Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2003

Spis treści numeru 2/2003

Sobańscy
Poprzedni Następny

Rody uczone (72)

„Robić swoje” należy do końca, a zaczynać można nawet w późnym wieku 
– to dewiza życiowa niezmiernie potrzebna dzisiaj, kiedy przeżywamy 
trudności i rozterki transformacji ustrojowej.

Magdalena Bajer

Ród wywodzi się najdawniej z samego serca Mazowsza, między Wkrą i Wisłą

Pan Oskar Koszutski, historyk z wykształcenia, dyrektor Muzeum Marii i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku, przyniósł na spotkanie ze swoimi kuzynami i ze mną tom nowel Iwaszkiewicza i swoją rodzinną opowieść zaczął przeczytaniem urywka Dnia sierpniowego: Dzieciom w Tymoszówce dawano zbożową kawę z mlekiem. Dla dorosłych na ranne śniadanie była prawdziwa kawa ze śmietanką. Każdy miał swój garnuszek śmietanki ze specjalnie zapieczonym kożuszkiem. Tego dnia, kiedy wyjeżdżaliśmy o piątej rano z mamą i z Madzią, nie było czasu na gotowanie specjalnej kawy dla dzieci. Obdzielono więc nas jak dorosłych. Cały dom jeszcze spał, my tylko we troje zebraliśmy się w jadalni i stary Bazyli przyniósł trzy kubeczki kawy i trzy małe płaskie garnuszki z zapieczonym rudym kożuchem na każdym.

Wszyscy obecni na spotkaniu, a byli to, poza wymienionym Oskarem Koszutskim: jego imiennik Oskar Sobański, dziennikarz i krytyk filmowy, syn tegoż Michał, informatyk pracujący w firmie komputerowej oraz pani Róża z Sobańskich Wocialowa, architekt, katechetka w warszawskiej Szkole Przymierza Rodzin. Nikt z nich nie urodził się w okolicach Iwaszkiewiczowskiej Tymoszówki, gdzie było gniazdo rozgałęzionego później mocno rodu. Wszyscy wszakże przechowują ich pamięć i stamtąd wywodzą fundamenty swoich życiowych postaw.

CIĄGLE NA KRESACH

– W tradycji rodzinnej najcenniejsze są dwie rzeczy – mówi Oskar Koszutski – więź wzajemna i przekazywanie tamtej polskości kresowej, bardzo specyficznej, bardzo wysublimowanej przez wieki trwania w morzu ukraińskim. Obie przetrwały aż do dzisiejszego pokolenia Koszutskich, Sobańskich i Kieniewiczów. Bywają świadomie, starannie pielęgnowane i nadal sublimowane, jako trzon tożsamości – indywidualnej oraz grupy, która teraz jest inteligencją.

Ród wywodzi się najdawniej z Sobanic w Ziemi Wyszogrodzkiej – samym sercu Mazowsza, między Wkrą i Wisłą. Stamtąd jego członkowie udawali się w rozmaite, nieraz odległe strony. Bywali prawnikami, co wiadomo np. z dokumentów sądu litewskiego w Lublinie. Wzbogaciwszy się na procesach ruszali na wschód, gdzie bezkresne żyzne stepy czekały na gospodarzy. Droga do posiadania wielkich majątków ziemskich wiodła poprzez posadę rządcy albo przez dzierżawę, na czym można było oszczędzić, by z czasem zostać właścicielem. W tym momencie goście odsyłają do eposu Marii Dąbrowskiej, którego bohater taką właśnie drogę przebył, stając się, z pozbawionego wszystkiego powstańca 1863 roku, zamożnym ziemianinem.
Oskar Sobański pamięta opowiadania babki o rodzinnych włościach dziadka Teodora Oskara. Wspominając zaś ją samą, znów dostrzega literacką analogię – do portretów kresowych dziedziczek z książek Wańkowicza. „Stalową ręką”, skrzętnie i oszczędnie, rządziły rozległymi dobrami – mężowie często zajmowali się polityką – znosząc wszelakie represje rządu carskiego: konfiskaty, zajęcia, grzywny. Z pałacu dziadków wnuk warszawianin pamięta jeden przedmiot oglądany w dzieciństwie: poduszeczkę z wyhaftowanym, nieco tajemniczym, napisem: „gęsi, kaczy puch. Wedenówka 15”.

Rewolucja 1917 roku odebrała dziadkowi Sobańskiemu dwa piękne folwarki, liczące razem około trzech tysięcy hektarów, i bardzo dobrze prosperującą cukrownię w Sitkowcach.
Należąc do bogatszych polskich ziemian (choć majątki miał na terenie imperium), łożył wiele na dzieła służące podtrzymaniu polskości, jak ufundowanie kościoła polskiego w Kijowie, budowa tam polskiej szkoły, której współwłaścicielem była Macierz Szkolna niedawno powstała. W zarządzie Macierzy znalazła się jego żona.

Oskar Koszutski podkreśla społeczne zasługi tego i innych przodków, zwracając uwagę na cały ten dorobek kresowego ziemiaństwa, lekceważony, wręcz zaprzeczany w historiografii minionej epoki, a niemały. Mówi otwarcie: – To wielka satysfakcja móc wykazać pochodzenie własnej rodziny od dwudziestu trzech pokoleń ludzi zasłużonych Ojczyźnie. Najmłodszy, urodzony długo po wojnie (generacja lądowania na Księżycu) Michał Sobański tak charakteryzuje antenatów: – Ludzie skoligaceni z pierwszą ligą polskich rodów. Normalni zasobni ziemianie, wśród których bywali wielcy oryginałowie. Oni byli nie tylko ośrodkiem polskości, ale także później, w XVIII i XIX wieku, początkiem przemysłu, oświaty rolniczej, oświaty w ogóle. Kiedy przyszła katastrofa 1917 roku i trzeba było wrócić do Królestwa, do Warszawy, żeby zaczynać od początku, tak samo jak po Powstaniu Listopadowym, Styczniowym – oni znów zaczynali.
Pradziad pana Michała, straciwszy własną cukrownię, pracował w przemyśle cukrowniczym, wykorzystując zarówno wiedzę uzyskaną podczas studiów, jaki doświadczenie zebrane „na swoim” – bez goryczy, bez obezwładniającego żalu, z przeświadczeniem, że osobista niedola materialna nie jest klęską ostateczną, dopóki historia nie przekreśliła możliwości pracy dla społeczeństwa. Postawę taką dziedziczyli przedstawiciele polskich elit od czasu Powstania Styczniowego, po którego upadku, pośród przeszkód, zaczynało się formować społeczeństwo obywatelskie.

W WARSZAWIE I LONDYNIE

Teodor Sobański musiał ze swego kresowego majątku uciekać. Żona z dziećmi przyjechała do Warszawy pół roku później. Potomkowie zastanawiają się dzisiaj, czy odtąd należy o rodzinie mówić inteligencja pracująca, jak to nakazywały formularze w Polsce Ludowej? I protestują, jako że inteligencji niepracującej nigdy nie znali. Jednak wnuk Oskar Sobański przypomina, iż ten osobliwy termin stanowił furtkę, przez którą władze „przepuszczały” wybranych przez siebie potomków ziemiaństwa, szlachty, nawet arystokracji, do jako takiego życia w nowych warunkach.
Wszyscy moi rozmówcy dostali się na studia, pisząc w stosownej rubryce owo „int. prac.” i nie kłamiąc, bo ich rodzice „wiedzieli, co mówią i mówili, co wiedzą”, jak to czynią inteligenci, a pracowali ciężko.

Pierwsze pokolenie Sobańskich, Koszutskich, Kieniewiczów i innych jeszcze z nimi skoligaconych rodzin, przybyłe do Warszawy na początku XX wieku, żyło z resztek fortun inwestowanych w rodzący się przemysł i z pensji urzędniczych. Następne, dorosłe i wykształcone już w Polsce niepodległej, zaczynało tuż przed wojną znacząco wpływać na rozwój kraju, ofiarnie dlań pracując. Wedle starszeństwa: Michał Sobański, stryj mojego gościa Oskara, był postacią znaną w stolicy, jako że wydawał (będąc współwłaścicielem) „Kurier Warszawski”, pismo niezwykle wpływowe. Młodszy brat (ojciec Oskara) ukończył Wyższą Szkołę Handlową (podobnie najmłodszy syn dziadka z Wedenówki), pojechał do Gdyni na początku lat 30. i pracował tam, stając się znaczącą postacią w środowisku młodej inteligencji przybyłej nad polskie morze z różnych miejsc kraju, z różnym bagażem rodzinnych tradycji, a z tym samym entuzjazmem do pionierskiego dzieła, jakim była najpierw budowa nowoczesnego portu, potem, a właściwie równocześnie, miasta w jego zapleczu, podwalin przemysłu okrętowego i morskiego handlu.

– Gdyby wojna nie przerwała działalności tego pokolenia, bylibyśmy wśród najwyżej rozwiniętych gospodarczo krajów Europy. Można w tych słowach dzisiejszego krytyka filmowego usłyszeć nutkę nostalgicznego idealizowania ojcowskiej młodości, pełnej zapału i nadziei, ale trzeba, myślę, posłuchać zawartego w nich wskazania dla nas, czy raczej dla tego pokolenia wnuków, które ponad całym złem półwiecza dzisiaj znów ma nadzieję i szansę, a zapał musi wykrzesać.

Wojna okaleczyła rodzinę. Michał, redaktor-publicysta, zmarł w obozie na Majdanku – dokładnej daty nikt nie zna, a grobu nie ma. Nie ma go też jedna z jego sióstr Teresa, która zginęła w Powstaniu Warszawskim. Z tych wszystkich Sobańskich, Koszutskich, ich ciotek, wujów, kuzynów, którzy walczyli z okupantem, złożyłby się „niezły pluton AK”. Większość poszła do niewoli i doczekała wyzwolenia przez armię brytyjską oraz wchodzącą w jej skład Pierwszą Dywizję Pancerną generała Maczka.

Dwie najmłodsze siostry, ciotki moich rozmówców, znalazły się w Anglii, tam ukończyły studia i nadal były obecne w ojczystej historii. Krystyna wyszła za Ryszarda Zakrzewskiego, postać ogromnie zasłużoną w dziejach polskiego socjalizmu. Przez czterdzieści lat życia w Londynie wydawał „Robotnika”, w dużej części za własne pieniądze. Wśród Polonii był niekwestionowanym autorytetem, a w ostatnim rządzie emigracyjnym pełnił funkcję ministra do spraw kraju i wykonał zadanie, wymagające wielkich talentów dyplomatycznych oraz niemałej cierpliwości, jakim było przygotowanie aktu przekazania przez prezydenta Kaczorowskiego insygniów władzy Lechowi Wałęsie.

Mąż drugiej ciotki Elżbiety (jedyna żyjąca z pokolenia rodziców), Szymon Zaremba, przed wojną ziemianin, objawił na emigracji niespotykane zdolności organizacyjne, a także upór, samozaparcie i umiejętność zdobywania pieniędzy tam, gdzie zdawało się nie ma ani grosza, których to atrybutów potrzeba było do wybudowania w Londynie POSKU. Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny, znany każdemu przybyszowi i miejscowym jako „kotwica polskości”, miejsce, gdzie można było się dowiedzieć, co w kraju, w czasach, gdy był oddzielony „żelazną kurtyną”, przeczytać polską gazetę, zobaczyć polski teatr, zjeść polskie potrawy. Przy czym, co podkreślają zgodnie bywalcy, POSK jest oazą, gdzie najwięksi wrogowie siadają do jednej szachownicy albo do brydża, albo razem oglądają dostępne tam programy polskiej telewizji. Kiedy rozmawialiśmy, pan Szymon Zaremba liczył ponad osiemdziesiąt lat, ale w domu można go było zastać tylko bardzo późnym wieczorem, przez cały dzień był w Ośrodku. – Dziesięciu ludzi można by obdzielić jego zasługami.

ROBIĆ SWOJE

Mówią o sobie „trzecie pokolenie w XX wieku”. Im także, jak rodzicom, okoliczności historyczne zabrały niejedną z życiowych możliwości, udaremniły niejedno pragnienie. Trzeba było pamiętać i powtarzać uparcie to najważniejsze, co u rodziców widzieli, że potrafili nie tylko przeżyć, ale przenieść główne wartości i mimo rzeczywistości, z którą się generalnie nie zgadzali, nie załamali rąk, nie powiedzieli: idziemy w wewnętrzną emigrację. Powiedzieli: będziemy dalej działać dla tego zniewolonego, ale przecież naszego kraju. I działali.

Ojciec Oskara Sobańskiego był w polskim wojsku oficerem łącznikowym. Dość późno wrócił po wojnie z zagranicy, co nie mogło się podobać nowym władzom. Zweryfikowano go jednak pozytywnie i skierowano do Szczecina, gdzie pracował przy obsłudze portu. W 1950 roku, kiedy aresztowano większość przedwojennych oficerów, trafił do więzienia – bez sprawy. Nie miał wtedy pięćdziesięciu lat. – To, co zrobiło z nim więzienie, było dla mnie bardzo gorzką lekcją życiową – mówi syn. Po tych przejściach i po ciężkim wypadku, który ostatecznie uniemożliwił mu dalszą pracę zawodową, związał się z Polskim Towarzystwem Szopenowskim i działał, bardzo aktywnie, przy organizacji konkursów szopenowskich.

Ojciec pani Róży zaniedbywał dom w Lesznie, gdzie była Mekka rodziny zbierającej się z wojennego rozproszenia, i razem ze swoimi szwagrami zaczął organizować zbieranie – po całej Polsce – wraków samolotów, czołgów, pociągów, szczątków wykolejonych szyn i zerwanych mostów, żeby huty mogły to wszystko przetwarzać na potrzebną w odbudowie kraju stal. Powstało przedsiębiorstwo z paroma filiami, z wielkimi halami na różne rodzaje odpadków, z własnym transportem. Przy tym wszystkim młodzi właściciele uzupełniali studia. Skończyło się upaństwowieniem i aresztowaniem pod absurdalnymi zarzutami, a tata, po wyjściu z więzienia, poszedł do pracy jako główny księgowy. Róża Sobańska-Wocialowa widzi w tym kontynuację trwałego rysu rodzinnej tradycji, jakim jest ów prosty, a fundamentalny nakaz: „robić swoje”. Pamięta, że zawsze docierał do niej wyrazisty sygnał, by w każdej sytuacji szukać sensownego zajęcia, które służy ludziom. Dziadek ze strony matki został na Litwie, gdy nadchodził front, bo uważał, że musi siać i zbierać plony, jak to od wieków robili przodkowie. Kiedy kilka lat temu oprowadzano ją po dawnym rodzinnym majątku, usłyszała opowieść o śmierci dziadka, któremu sowieccy żołnierze pozwolili zjeść ostatni obiad w pałacu, prawdopodobnie dlatego, żeby zobaczyć, co i jak jadają dziedzice.

„Robić swoje” należy do końca, a zaczynać można nawet w późnym wieku – to uważają potomkowie Sobańskich i Koszutskich za dewizę życiową niezmiernie potrzebną dzisiaj, kiedy przeżywamy trudności i rozterki transformacji ustrojowej, kiedy patrzymy wstecz, gloryfikując przeszłość bez wyboru lub odcinamy się od niej zwracając oczy ku przyszłości, z nadzieją, że sam bieg czasu i automatyczny postęp cywilizacji uwolnią nas od niejednego obowiązku. Starają się być jej wierni.

Oskar Sobański studiował polonistykę, wiedząc zawsze, że będę dziennikarzem i tylko dziennikarzem. Po wielu miesiącach starań, nieraz upokarzających, dostał się do redakcji „Po prostu”, pisma które przygotowało Październik. A było to właśnie w owym pamiętnym roku 1956. Dwanaście miesięcy później, kiedy władze „Po prostu” zamknęły, bezpartyjny, znalazł się na czarnej liście i przez dziesięć następnych lat pisał pod pseudonimami, nie mając stałej pracy. – Ustałem na nogach – mówi krótko. Został znanym krytykiem filmowym.

Róża dorastała w „KIK-owskiej aurze”, gdyż jej rodzice, razem z wieloma dawnymi kolegami z akademickiej organizacji katolickiej Odrodzenie, w okresie Październikowym współtworzyli Klub Inteligencji Katolickiej. Z dwudziestu kilku przedstawicieli jej pokolenia, bliższych i dalszych krewnych, wszyscy mają wyższe wykształcenie. Zdobywanie go, mimo przeszkód, było także „robieniem swego”.

Oskar Koszutski zaczynał świadome życie w szeregach odradzającego się po 1956 roku harcerstwa. Studia kończył w przełomowym roku 1968. Dobrze uzbrojony duchowo, nigdy nie dał się uwieść hasłom propagandy PRL, mimo pracy w Instytucie Nauk Politycznych i na uniwersyteckim Wydziale Dziennikarstwa, gdzie był jedynym bezpartyjnym. – To było tak oczywiste, że o tym się nie mówiło.

Najmłodszy z moich gości Michał Sobański uważa pojęcie „oczywiste” za łączące go z całym ciągiem pokoleń przodków. Oczywiste było walczyć w powstaniach, budować Polskę niepodległą, odbudowywać po wojnie, robić swoje opierając się zniewoleniu. Dla niego było oczywiste, że skończy studia, że „pewne rzeczy się wie”, że ma zobowiązania wobec innych, wobec swojego miasta, że powinien myśleć o tym, co po nim zostanie.

Matka Róży, żegnając się z córką przed śmiercią, powiedziała jej: – Bądź wierna (jeszcze jedno odniesienie do literatury). Najpierw Róża słyszała w tym tylko przypomnienie obowiązku zachowania wiary. Teraz wie, że był to także nakaz wierności całemu dziedzictwu rodziny, tej która, trwając przy podstawowych zasadach, zawsze przyjmowała, choćby z oporami, każdą inność, bogacąc się tym.

Tekst powstał na podstawie audycji Rody uczone, nadanej w Programie BIS Polskiego Radia SA w marcu 2001 r.

 

Komentarze