Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2003

Spis treści numeru 3/2003

Nauka w Polsce
Poprzedni Następny

Życie akademickie

Proces marginalizacji nauki, który nasilił się w latach III Rzeczypospolitej, 
polega na izolacji jej potrzeb, możliwości, funkcji w stosunku do życia publicznego, 
gospodarki i świadomości społecznej.

Cz. I: Marginalizacja

Andrzej Wyczański

Fot. Stefan Ciechan

W dobie, gdy świat stawia na naukę, państwa cywilizowane dążą do inwestowania w badania naukowe jako najpewniejszą drogę rozwoju społecznego, gospodarczego, kulturalnego. Nie ma dziedziny we współczesnym świecie, gdzie nie następują zmiany wywołane przez badania naukowe oraz ich skutki, gdzie nie liczy się na dalsze perspektywy, które przyniesie rozwój nauki. W tej sytuacji brak świadomości, co dały nam już, co dają i co dadzą w przyszłości badania naukowe, staje się błędem nie do zaakceptowania w cywilizowanym świecie. Marginalizacja nauki – przypadek polski – to zahamowanie postępu cywilizacyjnego, to cofanie się, gdy inni idą dalej.

Proces marginalizacji nauki, który nasilił się w latach III Rzeczypospolitej, polega na izolacji jej problemów – potrzeb, możliwości, funkcji – w stosunku do życia publicznego, gospodarki i świadomości społecznej. W życiu publicznym, uosabianym w rządzie i parlamencie, sprawy nauki rzadko się pojawiają i nie wzbudzają zainteresowania ani w sensie pozytywnym, tj. pożytków, jakie daje nauka, ani w negatywnym, tj. kłopotów i trudności istniejących w tej dziedzinie. Podobnie dzieje się w gospodarce, gdzie wielkie koncerny mają swoje laboratoria za granicą, a krajowe przedsiębiorstwa nie chcą lub nie mogą nauką się interesować. Wreszcie społeczeństwo, kształtowane w swych poglądach przez media, otrzymuje migawki z dziedziny nauki, zwykle zagranicznej, jako ciekawostki, bez rzetelnej informacji o stanie nauki, jej osiągnięciach i kłopotach. Związków pomiędzy życiem publicznym, gospodarką i społeczeństwem a nauką brak.

Podstawową przyczyną tej marginalizacji była reforma organizacji i finansowania nauki, jaka miała miejsce w 1991 roku, w postaci powołania do życia Komitetu Badań Naukowych. Miał on łączyć w sobie kompetencje resortu nauki (ministra i urzędu) i samorządu nauki. Część bowiem jego członków, podobnie jak składy zespołów, pochodziło z wyborów przeprowadzanych w środowisku naukowym. Ten zachęcający kształt KBN, utożsamiany z tworzeniem nowych struktur III Rzeczypospolitej, miał podstawową wadę, a mianowicie posiadał monopol na oficjalne zajmowanie się sprawami nauki, a przede wszystkim na dysponowanie pieniędzmi budżetowymi na naukę. Ta wyłączność została pogłębiona w latach 1996-97, gdy Polska Akademia Nauk utraciła swego przedstawiciela w Radzie Ministrów i szereg kompetencji urzędu centralnego. Najdotkliwiej jednak zaciążyło na sytuacji nauki zmonopolizowanie przez KBN funduszy budżetowych na naukę i to w sensie dosłownym. Żaden resort, w tym i PAN, nie mógł posiadać w swoim budżecie funduszy na badania naukowe, nawet prowadzone przez własne ośrodki. Pieniądze na nie miały tylko KBN. Było to rozwiązanie nie spotykane na świecie, gdzie wszystkie resorty, w mniej lub bardziej szczodry sposób, łożą na badania naukowe. A szczególnie na te najbardziej je interesujące.

SKUTKI CENTRALIZACJI

Centralizacja spraw nauki, a przede wszystkim funduszy na badania, miała podwójny skutek. Przede wszystkim pozostałe resorty, które posiadały własne placówki badawcze czy uczelnie i były za nie odpowiedzialne, nie mogąc wpływać na sytuację swoich ośrodków naukowych i ich finansowanie, przyjmowały różne postawy. Z jednej strony, bezsilność mogła prowadzić do rezygnacji z zainteresowania owymi placówkami, skoro ich los zależał jedynie od KBN. Prowadziło to w konsekwencji do obojętności decydentów politycznych wobec nauki, jej rozwoju i użyteczności, jak też kłopotów i destrukcji. Niektóre resorty natomiast próbowały, poprzez programy naukowe, projekty i podobne zabiegi, uzyskiwać dodatkowe fundusze z KBN nie zawsze dla swoich ośrodków, a często do celów z nauką mających niewiele wspólnego. Klasycznym przykładem jest tu Ministerstwo Obrony Narodowej, które wyciągnęło z KBN duże pieniądze na nietrafne konstrukcje typu czołg, samolot czy helikopter. Jest to przykład o tyle charakterystyczny, że w innych krajach właśnie MON dofinansowuje badania, a nie zabiera fundusze na pokrycie własnych braków gospodarności.

Monopol finansowania budżetowego nauki przez KBN miał inny jeszcze ujemny skutek, a mianowicie kurczenie się funduszy, które uzyskiwał Komitet. W rywalizacji o wielkość udziału w budżecie, w stosunku do innych resortów, KBN okazywał się najsłabszy. Pozostałe resorty, nawet te doceniające znaczenie finansowania nauki, nie wspierały KBN, skoro nie mogły liczyć, że przy rozdziale pieniędzy będą mogły wspomagać swoje ośrodki. Niezależnie która z przyczyn była najistotniejsza, skutek był jednoznaczny, a mianowicie systematyczny spadek udziału pieniędzy na naukę w budżecie. Stanowiły one bowiem: w 1991 r. 2,53 proc. całości budżetu, w 1992 – 1,94 proc., w 1993 – 1,78 proc., w 1994 – 1,69 proc., w 1995 – 1,58 proc., w 1996 – 1,70 proc., w 1997 – 1,74 proc., w 1998 – 1,72 proc., w 1999 – 1,96 proc., w 2000 – 1,93 proc., w 2001 – 1,79 proc., w 2002 – 1,44 proc., w 2003 – 1,39 proc.
Przedstawiony ciąg wielkości nie może być inaczej rozumiany, jak bankructwo scentralizowanego systemu nakładów budżetowych na naukę.

Jeżeli nie przewidziano negatywnych skutków centralizacji w nauce i nie przeciwdziałano im, to był to wynik opierania się na błędnych doktrynach na temat finansowania nauki, wraz z dużym stopniem indyferentyzmu wobec istniejącej rzeczywistości i z nieracjonalną gospodarką kurczącymi się funduszami. Przede wszystkim pojawiła się doktryna urynkowienia nauki, tj. bezpośredniego zarabiania badań naukowych na siebie, kierowania instytucjami przez menedżerów a nie uczonych, przede wszystkim zaś twierdzenie o ogromnych świadczeniach ze strony gospodarki na naukę, czego miały dowodzić zagraniczne przykłady. Nie dodawano przy tym, że poważne nakłady na badania są realizowane wewnątrz wielkich przedsiębiorstw na ich własne potrzeby, a takich koncernów w Polsce nie ma i nieprędko będą. Co gorsza, wierzono w hojne sponsorowanie badań naukowych przez przedsiębiorstwa, nie wyjaśniając, w jakim stopniu jest to oparte na zwolnieniach podatkowych, czyli czerpaniu owych pieniędzy ze skarbu państwa, oraz czy u nas przepisy podatkowe do robienia takiej reklamy zachęcają. Najwięcej jednak szkody finansowaniu nauki przyniosła przestarzała, dawno zarzucona za granicą, doktryna ekonomiczna, która w nauce widziała konsumpcję luksusową, a nie efektywną, długofalową inwestycję.

NIERACJONALNE FINANSOWANIE

Zdobyczą XX wieku w dziedzinie organizacji nauki było odkrycie, że wprawdzie uczelnie stanowią wielkie zaplecze dla nauki, ale by zyskać większe efekty badawcze, należy tworzyć wyspecjalizowane instytuty. Poprzez skupienie kadry, wyposażenia, możliwość koncentracji na najnowszych i najważniejszych problemach, miały one dać – i dawały – rezultaty naukowe szybciej, taniej i lepiej udokumentowane. Tymczasem polityka finansowania badań przez KBN nie uwzględniła tej zasady. Ważniejsze okazało się dofinansowanie nauki w uczelniach, aniżeli utrzymanie placówek badawczych. Jeżeli za przykład weźmiemy placówki PAN, uznawane przez KBN za dobre, a nastawione głównie na badania podstawowe, to otrzymywały one w poszczególnych latach następujące części funduszy z budżetu, którym dysponował KBN: w 1991 – 20,0 proc., w 1992 – 17,5 proc., w 1993 – 17,8 proc., w 1994 – 17,1 proc., w 1995 – 16,5 proc., w 1996 – 16,2 proc., w 1997 – 16,9 proc., w 1998 – 16,8 proc., w 1999 – 16,2 proc., w 2000 – 16,6 proc., w 2001 – 17,5 proc.

Należy dodać, że finansowanie jednostek badawczo-rozwojowych, które uznano za związane ściśle z gospodarką, mimo ich dużej liczby, było podobnie niskie i wahało się w granicach 18-21 proc. działu Nauka. W każdym razie, przykład finansowania instytutów PAN wskazuje na fakt nieracjonalnego finansowania badań naukowych przez KBN i preferowania mniej efektywnego dofinansowania, w postaci chociażby tzw. projektów badawczych, których w 1991 r. było 2598, w 1995 – 6415, w 2000 – 8193, a w 2001 – 8912. Dawało to KBN poparcie części środowiska dla tych działań, natomiast przynosiło bardzo różne skutki badawcze, przede wszystkim obszerne sprawozdania – akcja była i jest w jakimś stopniu pożyteczna, ale jej efekty są dyskusyjne, jej zaś preferowanie szkodliwe.

DEFICYT KADRY

Zarysowany wyżej system centralizacji i finansowania nauki dawał ujemne skutki na paru szerszych płaszczyznach. Najbardziej rzucający się w oczy był sygnalizowany spadek finansowania nauki, które to finansowanie jest zwykle przeliczane w formie procentu, jaki stanowią nakłady na badania naukowe w stosunku do produktu krajowego brutto (PKB). Pozwala to na ocenę miejsca nauki w danym kraju, jak też na przeprowadzenie porównania w skali międzynarodowej. Według danych GUS, nakłady na naukę w Polsce zawarte w budżecie wynosiły w stosunku do PKB: 1991 – 0,74 proc., 1992 – 0,64 proc., 1993 – 0,57 proc., 1994 – 0,55 proc., 1995 – 0,47 proc., 1996 – 0,48 proc., 1997 – 0,46 proc., 1998 – 0,44 proc., 1999 – 0,44 proc., 2000 – 0,43 proc., 2001 – 0,41 proc., 2002 – 0,36 proc., 2003 – 0,35 proc. (ustawa).

Powyższe zestawienie potwierdza niemożność uzyskania przez KBN potrzebnych funduszy na naukę. Teoretycznie można by ten wskaźnik nieco podnieść, dodając do budżetowych nakłady pozabudżetowe, co dla ostatnich lat łącznie wygląda następująco: 1994 – 0,78 proc. PKB, 1995 – 0,69 proc. PKB, 1996 – 0,71 proc. PKB, 1997 – 0,71 proc. PKB, 1998 – 0,72 proc. PKB, 1999 – 0,75 proc. PKB, 2000 – 0,70 proc. PKB.

Powyższe zestawienie byłoby nieco bardziej optymistyczne, gdyby było ścisłe. W rzeczywistości owe dodatkowe, pozabudżetowe nakłady na naukę, które podnoszą łączny procent, nie są wynikiem działalności badawczej, lecz częstokroć usługowej, która z nauką nie ma wiele wspólnego (np. wynajem lokali czy uprawianie dydaktyki). Nie oznacza to jednak wzmożonej aktywności badawczej, lecz raczej niewykorzystanie w pełni możliwości w tym zakresie, czyli zmniejszenie efektywności naukowej. Tym bardziej nie wskazuje to na pomoc dla nauki ze strony gospodarki.

Sytuacja finansowa wpływa ujemnie na podstawowy element nauki, jakim jest wykwalifikowana kadra naukowa, oddziałując jednocześnie tak na wielkość zatrudnienia w nauce, jak też na atrakcyjność pracy w tej dziedzinie. W szeroko rozumianym obszarze nauki (ze szkołami wyższymi włącznie) w 2001 r. było zatrudnionych 123 840 osób, w tym 8618 profesorów, 9934 doktorów habilitowanych i 34 694 doktorów. Jak wiemy, jest to o wiele za mało w stosunku do obecnych potrzeb szkół wyższych – pomijając w tym momencie placówki badawcze – których liczba uległa gwałtownemu zwiększeniu w latach III Rzeczypospolitej, podczas gdy kształcenie i doskonalenie kadry naukowej nie mogło podobnie szybko wzrastać. Najgroźniejszy jest jednak fakt, że wzrost liczebny kadry naukowej jest nie tylko zbyt wolny, ale nawet nie zapewnia jej normalnej reprodukcji i utrzymania na podobnym poziomie. Jeżeli bowiem w latach 2000-02 zostawało się profesorem średnio w wieku 57 lat, przy przeciętnym przyroście rocznym w tych latach 560 profesorów, to w ciągu 13 lat do emerytury (w wieku 70 lat), gdy trzeba będzie zastąpić obecną kadrę, przybędzie jedynie 7280 profesorów. Można się więc obawiać, że liczba profesorów spadnie zamiast wzrosnąć. Niezależnie od dokładności tych oszacowań, wzrost tak potrzebnej kadry o najwyższych kwalifikacjach jest zagrożony, a zatrudnianie dodatkowe profesorów emerytów nie zastąpi nowej kadry.

Jeszcze gorzej zdaje się wyglądać sytuacja z kategorią doktorów habilitowanych, których w 2001 r. było 9934. Ich średni wiek w chwili uzyskiwania stopnia był niezwykle wysoki i wynosił w latach 2000-03 50,7 lat, podczas gdy awans na profesora miałby ich czekać po 6,3 latach. Oznacza to, że utrzymanie obecnej liczebności doktorów habilitowanych jako kategorii rozwojowej wymagałoby promowania na ten stopień co roku 1577 osób, podczas kiedy Centralna Komisja ds. Tytułu i Stopni Naukowych zatwierdzała ostatnio rocznie 801 habilitacji. Oczywiście, można przyjąć, że nie będą oni awansować na profesorów i wówczas można liczyć ich wzrost i w późniejszym wieku, do 70. roku życia, co poprawia statystykę. Wynika z tego jednak wniosek, że będzie to część kadry pasywna naukowo, skoro nie ma szansy zostać profesorami. A przecież kategoria doktorów habilitowanych to szczególnie cenna grupa, gdyż może łączyć wysokie kwalifikacje z dalszym rozwojem naukowym.

Trudno obliczyć uzupełnianie kadry naukowej na poziomie doktora, gdyż brak odpowiednich danych, a ponadto stopień doktora nie zawsze jest drogą do dalszej kariery naukowej i podobne obliczenie niewiele by nam dało.

Oczywiście, istnieje świadomość luki pokoleniowej w nauce i braku następstwa w wielu dyscyplinach naukowych, ale nie widać racjonalnych projektów w tym zakresie. Pojawiają się wprawdzie radykalne pomysły, by skasować habilitację i sięgać po profesorów z kadry po doktoracie, tak jak jest w USA. Nie bierze się jednak pod uwagę, że tam jest nadmiar kadry i można wybierać najlepszych, a u nas istnieje deficyt, a to prowadziłoby do selekcji negatywnej. Ponadto, jak wiadomo, od obniżenia wymagań nikt się nie staje mądrzejszy. Dopiero niedawno pojawiły się nieliczne stypendia habilitacyjne, ale jest to zjawisko bardzo ograniczone i spóźnione. Deficyt kadry naukowej będzie trwał jeszcze długo – wykształcenie pełnowartościowego naukowca to 20-25 lat pracy po ukończeniu studiów – i będzie najtrudniejszym elementem odbudowy nauki. Bez odbudowy kadry nie ma co mówić o jakiejkolwiek racjonalnej polityce naukowej i o rozbudowie badań w przyszłości.

PODZIAŁ ŚRODOWISKA

Środowisko naukowe, choć niezbyt liczne, w dużym jednak stopniu wykazało małą dojrzałość w odniesieniu do spraw nauki jako całości. Zachowały się, a nawet niekiedy wzmogły, antagonizmy wewnętrzne, przy czym pojawiły się przede wszystkim ataki pseudoideologiczne na PAN, jako na instytucję nazywaną stalinowską. Jest to o tyle niezrozumiałe, że uczeni nie mogli nie wiedzieć, że taki kształt Akademii, tj. korporacji z siecią placówek, jest znany i rozpowszechniony na Zachodzie, że Akademia stworzyła bardzo dobre placówki i to powiązane naukowo z Zachodem, że wreszcie owa sieć placówek była na ogół skutecznym azylem dla ideologicznie podejrzanych i głównym siedliskiem opozycji. Nie szukając genezy i inicjatorów tych oskarżeń należy podkreślić, że ich rezultat społeczny był zły, bo podważał w kraju zaufanie do nauki jako całości.

W tej sytuacji doszło nie tylko do kolejnych podziałów w nauce, ale często górę brał partykularyzm interesów grup i jednostek. W zasadzie KBN wypowiadał się za niwelacją różnic w nauce, za jednakowym traktowaniem jej trzech sektorów i za budowaniem współpracy w nauce. Rzeczywistość prowadziła do skutku odwrotnego. KBN przyjął odmienny system finansowania różnych sektorów nauki – dofinansowywania szkół wyższych, a pełnego uzależnienia finansowego placówek PAN i JBR-ów. Nie sprzeciwiał się również zróżnicowaniu statusu, płac i stanowisk w różnych sektorach nauki, wreszcie próbował ograniczyć i zakwestionować samodzielność PAN, co nie mieści się w standardach europejskich. W sumie popełniono błędy, które ujemnie oddziaływały na sytuację całej nauki i na jej współpracę wewnętrzną, sprawę szczególnie ważną w sytuacji deficytu kadry naukowej i środków materialnych na badania. We współpracy naukowej przeszkadzał też sposób dzielenia funduszy, pojawienie się grup nacisku i różnorakich układów, które dążyły do uzyskania maksymalnego udziału w ograniczonych środkach pieniężnych na naukę, bez względu na szkody, jakie z tego powodu miały wyniknąć.

Prof. dr hab. Andrzej Wyczański, historyk, członek Prezydium Polskiej Akademii Nauk, wiceprezes PAN w latach 1993-95. 

* Dalszą część artykułu opublikujemy w kolejnym numerze. Będzie tam mowa o sytuacji poszczególnych pionów nauki oraz kierunkach zmian w perspektywie udziału w Unii Europejskiej.

 

Komentarze