|
|
Z archiwum nieuczciwości naukowej(13)Marek Wroński
Zakres działania i sposób podchodzenia rektora do stwierdzonej nieuczciwości naukowej kształtuje rzetelność instytucjonalną uczelni. Zarówno profesorowie, jak i asystenci w milczeniu obserwują poczynania rektora, które mogą ich „uaktywnić” lub „zahamować” w zwalczaniu i ujawnianiu przekrętów naukowych. Rektor ma dużą władzę i spore możliwości wpływania na kariery pracowników naukowych, więc najczęściej nikt nie ma odwagi publicznie mu się przeciwstawić. Milczenie wcale nie oznacza, że społeczność akademicka zgadza się z rektorem. Bagatelizowanie zgłaszanych spraw bądź podejmowanie działań pozornych w sposób trwały uszkadzają pozytywną opinię, jaką inni profesorowie dotąd mieli o rektorze. ZNACZENIE TAKTYKIUstawowo rektor jest odpowiedzialny za podjęcie działań dyscyplinarnych wobec pracownika naukowego, który popełnił nierzetelność naukową. Ze względu na możliwość przedawnienia, najważniejszym krokiem rektora jest szybkie doprowadzenie do otwarcia postępowania dyscyplinarnego przed uczelnianą komisją dyscyplinarną. W sytuacjach „podbramkowych”, gdzie wina naukowca jest niewątpliwa, a czas czteromiesięcznego przedawnienia jest tuż „za rogiem”, rzecznik dyscyplinarny może maksymalnie skrócić postępowanie wyjaśniające, nawet rezygnując z przesłuchiwania obwinionego i świadków. Wniosek dyscyplinarny może być rozpatrzony przez przewodniczącego komisji dyscyplinarnej następnego dnia. Czas przedawnienia jest wtedy zatrzymany. Świadków i obwinionego przesłuchuje się dopiero podczas rozprawy przed komisją dyscyplinarną. Jednak powinno to być wyjątkiem. Dla skuteczności działań dyscyplinarnych duże znaczenie ma taktyka rektora w stosunku do podejrzanego. Istotne jest, aby rektor wykorzystał czynnik zaskoczenia, jaki towarzyszy wykryciu afery uczelnianej. Po otrzymaniu zawiadomienia o złamaniu etyki naukowej, rektor zwykle wzywa pracownika na rozmowę, przedstawia mu zarzuty i prosi o ustosunkowanie się do nich. Większość obwinionych stara się bagatelizować swój czyn i tłumaczy go różnymi okolicznościami, „pomyłkami” bądź też „nieporozumieniem”. Wtedy rektor, spokojnie przyjmując te wyjaśnienia, powinien podsunąć kartkę i poprosić o napisanie odręcznego wyjaśnienia, udostępniając delikwentowi nawet własne biurko i długopis. Następnie zostawić go w samotności na 45 minut do godziny. Po tym czasie wrócić i odebrać „wyjaśnienie”, sprawdzając, czy jest opatrzone datą i podpisem. Jest to o tyle ważne, że „wyjaśnienie” takie z reguły zmusza osobę podejrzaną do trzymania się pierwszej, naprędce wymyślonej wersji, którą dość łatwo można później zweryfikować w dalszym formalnym dyscyplinarnym postępowaniu wyjaśniającym. OBOWIĄZEK NADZORUTego typu krok rektora szczególnie jest wskazany, gdy nierzetelność naukowa zarzucana jest profesorowi tytularnemu, członkowi władz uczelnianych lub osobie, z którą rektor pozostaje w stosunkach koleżeńskich. Zapobiega to późniejszemu matactwu i pozwala rektorowi uchylać się od nieformalnych nacisków, aby sprawę zatuszować. Tuszowanie sprawy przez rektora praktycznie jest dla niego samobójstwem moralnym. Sprawa po jakimś czasie zawsze wychodzi na jaw i ogrom potępienia, jaki wtedy publicznie spływa na rektora, dorównuje potępieniu chronionego sprawcy. Rzetelność rektora i jego opinia naukowa z reguły są zrujnowane do końca życia! Praktycznym sposobem uwolnienia się rektora od nacisków kolegów lub grupy profesorów, którzy ze względu na chęć zachowania dobrego imienia instytutu lub wydziału sprzeciwiają się podjęciu ostrych kroków dyscyplinarnych, jest poinformowanie o sprawie senatu uczelni oraz (po cichu) zaprzyjaźnionego dziennikarza. Opisanie sprawy na łamach lokalnej lub centralnej prasy z reguły łamie „opór wewnątrzuczelniany”. Warto wiedzieć, że rektor jest obowiązany dopilnować, aby mimo biegnącego postępowania dyscyplinarnego, w przypadkach plagiatu czy fabrykacji doktoratu, habilitacji lub też nierzetelnych publikacji będących podstawą przyznania stopnia doktora habilitowanego bądź profesorskiego tytułu naukowego, rada wydziału, która wnioskowała o ten stopień, podjęła równoczesne kroki prawne zmierzające do odebrania stopnia. To samo obowiązuje rektora, gdy powiadomiony jest o przypadku splagiatowania doktoratu czy habilitacji, przyznanej osobie z zewnątrz, która nie jest pracownikiem uczelni. Tutaj kłania się przypadek doktoratu obronionego w 1998 na Wydziale Zarządzania i Ekonomiki Usług Uniwersytetu Szczecińskiego. Jak podała w październiku 2002 „Gazeta Wyborcza w Szczecinie”, praca Artura Korneluka Wpływ struktury gospodarki regionu na poziom bezrobocia w warunkach transformacji systemowej na przykładzie województwa szczecińskiego w latach 1990-1995, której promotorem był prof. Waldemar Grzywacz, ma kilkanaście stron zapożyczeń z książki dr. Ryszarda Czyszkiewicza. Przepisano też tabele z badaniami na temat bezrobocia w gminach województwa, które opisano jako opracowane na podstawie badań własnych. Zarówno władze rektorskie, jak i władze dziekańskie, nie mówiąc już o promotorze, nie podjęły dotąd żadnych kroków wiodących do wznowienia przewodu doktorskiego i ewentualnego cofnięcia stopnia doktorskiego. OKOLICZNOŚĆ ŁAGODZĄCAKończąc chciałbym poinformować, że prof. Marian Ochmański z Wydziału Pedagogiki i Psychologii UMCS w Lublinie, któremu zarzucono popełnienie nie jednego („Forum Akademickie”, nr 1/03), ale trzech kompletnych plagiatów, został ukarany przez Uczelnianą Komisję Dyscyplinarną zaledwie naganą i zakazem pełnienia funkcji kierowniczej przez okres trzech lat. O taką „surową” karę wystąpił rzecznik dyscyplinarny, prof. Zbigniew Szeliga. Dla komisji okolicznością łagodzącą był fakt, iż obwiniony pełnił dwukrotnie funkcję dziekana. Zapomniano, że właśnie w tym okresie popełnił poważną nierzetelność naukową. Im wyższe stanowisko, tym większe wymagania i surowsza kara. Ile plagiatów musi popełnić dziekan, aby ustawowo zabronić mu wykonywania zawodu nauczyciela akademickiego?
|
|
|