|
|
AgoraPsuć naukę można na różne sposoby. Najskuteczniej mogą to wszelako uczynić Leszek Malicki „Widmo krąży po”... Internecie. Widmo w postaci projektu ustawy o stopniach naukowych i tytule naukowym oraz o stopniach i tytule w zakresie sztuki, jaką pan premier złożył był w październiku 2002 r. „do laski marszałkowskiej”. Widmo, i to groźne, bo – wbrew logice – stawiające w pewnych kwestiach znak równości pomiędzy nauką i sztuką, a na domiar złego nadmiernie ułatwiające formalny awans ludziom nie zawsze zasługującym na to pod względem dorobku naukowego bądź artystycznego. Wydaje się, że dokument ten sporządził ktoś, kto problemy i tradycje nauki zna niezbyt dokładnie albo uległ wpływom przepotężnego lobby. Niewątpliwie – jak o tym czytamy w uzasadnieniu projektu – został on skonsultowany z szeregiem poważnych instytucji i ciał naukowych. Wysoce problematyczna wydaje się natomiast prawdziwość twierdzenia, że większość zgłoszonych uwag została uwzględniona w projekcie, w każdym razie uwag dotyczących spraw zasadniczych. Nauka i sztuka, to sfery zupełnie do siebie nieprzystające. Pierwsza, wg Słownika języka polskiego, stanowi ogół wiedzy ludzkiej ułożonej w system zagadnień, wyrażonej w sądach prawdziwych i hipotezach, zdolnej do badania określonych dziedzin rzeczywistości. Druga jest sferą ludzkiej działalności artystycznej, wyróżnianą ze względu na wartości estetyczne (zwłaszcza piękno), której wytwory stanowią trwały dorobek kultury. Czyż tedy uprawnione jest nagradzanie osiągnięć w tak odmiennych sferach tymi samymi stopniami doktora i doktora habilitowanego? Doktorat „od zawsze” wiązał się z uprawianiem nauki. Później doszła doń habilitacja, związana z venia legendi i docenturą, następnie zaś ze stopniem naukowym doktora habilitowanego danej dziedziny nauki. Sztuka, w tym abstrakcyjna, a więc całkowicie oderwana od rzeczywistości, wchodzi w ścisłą więź z nauką tylko wówczas, gdy jest przedmiotem zainteresowania badawczego tej ostatniej. Exemplum: historia sztuki, muzykologia itp. Tutaj wszelako od dawna funkcjonuje tradycyjny system awansu akademickiego. Zupełnie niezrozumiała staje się natomiast próba podciągnięcia pod ten „strychulec” artystów parających się sztuką w ścisłym tego słowa znaczeniu. Bezwzględnie trzeba ich doceniać i hołubić wszelkimi dostępnymi sposobami, gdyż to właśnie oni odegrają główną rolę w zachowaniu naszej tożsamości narodowej w zjednoczonej Europie. Nie w ten wszelako sposób. Jeśli nie satysfakcjonują ich przewody kwalifikacyjne I i II stopnia oraz tytuł profesora odpowiednich sztuk, uzyskane na podstawie dotychczasowych przepisów, należy wprowadzić inne odpowiedniki stopni i tytułu naukowego, ale bardziej adekwatne do rzeczywistego stanu rzeczy niż proponuje to projekt ustawy. Wydaje się wszelako, iż obecny system zdał egzamin. Po co tedy przy nim majsterkować? Oczywiście, stopnie i tytuły, to jedna strona zagadnienia, a stanowiska w akademiach artystycznych – druga. Tutaj powinny być one identyczne, jak w uczelniach pozostałych typów. RÓWNOŚĆ WOBEC PRAWAProjekt ustawy jest niekonsekwentny ustalając, że przed nadaniem uprawnień jednostkom szkół wyższych do doktoryzowania się i habilitowania, Centralna Komisja do spraw Tytułu i Stopni Naukowych (do tej nazwy jeszcze wrócimy) zasięga opinii Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego. Milczy natomiast w tym przedmiocie o innych jednostkach. Tymczasem, chyba nie wystarczy policzyć zatrudnionych w nich profesorów i doktorów habilitowanych, przydałaby się głębsza wiedza o ich poziomie. O resortowych jednostkach badawczo-rozwojowych mógłby wiele powiedzieć Komitet Badań Naukowych, na podstawie oceny składanych wniosków o finansowanie projektów badawczych oraz przyznanych grantów. Tak samo opiniowaniu przez właściwe wydziały Polskiej Akademii Nauk powinny podlegać instytuty Akademii. I obecna, i nowa ustawa pozwalają Centralnej Komisji zwolnić rady szczególnie wysoko ocenionych jednostek od zatwierdzenia uchwał o nadaniu stopnia doktora habilitowanego. Jest to chyba niezgodne z konstytucyjną zasadą równości wobec prawa, a przy tym, przynajmniej z trzech powodów, nieuzasadnione. Po pierwsze, Komisja nie jest w stanie prowadzić systematycznej, dogłębnej oceny poziomu działalności poszczególnych jednostek. Po wtóre, każda ocena dokonywana przez ludzi, nawet najlepszej woli, jest obarczona subiektywizmem, zwłaszcza gdy oceniany „staje na głowie”, aby ukazać się w jak najkorzystniejszym świetle. Po trzecie wreszcie, Centralna Komisja była, i bez wątpienia nadal będzie, nie tyle „sitem”, co „mieczem Damoklesa”, powstrzymującym rady wydziałów i rady naukowe instytutów przed woluntaryzmem i zbyt daleko posuniętą pobłażliwością, a recenzentów przed nadmierną uległością i powierzchownością ocen. BOCZNYMI DRZWIAMIO ile wymogi stawiane naukowej pracy doktorskiej przez projekt ustawy są jasne i zrozumiałe, o tyle trudno pojąć, co ma oznaczać oryginalne rozwiązanie przez autora zagadnienia (...) artystycznego oraz wykazać jego ogólną wiedzę teoretyczną w danej dyscyplinie (...) artystycznej. Ciekawe, jakie oryginalne rozwiązanie może zaprezentować np. pianista, specjalizujący się w wykonywaniu i nauczaniu interpretacji utworów Chopina? Czy byłoby nim chociażby nieuwzględnianie krzyżyków i bemoli w nutach tego kompozytora? Wiedzę ogólną powinny sprawdzać egzaminy, a nie artystyczny odpowiednik rozprawy doktorskiej. Równie nieprecyzyjne jest określenie „znaczny dorobek artystyczny”, stanowiący – obok doktoratu – podstawowy warunek dopuszczenia kandydata do przewodu habilitacyjnego określonej dziedziny sztuki. Czy np. można zań uznać wieloletnie występy śpiewaka w Operetce Lubelskiej, czy też dopiero na deskach Teatru Wielkiego w Warszawie, a może wręcz w mediolańskiej La Scali? Tak samo można ocenić passus: Rozprawa habilitacyjna powinna stanowić znaczny wkład autora w rozwój określonej dyscypliny naukowej lub artystycznej. Sprawa jest oczywista jeśli idzie o naukę, ale co z habilitacją artystów? Czy np. za znaczny wkład w rozwój malarstwa da się uznać nowatorstwo abstrakcjonisty, który, zamiast obrazu jednolicie czarnego (co notabene już miało miejsce), zaprezentuje dzieło jednolicie białe czy różowe? Prawdziwe kuriozum projektu, przynajmniej w odniesieniu do sfery nauki, to umożliwienie wyrażania zgody przez Centralną Komisję na wszczęcie przewodu habilitacyjnego wyłącznie na podstawie wybitnych osiągnięć naukowych lub artystycznych bez spełnienia obowiązku przedstawienia rozprawy habilitacyjnej. Toż to „wypisz wymaluj” docentura „marcowa”, pomnażająca – ze względów stricte politycznych – szeregi tzw. samodzielnych pracowników nauki, określanych popularnie mianem „docentów z ustępu” (w domyśle: ustawy). Ustawa z 1968 r. miała jednak pod tym względem tę wyższość nad obecnie proponowaną, iż z doktora czyniła docenta w konkretnej jednostce naukowej, co nie pociągało za sobą automatycznego uzyskiwania stopnia dr. hab. i nie otwierało tym samym drogi do profesury. Można się obawiać, że przepis ten wymogła grupa osób czujących się niedowartościowanymi lub obawiająca się powrotu z decydenckich foteli do szarej pracy w uczelniach i w ten sposób szykujących sobie „boczne drzwi” do awansu akademickiego. Niewykluczone wszakże, iż chodzi tu o swoiste dyscypliny artystyczne, w których rozprawy habilitacyjnej spłodzić po prostu nie sposób. W takim przypadku należało zwyczajnie rzecz nazwać po imieniu. W tym miejscu należy się zastrzec, że habilitacja „na podstawie wybitnych osiągnięć naukowych”, stanowiących kryterium enigmatyczne, zasadniczo różni się od habilitacji opartej na cyklu monotematycznych prac (co nawiasem mówiąc dopuszcza ustawa z 1990 r.). Tę ostatnią trzeba uznać wręcz za wzorcową, gdyż formalny awans akademicki powinien być efektem rozwoju naukowego – następować przy okazji prowadzenia pracy naukowo-badawczej, nie zaś stanowić jej cel, tzn. „robienia pracy na stopień”. GALIMATIASAnalogiczny zarzut można postawić zapisowi pozwalającemu Centralnej Komisji dopuścić do wszczęcia postępowania o nadanie tytułu profesora osobie bez habilitacji (a pewnie i bez doktoratu, gdyż niejednoznaczność zapisu dopuszcza taką jego interpretację), która ma osiągnięcia naukowe lub artystyczne znacznie przekraczające wymagania stawiane w przewodzie habilitacyjnym. W istocie rzeczy jest powtórzeniem koncepcji docenta „marcowego”. Jeśli projekt ustawy przybierze realny kształt, spotęguje to chaos. Już dziś polscy naukowcy, o zagranicznych nie wspominając, nie zawsze do końca wiedzą, kto jest kim. Mamy bowiem 16 kategorii pracowników nauki tytułowanych profesorami. Są to: 1 i 2 – doktorzy, tytularni profesorowie nadzwyczajni i zwyczajni z czasów powojennych, gdy habilitacji nie było; 3 i 4 – tytularni profesorowie nadzwyczajni i zwyczajni, doktorzy habilitowani; 5 i 6 – profesorowie z jednym tytułem, uzyskanym w myśl ustawy z 1990 r., doktorzy habilitowani, zajmujący stanowisko prof. nadzw. i zw.; 7, 8, 9, 10, 11, 12, 13 i 14 – profesorowie sztuk muzycznych, plastycznych, teatralnych i filmowych, bez stopnia naukowego, mający stanowiska prof. nadzw. i zw.; 15 – doktorzy habilitowani awansowani na stanowisko prof. nadzw. danej uczelni; 16 – profesorowie kontraktowi. Jeśli projekt ustawy stanie się obowiązujący, galimatias ten ulegnie nasileniu. Dojdą bowiem tytularni profesorowie określonej dziedziny nauki ze stopniem doktora (lub nawet bez stopnia naukowego), pracujący jako prof. nadzw. i zw., oraz tacy profesorowie doktorzy habilitowani. Istna paranoja! Z poważnymi zastrzeżeniami można by się ostatecznie zgodzić na proponowany tryb nadawania tytułu naukowego profesora, gdyż dorobek naukowy ma w dużym stopniu charakter wymierny, możliwy do obiektywnej oceny. Wszak światowej sławy matematyk Stefan Banach nie ukończył w ogóle studiów, a był par excellence profesorem uniwersyteckim. Ale geniusze „nie rodzą się na kamieniu”! Pozbawiony racjonalnych podstaw jest natomiast pomysł uznania wybitnego dzieła artystycznego za substytut habilitacji. Poziomu tworu artysty nie da się przecież obiektywnie wymierzyć i ocenić. Zdarza się wszak, że np. obraz jedni profesjonalni krytycy uznają za arcydzieło, inni za przeciętny, a jeszcze inni za bohomaz. Zamiast tego o wiele pożyteczniejsze byłoby przywrócenie uczelniom stanowiska docenta. Jak na ironię – bo docent znaczy uczący, nauczający – pozostawiono je w instytutach naukowych, które z dydaktyką nie mają na ogół nic wspólnego. Zastąpienie docentury profesurą uczelnianą – podobnie jak docentura „marcowa” – uczyniło wiele złego, skłaniając mniej ambitnych naukowców do „spoczęcia na laurach”, zaniechania bądź zminimalizowania prac badawczych, rezygnacji z ubiegania się o granty, niepodejmowania trudu rozwoju kadry naukowej etc. Nie przeszkadza im nawet to, że poza oczami nazywani są „profesorami od tyłu”, z racji pisania prof. po nazwisku. SZEREG NIEPOROZUMIEŃProjekt powtarza anachroniczny zapis ustawy z 1990 r., że w postępowaniu o tytuł naukowy recenzentem może być osoba posiadająca tytuł profesora w zakresie danej lub pokrewnej dziedziny nauki. Jak (widać nie wszystkim) wiadomo, dorobek naukowy współczesnych naukowców ma najczęściej charakter interdyscyplinarny lub przynajmniej zawiera elementy dziedzin odległych od ich głównego kierunku specjalizacji. Do wszechstronnej oceny kandydata do profesury niezbędni są więc bardzo często przedstawiciele różnych, niekoniecznie tych samych albo pokrewnych dziedzin nauki. Np. prace adeptów nauk utylitarnych (technicznych, rolniczych itp.) przeważnie zawierają dziś – zgodnie z regułami wolnego rynku – ocenę opłacalności bądź nieopłacalności proponowanych rozwiązań, przeprowadzaną niekiedy wyrafinowanymi metodami ekonomicznymi. Czyż tedy sami tylko specjaliści w zakresie nauk stosowanych będą w stanie ocenić dorobek kandydata także od tej strony? Nikt się chyba nie zastanowił głębiej nad nazwą organu czuwającego nad przebiegiem nadawania stopni oraz tytułów naukowych i sztuki. Ma on nosić miano Centralnej Komisji do spraw Stopni i Tytułów (w innym miejscu projektu: Tytułu). Zarówno „stopień”, jak i „tytuł”, mają w polszczyźnie wiele znaczeń, zależnych od kontekstu. Nie wchodząc w szczegóły trzeba zauważyć, iż grozi to szeregiem nieporozumień. Np. (przedstawiając rzecz w „krzywym zwierciadle”) monarchiści mogą mniemać, iż ta instytucja zajmuje się m.in. rozpatrywaniem i uprawomocnianiem nadawanych przez ich organizację tytułów arystokratycznych. Dopuszczenie przez projekt ustawy prowadzenia zaocznych studiów doktoranckich, to albo pomyłka, albo grube nieporozumienie. Ten sposób zdobywania doktoratu, to coś znacznie więcej niż „droga na skróty”. Doktorant spędzałby bardzo mało czasu w jednostce naukowej, miał okrojone do minimum wykłady i seminaria, i nie wiadomo kiedy sam prowadził zajęcia dydaktyczne. W tych warunkach tylko nieliczni i szczególnie utalentowani byliby w stanie gromadzić odpowiednie quantum znajomości warsztatu badawczego oraz dydaktyczno-wychowawczego. I to pod warunkiem nietrafienia „pod skrzydła” promotora, co parkinsonowski szczebel niekompetencji osiągnął już na etapie własnej habilitacji. Dalsze pomysły typu „szybko, łatwo i przyjemnie” doprowadzą rychło do tego, że będziemy mieli np. zaoczne studia medyczne. Tylko czy zechcemy się leczyć u ich absolwentów? PRAWA NABYTEAby optymistycznym akcentem zakończyć tę – z pewnością niepełną – litanię krytycznych uwag na temat projektu ustawy mającej regulować wiele problemów istotnych dla ludzi nauki i sztuki, trzeba podkreślić, iż zawiera on również zapis pozytywny, mówiący, że do liczby profesorów i doktorów habilitowanych, niezbędnych, aby radzie wydziału bądź radzie naukowej nadać prawo doktoryzowania albo habilitowania, można wliczyć daną osobę tylko w jednej jednostce i to pod warunkiem zatrudnienia w niej nie krócej niż przez rok. Obecnie bowiem wieloetatowcy sprawiają, iż szereg jednostek ma „naciągane” uprawnienia, co – rzecz oczywista – nie wpływa dodatnio na poziom doktoratów i habilitacji. Niestety, jak fama głosi, przepisowi temu grozi usunięcie podczas prac nad ustawą. Ponoć walczy o to, niczym o niepodległość, lobby niepaństwowych uczelni wyższych, zainteresowanych, aby per fas et nefas „dorobić się” własnej kadry, zapewniającej pełnię praw akademickich, a następnie nieskrępowane kreowanie doktorów, doktorów habilitowanych i profesorów. Na koniec godzi się chyba przypomnieć naszym prawodawcom, że niebawem wejdziemy do Unii Europejskiej, co pociągnie za sobą konieczność ściślejszego niż dotąd zsynchronizowania polskiego prawa i przepisów z unijnymi. Przyjdzie tedy przygotować nową ustawę dotyczącą nauki. W tzw. międzyczasie spora grupa zainteresowanych zdąży jednak boczną drogą dojść do doktoratów, habilitacji i profesur. Praw zaś nabytych trudno kogokolwiek pozbawiać. I o to chyba w tym wszystkim chodzi! Psuć naukę można na różne sposoby. Najskuteczniej mogą to wszelako uczynić regulacje prawne nieprzemyślane bądź mające na uwadze interesy określonych grup, nie zaś dobro sprawy. Jeśli autorom omawianego projektu ustawy przyświecała chęć „ostatecznego dołożenia” nauce polskiej – będącej i tak w opłakanej kondycji – to bez wątpienia po wejściu jej w życie cel ten osiągną! Prof. dr hab. Leszek Malicki, agrotechnik, członek korespondent PAN, jest wiceprezesem lubelskiego Oddziału Polskiej Akademii Nauk.
|
|
|