Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2003

Spis treści numeru 3/2003

Nauka w Polsce

Poprzedni Następny

Życie akademickie

Należy mówić o nikłych perspektywach rozwojowych naszej gospodarki, techniki, 
postępu społecznego i nauczania, które wymagają zaplecza naukowego.

Cz. II Sytuacja poszczególnych pionów i kierunki zmian

Andrzej Wyczański

Fot. Stefan Ciechan

Największa część kadry naukowej i prowadzonych badań znajduje się w obrębie szkół wyższych. Jednocześnie jest to teren o najbardziej dynamicznym wzroście ilościowym, co w rezultacie wywołuje szereg zjawisk niekorzystnych, wymagających naprawy. Wystarczy przypomnieć, że w roku akademickim 1990/91 było w Polsce 112 uczelni wyższych i 403,8 tys. studentów, podczas gdy w roku 2001/02 były 344 szkoły wyższe i 1718,7 tys. studentów. Można by to uznać za sukces, gdybyśmy byli do tego przygotowani.

Podstawowy problem, który wynikał z rozbudowy szkolnictwa wyższego, to kwestia kadry nauczającej. W roku akademickim 1990/91 tzw. nauczycieli akademickich było 64 454, a w 2001/02 – 85 979. Jeżeli liczba studiujących wzrosła 4,3 razy, to ich nauczycieli jedynie 1,3 razy. W rezultacie liczba studentów przypadających na jednego uczącego wzrosła z 6,3 do 20 osób. Przy wzroście liczby naukowców tzw. samodzielnych, tzn. profesorów i doktorów habilitowanych, z 11 363 do 18 679 osób oznacza to, że przeciętnie na jednego profesora liczba studentów wzrosła z 36 do 92. Musiało to mieć daleko idące skutki. Przede wszystkim prowadziło do tzw. wieloetatowości. Przeciętnie każdy wykładowca obsługiwał dwa stanowiska (etaty), zwykle w różnych uczelniach, a rekordziści przekraczali daleko tę wielkość. Droga ta pozwoliła wreszcie kadrze uniwersyteckiej osiągnąć przyzwoitsze dochody, wyjść z wieloletniego ubóstwa, natomiast pociągała za sobą szereg skutków ujemnych.

LISTA ZAGROŻEŃ

Przede wszystkim wykonywanie pełnego programu naukowo-dydaktycznego okazywało się często nierealne, co spowodowało powołanie Państwowej Komisji Akredytacyjnej, która ma czuwać nad prawidłowym wykonywaniem programu studiów. Dla nauki jednak interesujące są dalsze skutki deficytu kadry i wieloetatowości. Chodzi o to, że wykładowcy, przeciążeni podwójnym lub większym pensum, znacznie mniej czasu mogą poświęcać na badania naukowe. Daje to podwójny rezultat. Opóźnia karierę uniwersytecką, do treści nauczania natomiast wprowadza rutynę, często przestarzały materiał, odstający od poziomu współczesnej nauki w kraju i na świecie. W rezultacie ten największy zastęp naukowców coraz mniej mógł uczestniczyć w aktualnych badaniach, a uczestnicząc dbać o ich aktualność i poziom naukowy. Podobne trudności skupiały się jeszcze mocniej na młodszej kadrze uniwersyteckiej, często przeciążonej zajęciami, źle opłacanej (tu było mniej wieloetatowości), zagrożonej terminami kontraktu. Nie jest ona w stanie uzyskać w terminie doktoratu, a tym bardziej habilitacji. Niechętnie więc podejmuje pracę w uczelni, jeśli tylko może znaleźć inną, najchętniej za granicą.

W tej sytuacji spadek efektywnego wykorzystania badawczego największej w kraju grupy pracowników naukowych miał być wspierany poprzez dofinansowanie w formie tzw. grantów KBN. Oczywiście, dofinansowanie zawsze jest przyjemne i w jakimś stopniu korzystne, ale bilans zalet i wad tego systemu nie zawsze jest pozytywny. Po pierwsze, ten rodzaj ingerowania w wewnętrzne sprawy uczelni, poprzez indywidualne zlecenia i sprawozdania, odsuwał władze uczelni od sprawy badań, od ich promowania i nadzoru. W konsekwencji w niektórych uczelniach władze zajmowały się głównie dydaktyką, pozostawiając KBN troskę o badania. Następowało więc stopniowe rozdzielenie funkcji naukowych i dydaktycznych uczelni, osłabienie podstawowej zalety uniwersytetu czy politechniki, która polegała na łączeniu badań i nauczania. Badania zaczynały się ograniczać do sprawy uzyskiwania stopni i tytułów naukowych. Nie dotyczyło to, oczywiście, wszystkich uczelni, ale proces ten ma tendencję wzrostową.

Jednocześnie personel naukowy, tzw. nauczyciele akademiccy, widzieli swój związek z uczelnią coraz bardziej w postaci pensum dydaktycznego, uważając, że praca naukowa to ewentualne zobowiązanie wobec KBN, jeżeli KBN da odpowiednie środki. Takie przekonanie o rozdzielności obowiązków dydaktycznych i naukowych pracownika uczelni nie jest powszechne, ale pojawia się wśród kadry naukowej, stanowiąc groźbę dla całej idei szkoły wyższej. Jaki jest stopień tego zagrożenia, gdzie i kiedy występuje, trudno powiedzieć, ale istnieje i narasta, mimo prób przeciwdziałania ze strony władz i środowiska naukowego.

Trudno byłoby wyczerpać listę zagrożeń występujących w uczelniach z racji ich gwałtownej rozbudowy, ingerencji KBN oraz osłabienia tętna prac badawczych, a nawet wzrostu indywidualnych ambicji i układów wewnętrznych. Z tymi ostatnimi sprawami wiąże się jeszcze jedna cecha, a mianowicie autoreprodukcja. Chodzi o petryfikację kadry naukowej, której kariera – od studenta do profesora – zamyka się w obrębie tej samej uczelni, bez wymiany kadry, jej mobilności krajowej i zagranicznej. Prowadzi to do zamykania się w sobie, nieraz do marazmu, braku wymiany myśli, wzrostu ambicji lokalnych. Słabnie dążenie, by uczynić z uczelni najlepszy ośrodek naukowy, by ściągnąć najlepszych specjalistów, osiągnąć najlepsze wyniki badawcze i dydaktyczne. Przeszkodą w takiej mobilności bywają deficyty mieszkaniowe, skromne uposażenia i braki warsztatu badawczego, czynniki, które zachęcałyby lepszych naukowców do przybycia i zatrudnienia. Jest jednak wiele krajów, większych od naszego, gdzie korzysta się z profesorów nie tylko miejscowych, ale i dojeżdżających, byleby pozyskać najlepszych.

SYTUACJA POLSKIEJ AKADEMII NAUK

Połączenie korporacji uczonych z siecią placówek badawczych, nastawionych głównie na badania podstawowe, jest w krajach zachodnich stosowane (np. Holandia, Szwecja, Austria, Portugalia, Grecja) i uznawane za strukturę efektywną, i w tym zakresie nieraz lepszą od wielkich odrębnych sieci naukowych, jak Centre Nationale de la Recherche Scientifique, Consiglio Nazionale delle Ricerche czy Max-Planck Gesellschaft. Zalety takiej akademii polegają na bardziej kompetentnym nadzorze i opiece nad placówkami, na niższych kosztach działania i zabezpieczeniu przed wpływem zmiennych układów politycznych. Jednakże w wypadku PAN zasady te zostały w ostatnich latach dwukrotnie naruszone.

W 1991 roku wprowadzono scentralizowane finansowanie budżetowe badań – w tym i placówek Akademii – skupione bezpośrednio w ręku KBN, a władze PAN i korporacja zostały wyłączone z decyzji finansowych i bezsilne w zakresie pomocy swoim placówkom. Po raz drugi naruszyła tę zasadę ustawa o PAN z 1997 r., gdy opieka nad placówkami została skupiona w ręku prezesa, co oznaczało ich podporządkowanie administracyjne i pozbawiało korporację i wydziały, przynajmniej formalnie, możliwości opieki i kontroli nad działalnością placówek. Obie ustawy doprowadziły do zablokowania zasadniczej zalety struktury Akademii, a przynajmniej w praktyce uniemożliwiły wykorzystanie jej zalet.

Walory te ukazała efektywność badawcza placówek, co zresztą podnosił KBN, uważając je za bardzo dobre. Jednocześnie zestawienie porównawcze kosztów i opublikowanych wyników badań placówek PAN w stosunku do placówek sieci zagranicznych, jak CNRS, CNR czy MPG, pokazało, że przy zbliżonych efektach badawczych nakłady finansowe liczone na 1 pracownika były w sieciach zachodnich 5-7 razy większe. Świadczy to nie tylko o dramatycznych zaniedbaniach naszej polityki naukowej, ale i o efektywności naszej pracy, mimo jej nieporównywalnie gorszych warunków.

Jednocześnie likwidacja stanowiska sekretarza naukowego Akademii, funkcji kluczowej w organizacji wszystkich akademii europejskich, i skupienie, według ustawy z 1997 r., wszystkich decyzji organizacyjnych, osobowych, finansowych, prawnych, wraz z opieką nad placówkami, w ręku prezesa, stanowiło fikcję i odejście od zasadniczych kształtów akademii europejskich. W akademiach tych bowiem prezes jest wybitnym uczonym, którego autorytet dodaje znaczenia akademii. Natomiast sekretarz jest administratorem, któremu podlegają sprawy praktyczne. Tymczasem ustawa nadaje PAN kształt małego resortu, z prezesem jako rodzajem ministra, a jednocześnie nie wyznacza miejsca Akademii jako jednostki państwowej w strukturze władzy. Powoduje to stan niejasności – podporządkowanie premierowi jest nader ogólnikowe – i zagrożenie dla samodzielności Akademii, jej istotnej zalety, niezależnej od kraju i ustroju.
Pełna zależność finansowa placówek PAN od KBN i brak możliwości realnej nad nimi opieki uniemożliwiały, a w każdym razie niesłychanie utrudniały, wszelką reorganizację placówek i dostosowanie ich sieci do potrzeb i możliwości badawczych. Źle finansowane placówki ulegały stopniowo materialnej destrukcji, a w konsekwencji i naukowej, z tym że o ich upadku decydowały nie wyniki naukowe, lecz finansowe, w pełni zależne od arbitralnych decyzji z zewnątrz. Trzeba przy tym wyjaśnić, że wszelkie oszczędności czy racjonalizacja pracy nie dawały efektów, bo ograniczenie zatrudnienia automatycznie powodowało zmniejszenie finansowania przez KBN. Nawet likwidacja placówki czy połączenie jej z inną były formalnie niewykonalne, bo KBN nie regulował długów placówki ani nie przydzielał funduszy na ustawowe odprawy pracownicze.

Być może, ten proces stopniowej destrukcji jednej z istniejących sieci badawczych w Polsce byłby mniej istotny, gdyby nie fakt, że była to, i wciąż jeszcze jest, najlepsza sieć badawcza w kraju. Przypomnieć tu należy, że według tzw. rankingu, tzn. hierarchii jakościowej instytutów określanej przez KBN, placówki PAN w latach 1992-97 w 77-89 proc. znalazły się w najwyższej kategorii jakościowej A. W tej sytuacji stopniowa likwidacja najlepszych placówek naukowych stanowi o destrukcji nie tylko ich samych, ale i całej nauki w kraju, ponieważ w badaniach naukowych liczy się przede wszystkim wysoka jakość i ona decyduje o postępie naukowym.

SYTUACJA JBR

Ośrodki naukowe, zwane obecnie jednostkami badawczo-rozwojowymi, znajdują się w specjalnie trudnej sytuacji. Obecnie (dane z 1997 r.) jest ich około 250. Ich potencjał ludzki uległ silnemu ograniczeniu, a kadra naukowa liczy obecnie około 7500 osób, w tym około 1000 profesorów i blisko 750 doktorów habilitowanych. Z nastawieniem na badania stosowane na rzecz gospodarki, wobec postępującej prywatyzacji tejże z jednej strony, a małych szans rozwoju sektora państwowego w gospodarce z drugiej, wreszcie z braku konsekwentnej polityki gospodarczej, placówki te znajdują się w dużym stopniu w sytuacji niejednoznacznej. I choć wiadomo, że pewne gałęzie gospodarki będą wymagały państwowego zaplecza naukowego, są one pozostawione głównie własnej zaradności, gdyż dotacje KBN pokrywają jedynie 1/4 ich potrzeb, a resorty, do których te ośrodki należą, nie posiadają funduszy na wsparcie ich prac naukowych i nie zawsze się ich losem interesują.

Nie oznacza to zbędności dla gospodarki, ale ich zła kondycja finansowa, ratowanie się działalnością usługową, nie zawsze związaną z nauką, oraz brak wyraźnych perspektyw rozwojowych, powodują ucieczkę kadry, dekapitalizację wyposażenia i stopniową utratę walorów naukowych. Sytuacja w tym zakresie jest bardzo zróżnicowana, ale związek tych ośrodków z gospodarką bardziej determinuje ich sytuację aniżeli stanowisko, ocena i ewentualna pomoc ze strony KBN. Dlatego nie będziemy przedstawiać szczegółowiej ich położenia i szans na przyszłość w ramach obrazu sytuacji nauki, z którą tylko w części są ściślej związane.

NIKŁE PERSPEKTYWY

Powyższy przegląd sektorów naszej nauki prowadzi do przekonania o ograniczaniu i stopniowej destrukcji badań naukowych, w szczególności tych trudniejszych, które muszą być prowadzone z udziałem większych środków ludzkich i materialnych oraz w szerszej skali czasowej.

Obecna struktura i organizacja nauki, oparta na monopolistycznych uprawnieniach rzeczowych, a szczególnie finansowych KBN, prowadzi do marginalizacji nauki, braku dla niej miejsca w życiu publicznym, w finansach i w perspektywach rozwojowych.

W tej sytuacji należy mówić o nikłych perspektywach rozwojowych naszej gospodarki, techniki, postępu społecznego i nauczania, które wymagają zaplecza naukowego. trzeba wskazywać także na coraz większe odstawanie od poziomu i wymagań Unii Europejskiej w tym zakresie.

Społeczeństwo wprawdzie dąży do uczestnictwa w UE, ale jednocześnie boi się, że staniemy się jej ubogim krewnym, który nie potrafi nadążyć za postępem. Jedynie silne oparcie się na nowoczesnej nauce, postawienie na jej rozwój, może wpoić w społeczeństwo przeświadczenie, że mamy szansę dogonić gospodarczo i cywilizacyjnie czołowe kraje Unii. A to może dać społeczeństwu pewność i poczucie siły, jeśli nie na dziś, to na przyszłość.

KIERUNEK ZMIAN

Wejście naszego kraju do Unii Europejskiej jest historyczną koniecznością, nie można jednak go traktować jako okazji do uzyskania doraźnych korzyści, bez myślenia o perspektywach rozwojowych i o naszym miejscu w Unii. Jak wskazywaliśmy wyżej, udział w Unii to uczestnictwo w jej pracach i dążeniach, do których należy wielki wysiłek rozbudowy nowoczesnej nauki i opartych na niej zaawansowanych technologii, jednocześnie gwarancja rozwoju cywilizacyjnego. W tej sytuacji przeprowadzenie poważnej reformy w sferze naszych badań naukowych, a nawet szeroko pojętej nauki staje się niezbędne.

UE, pragnąc dorównać w rozwoju gospodarczym i cywilizacyjnym USA, kładzie ogromny nacisk na badania naukowe i poziom nakładów na naukę, uważając to za podstawę inwestowania w przyszły rozwój. Według programu z początków 2000 r. (Ph. Busquin), Unia pragnie stworzyć Europejską Strefę Naukową i wymaga od swych członków nie tylko współpracy w tej dziedzinie, ale i nakładów na naukę na poziomie 2 proc. PKB, z dezyderatem zwiększenia ich w przyszłości do 3 proc. Są to żądania i tak umiarkowane, skoro w 1999 r. wysokość nakładów na naukę przedstawiała się następująco: Stany Zjednoczone 2,64 proc. PKB (892 dol. na mieszkańca), Japonia 3,04 proc. PKB (748), Korea Płd. 2,46 proc. PKB (396).

W obrębie Unii Europejskiej w 1999 r. wyglądało to następująco (przykłady): Dania 2,00 proc. PKB (541 dol. na mieszkańca), Francja 2,17 proc. PKB (478), Holandia 1,95 proc. PKB (481), Niemcy 2,44 proc. PKB (580), Wlk. Brytania 1,87 proc. PKB (428).

Zasada inwestowania w naukę była świadomie akceptowana przez kraje, które we wcześniejszym okresie (1995) dokonały akcesji do Unii. Były to: Austria, Finlandia i Szwecja. Ich nakłady na naukę w 1999 r. wyglądały następująco: Austria 1,80 proc. PKB (444 dol. na mieszkańca), Finlandia 3,19 proc. PKB (726), Szwecja 3,80 proc. PKB (875).

Sytuacja wśród krajów aspirujących obecnie do Unii jest następująca (przykłady): Czechy 1,29 proc. PKB (172 dol. na mieszkańca), Słowenia 1,42 proc. PKB (168), Węgry 0,68 proc. PKB (77), Polska 0,75 proc. PKB (65).

Należy przy tym podkreślić, że polskie nakłady, tj. 0,75 proc. PKB, są uważane za sztucznie zawyżone (z budżetu przypadało 0,44 proc. PKB), gdyż jest tu wliczona wysokość usług, na ogół pozanaukowych, jakimi się ratowały niedofinansowane placówki. W każdym razie wielkość ta wymagałaby weryfikacji, choć i tak jest niepokojąco niska.

Warto także pokazać stan zatrudnienia w dziedzinie nauki w niektórych krajach Europy i świata, w przeliczeniu na 1000 zatrudnionych. W Stanach Zjednoczonych byłoby to 8,1 osób, w Japonii 9,7, w Korei Płd. 4,6 osób. W obrębie Unii Europejskiej można wskazać następujące wielkości (dane za 1999 r.): Dania 6,1 osób, Finlandia 9,9, Niemcy 6,0, Francja 6,1, Holandia 5,0, Szwecja 9,1, W. Brytania 5,5. Natomiast Polska 3,3 osób (dodajmy: pracujące w gorszych zwykle warunkach i za znacznie niższą płacę).

Żądanie ponoszenia nakładów na naukę na poziomie 2,0 proc. PKB nie ma w obrębie Unii charakteru formalnego. Jest natomiast wskaźnikiem miejsca, jakie dany kraj chce zająć w jej ramach – pełnoprawnego członka o dużych szansach rozwojowych czy „ubogiego krewnego”, liczącego na wsparcie bogatszych krajów. Przykładem racjonalnego pojmowania uczestnictwa w Unii były, jak widać, kraje z akcesji w 1995 r.: Austria, Finlandia i Szwecja.

Prof. dr hab. Andrzej Wyczański, historyk, jest członkiem Prezydium Polskiej Akademii Nauk. W latach 1993-95 był wiceprezesem PAN. Pracuje w UwB. 

* Pierwszą część tego artykułu opublikowaliśmy w numerze 3/03 „FA”. Ostatnia część ukaże się w kolejnym wydaniu.

 

Komentarze