi trafić do rektora. Poradom dla Ich Magnificencji poświęcony będzie następny odcinek.
|
|
|