Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2003

Spis treści numeru 5/2003

Socjalny profesor

Poprzedni Następny

Rozmowa Forum

Wiele osób kolejne stopnie akademickie traktuje jak przeszkody do pokonania. 
Kariera akademicka tymczasem powinna polegać na rozwoju naukowym, w wyniku którego, niejako przy okazji, robi się kolejne stopnie, zdobywa tytuł profesora.

Rozmowa z prof. Osmanem Achmatowiczem, 
sekretarzem Centralnej Komisji ds. Tytułów Naukowych i Stopni Naukowych


 

Fot. Piotr Kieraciński

Prof. dr hab. Osman Achmatowicz (ur. 1931) pracuje w Instytucie Farmaceutycznym w Warszawie. Jest specjalistą w zakresie syntezy związków naturalnych i stereochemii. Opublikował ok. 100 prac naukowych. Od 1991 r. jest sekretarzem Centralnej Komisji ds. Tytułów Naukowych i Stopni Naukowych. Członek Polskiego Towarzystwa Chemicznego, Towarzystwa Naukowego Warszawskiego, Towarzystwa Popierania i Krzewienia Nauk, Komitetu Etyki w Nauce przy Prezydium PAN, Kasy im. Józefa Mianowskiego, IUPAC, World Innovation Foundation. W 1983 r. otrzymał od Polskiego Towarzystwa Chemicznego Medal Kostaneckiego.

 Od niedawna Centralna Komisja funkcjonuje na podstawie nowej ustawy. Jak rozumiem, główną przyczyną zmiany ustawy było wprowadzenie stopni naukowych i tytułu w dziedzinie sztuki?
– Mamy teraz Komisję ds. Tytułów Naukowych i Stopni Naukowych, gdyż doszedł tytuł naukowy oraz stopnie naukowe w zakresie sztuki. Ta zmiana jest istotna, aczkolwiek, w moim przekonaniu, nieuzasadniona. Byłem przeciwnikiem wprowadzania stopni doktora i doktora habilitowanego sztuki. Czym innym bowiem są tytuły zawodowe, jak magister sztuki – to mnie nie razi – a czym innym stopnie naukowe. Wiele ośrodków, które zajmują się nauką o sztuce, a nie samą sztuką, także Prezydium PAN, wyraziło podobną opinię. Niestety, to nie przekonało ustawodawcy.

– Rozumiem, że zwolennikami tego ujednolicenia stopni byli artyści?
– Tak. Na Zachodzie taki stopień funkcjonuje. Reprezentanci uczelni artystycznych chcieli mieć stopnie podobne do tych, jakie obowiązują w innych typach szkół wyższych. To można zrozumieć i myślę, że da się z tym działać.

– Czy ta zmiana spowoduje, że artyści będą musieli pisać prace teoretyczne na stopnie w zakresie sztuki?
– Oczywiście, jeśli na serio potraktujemy wymagania na stopień w zakresie sztuki. Sformalizowanie tego procesu może być orężem służącym do podniesienia wymagań wobec pracowników uczelni artystycznych. Tym samym stopnie w zakresie sztuki sprawią, że artyści będą lepiej przygotowani do funkcji wykładowcy szkoły wyższej.

– Czy jest już jakaś praktyka w tej dziedzinie?
– Jeszcze nie. Sporo czasu zajmie wypracowanie kryteriów i zasad oceny prac na stopnie w zakresie sztuki. Trzeba dokonać klasyfikacji dziedzin i ich podziału na dyscypliny. Mamy bowiem do czynienia z czterema dziedzinami sztuki: sztukami plastycznymi, muzycznymi, teatralnymi i filmowymi. Trudno jest ustalić, jaki będzie podział tych dziedzin na dyscypliny. Będzie to miało bardzo duże znaczenie dla rad wydziałów, które ubiegają się o uprawnienia do nadawania stopni w zakresie sztuki. Mianowicie, wydział będzie musiał mieć odpowiednią kadrę z danej dyscypliny. Zatem, z praktycznego powodu, nie powinno się wskazywać zbyt wiele szczegółowych dyscyplin w zakresie sztuk. Trzeba też zauważyć, że w wielu dziedzinach nauki pojawiły się naciski na tworzenie nowych, bardzo szczegółowo zdefiniowanych dyscyplin naukowych. To nie jest dobry pomysł.

– Jak ustawa zmieniła funkcjonowanie CK?
– Pojawiła się Sekcja Sztuki, a wybory do komisji objęły także szkoły artystyczne. Liczba członków komisji została taka sama, jak dawniej, tj. 220 osób. Kadencja komisji trwa teraz cztery, a nie trzy lata. Od roku nie ma Rady Głównej Szkolnictwa Artystycznego. Sekcja Sztuki w CK ma ją zastąpić. Niestety, ustawa nie wskazuje, co zrobić ze sprawami rozpoczętymi przez Radę. Będziemy musieli tę kwestię jakoś rozwiązać.

– Czy zmieniło się cokolwiek w umocowaniu CK? Mimo że jest to organ pochodzący z wyboru, to jednak przewodniczącego ostatecznie mianuje premier.
– Ta zasada pozostała niezmieniona i niezależność od wszystkich resortów bardzo sobie cenimy. Kandydatów do Centralnej Komisji zgłaszają rady wydziałów, które mają uprawnienia do nadawania stopnia doktora. W wyborach mają prawo uczestniczyć wszyscy profesorowie tytularni. Jestem zaskoczony liczbą uprawnionych do głosowania – to jest ponad 12 tys. osób. W praktyce głosuje ok. 75 proc. z tej liczby. Władze komisji też pochodzą z wyboru. Na plenarnym zebraniu wybierani są: dwaj kandydaci na przewodniczącego, dwaj wiceprzewodniczący i sekretarz. Na posiedzeniach sekcji – przewodniczący i wiceprzewodniczący sekcji. Natomiast faktycznie premierowi przedstawiane są dwie kandydatury na przewodniczącego i jednego z nich premier powołuje na stanowisko.

– Czy liczba kadencji przewodniczącego CK jest ograniczona przepisami?
– W ustawie nie ma mowy o kadencyjności członków komisji ani jej władz, w tym przewodniczącego.

–Jest Pan członkiem CK od jej powstania w 1991 r.?
– I od tego czasu pełnię funkcję sekretarza. Jestem zatem dobrym przykładem na brak kadencyjności w CK. Można mieć wątpliwości, czy to jest dobre?

– Centralna Komisja ma zadania, które związane są z rozwojem kadry naukowej. Tymczasem główne zarzuty, jakie się jej stawia, dotyczą opóźniania karier akademickich.
– To nieporozumienie. Zarzuty można sprowadzić do powtarzanego stwierdzenia, że w Stanach Zjednoczonych, gdzie nauka stoi na bardzo wysokim poziomie, nie ma żadnej centralnej komisji, każdy uniwersytet sam mianuje swoich profesorów, a może na to stanowisko powołać doktora, gdyż nie ma tam stopnia doktora habilitowanego. Jednak ci, którzy przytaczają takie argumenty, po prostu nie znają sytuacji w Ameryce albo znają ją bardzo powierzchownie. Aby zrozumieć istotę funkcjonowania tamtejszego systemu nauki i szkolnictwa wyższego trzeba tam być przez dłuższy czas i pracować w uniwersytecie. Zdobyć stanowisko profesora jest tam bardzo trudno. Nikt, kto we wrześniu zrobił doktorat, nie będzie od października profesorem. Najpierw odbywa dwa-trzy lata stażu podoktorskiego, ale nie w instytucji, w której się doktoryzował. Musi się w tym czasie wykazać aktywną pracą badawczą. Jeżeli chce aplikować o stanowisko „assistant professor”, musi wygrać konkurs. Jest poddany bardzo surowej ocenie. Na wydziale, gdzie jest wolne stanowisko, musi przedstawić nie tylko dobre opinie i publikacje, ale też wykład akademicki na temat własnych badań, dyskutować z członkami rady wydziału proponowane przez siebie badania. To bardzo przypomina nasze wymagania do habilitacji. W Ameryce można te warunki spełniać dobrze, ale przegrać w konkurencji z kimś lepszym. U nas trzeba je spełnić tylko raz i już ma się stopień doktora habilitowanego; nigdy już takiej ocenie nie będzie się podlegać. W Ameryce początkujący profesor może dostać trochę pieniędzy na badania z uczelni, która go zatrudniła, ale zazwyczaj w ciągu roku musi zdobyć grant. W przeciwnym razie nie będzie miał za co prowadzić badań, nie będzie też miał z czego opłacić swoich doktorantów, a to niweczy jego szanse na utrzymanie stanowiska. Do konkursu na stanowisko staje zazwyczaj wielokrotnie w życiu. Mówiąc krótko, kariera akademicka w Ameryce jest z pewnością trudniejszą drogą niż w Polsce.

– Czy tak samo nie mogłoby być u nas?
– Owszem, ale trzeba by spełnić kilka warunków. Po pierwsze, doktoratu nie robi się tam, gdzie się studiowało – chciałbym dodać, że widziałbym doktorat jako trzeci stopień studiów – a stażu podoktorskiego nie odbywa w placówce, w której zrobiło się doktorat. Nie ubiega się też o posadę tam, gdzie się odbyło staż – i znów uwaga: najlepiej, aby to był staż zagraniczny. Żadnego wysiadywania miejsc, co jest złą regułą w naszym kraju – od studiów po profesurę w tej samej uczelni. Jest jeszcze jeden warunek: etatyzacja. Stanowiska w uczelniach powinny być tworzone stosownie do potrzeb, a nie dla osób, jak to ma miejsce u nas. Nie jest oczywiste, że mamy właściwą liczbę stanowisk profesorskich.

– Jednak u nas mówi się o późnych karierach i kłodach rzucanych uczonym pod nogi przez CK.
– Rzeczywiście, kariery akademickie robi się w Polsce bardzo wolno. Z pewnością jednak to nie habilitacja i tytuł profesorski są temu winne. Podobnie nie jest temu winna Centralna Komisja. Wiele osób kolejne stopnie akademickie traktuje jak przeszkody do pokonania. Kariera akademicka tymczasem powinna polegać na rozwoju naukowym, w wyniku którego, niejako przy okazji, robi się kolejne stopnie, zdobywa tytuł profesora. Warunki do tego powinny tworzyć placówki naukowe.

– Czego nie wprowadzono w nowej ustawie, a co warto byłoby zrobić?
– Nie przywrócono stanowiska docenta. To duży błąd ustawy. Było to stanowisko o długiej tradycji, ale zostało politycznie zdyskwalifikowane przez tzw. docentów marcowych. Moja konkluzja po dziesięciu latach bez tego stanowiska jest taka: byli docenci marcowi, teraz są solidarnościowi profesorowie.

– A co Pan sądzi w takim razie o dwóch tytułach profesorskich, jakie kiedyś funkcjonowały?
– Pamiętam dobrze dyskusję, którą prowadziliśmy po ustanowieniu jednego tytułu profesora. Doszliśmy wówczas do wniosku, że skoro jest jeden tytuł, to będzie on raczej równoważny dawnemu tytułowi profesora zwyczajnego. Niestety, życie surowo zweryfikowało nasze zdanie i dziś wymagania wobec kandydatów na profesorów są niższe niż dawniej stawiane kandydatom na profesora nadzwyczajnego.

– Jakie były różnice między wymogami wobec kandydatów na profesorów zwyczajnych i nadzwyczajnych?
– Od profesora nadzwyczajnego wymagano wypromowania jednego czy dwóch doktorów, ustabilizowanego dorobku badawczego, wyjazdów za granicę z wykładami, monografii. Od profesora zwyczajnego wymagano, żeby stworzył wokół siebie środowisko naukowe, grupę badawczą o niekwestionowanych osiągnięciach, znaną na arenie międzynarodowej. Musiał też mieć opracowania monograficzne opublikowane w dobrych wydawnictwach. Profesorowie zwyczajni to byli ludzie, którzy po uzyskaniu tytułu jeszcze czymś się wyróżnili. Dziś np. wymóg wykształcenia doktora bywa kwestionowany, gdyż w ustawie powiedziano tylko, że ma on mieć osiągnięcia dydaktyczne i w szkoleniu młodej kadry. Nie widzę powodu, dla którego profesorowie nie mogliby być oceniani i nie mogliby jeszcze awansować.

– Z raportu podsumowującego ostatnią kadencję CK wynika, że bardzo niewielki procent habilitacji i wniosków profesorskich komisja opiniuje negatywnie, a z tych odrzuconych bardzo wiele uznaje w wyniku odwołań. Jak by Pan to skomentował?
– Okazuje się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Jest to potwierdzenie moich słów, że nie komisja jest winna późnym karierom naukowym w Polsce. W artykule 26. nowej ustawy wprowadzono niewielką zmianę, która, obawiam się, będzie skutkowała dalszym obniżeniem wymagań. Mowa jest bowiem o tym, że tytuł profesora może być nadany osobie, która uzyskała stopień doktora habilitowanego, ma osiągnięcia naukowe lub artystyczne znacznie przekraczające stawiane w przewodzie habilitacyjnym oraz posiada ważne osiągnięcia dydaktyczne, w tym w kształceniu kadry naukowej lub artystycznej. Nie ma zatem wymagania, by te osiągnięcia były uzyskane po ostatnim awansie, czyli po habilitacji. Można sobie wyobrazić sytuację, gdy ktoś, kto po habilitacji nic nie osiągnął, ale np. wypromował doktora, zechce być profesorem. Ten przepis, przy zdecydowanych postawach rad wydziałów i CK, nie byłby niczym złym. Niestety, życie pokazuje, że takich postaw nie można się spodziewać. W raporcie, o którym pan wspomniał, napisano, że wymagania rad wydziałów i CK zbliżyły się. Obawiam się, że opisano w ten sposób fakt obniżenia wymagań stawianych przez komisję, a nie wzrost wymogów rad wydziałów. Dotyczy to wszystkich etapów kariery akademickiej.

– W różnych sekcjach odsetek negatywnie zaopiniowanych wniosków profesorskich i habilitacji jest odmienny.
– Bardzo mały jest odsetek odrzuconych wniosków w sekcji nauk biologicznych, rolniczych i leśnych. Wydaje mi się, że charakter wymagań w poszczególnych sekcjach musi być zróżnicowany tak, jak różne są dziedziny nauki. Natomiast poziom tych wymagań powinien być jednak kontrolowany i porównywalny. Niestety, jest tak, że w silnych dyscyplinach, jak chemia czy fizyka, wymagania są wysokie. W dyscyplinach słabszych liczba odrzuconych wniosków jest niewielka, za to nadaje się dużo stopni doktora habilitowanego i tytułów profesorskich. Warto też zauważyć, że panuje swoiste „socjalne” podejście do tytułu naukowego – sporo wniosków dotyczy uczonych tuż przed emeryturą, którym nie udało się wcześniej uzyskać profesury.

– A jak Pan skomentuje to, że prawie połowa odwołań od negatywnych decyzji komisji jest uwzględniana?
– Członkowie komisji nie są ludźmi nieomylnymi. Przekonują nas racjonalne argumenty. Muszę jednak przyznać, że czasami działa tu zasada zmęczenia materiału. Ponieważ wymagania są już i tak niskie, a praca habilitacyjna czy wniosek jest na granicy tych wymagań, zgadzamy się na awans. Niepokój budzi też coraz powszechniejszy zwyczaj – dotyczy to nawet kilkunastu spraw rocznie – odwoływania się od naszych decyzji do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Taką możliwość daje ustawa.

– Czy komisja przegrywa te sprawy?
– Bardzo często.

– Czy to znaczy, że sądy powszechne podejmują decyzje o przyznawaniu stopni i tytułów naukowych?
– Na szczęście nie. Mogą tylko unieważnić nasze decyzje, gdyż zawierają one uchybienia formalne. W ten sposób proces wnioskowania o habilitację czy tytuł rozpoczyna się od nowa.

– Komisja przyznaje uprawnienia do nadawania stopni naukowych i także w ten sposób może kształtować rozwój kadry akademickiej.
– Obserwujemy spory nacisk na uzyskanie uprawnień do nadawania stopni naukowych w małych ośrodkach akademickich. Gdy niewielki nowy wydział uzyska uprawnienia, najczęściej słyszymy: „wreszcie będziemy mogli kształcić własną kadrę naukową”. To jest prawdziwe nieszczęście! Oni teraz okopią się we własnym środowisku, działając zgodnie z zasadą, że nie można „krzywdzić” kolegów. Tymczasem nie patrzą na to, że prowincjonalne awanse naukowe często szkodzą studentom i polskiemu środowisku akademickiemu. Wzrost kadry w małych uczelniach powinien polegać głównie na imporcie z dużych, silnych ośrodków akademickich, gdzie profesorowie i doktorzy habilitowani depczą sobie po piętach. Wykształcenie doktorów i awans naukowy powinien dokonywać się w najsilniejszych ośrodkach. Tu powstaje pytanie, czy komisja nie szafuje za bardzo uprawnieniami do doktoryzowania i habilitowania? Może mógłby to być element mechanizmu przepływu kadr? Nikt nie zadaje sobie pytania, ile jednostek w kraju powinno mieć uprawnienia do nadawania stopni naukowych w określonych dyscyplinach i które to miałyby być placówki? Dajemy uprawnienia, gdy jednostka spełnia formalne i merytoryczne wymagania.

– Wciąż mówimy o układach koleżeńskich w nauce. To się ociera o granice nierzetelności? Mamy z tym do czynienia także w przypadku coraz liczniej wykrywanych w kraju plagiatów w pracach naukowych.
– Rzeczywiście. Moja smutna refleksja jest taka, że plagiaty są ścigane w Polsce tylko wówczas, gdy pojawia się sygnał, że są one znane za granicą. Z tego powodu niebagatelną rolę odgrywa działalność dr. Marka Wrońskiego. Niektórzy – najczęściej ci, których dotknął swoimi publikacjami – mówią, że jest maniakiem, ale można też powiedzieć, że jest pasjonatem. Bez niego wiele plagiatów uszłoby naszej uwadze lub zostało zatuszowanych dzięki układom towarzyskim w uczelniach. Uczeni mówią, że środowisko akademickie ma zdolność do samooczyszczania. Obawiam się, że tak nie jest.

– Do CK trafił wniosek o odebranie tytułu profesora Maciejowi Potępie. Czy to zmiana kadencji opóźniła załatwienie tej sprawy?
– Tylko w pewnym stopniu. Gdyby rektor od razu powołał komisję dyscyplinarną, która stanowczo ukarałaby winnego plagiatu, sprawa byłaby prosta. Już na początku postępowania władze uczelni popełniły szereg zaniedbań, które teraz procentują na korzyść winowajcy. Potem inny uniwersytet przyjął go na stanowisko profesora. Jak pan widzi, plagiator niekoniecznie jest w środowisku odrzucany. Autorzy niemieccy, których Potępa plagiatował, nie wnieśli przeciw niemu sprawy. I wreszcie przejdźmy do samej komisji: przypadek prof. Potępy jest precedensowy. Tytuł profesora nadawany jest przez prezydenta na wniosek komisji. Zatem z powodów formalnych komisja nie ma prawa tego tytułu odebrać. Może natomiast – i tak zrobiła – wznowić postępowanie, które ma doprowadzić do jednoznacznego określenia zaistniałej sytuacji.

– Prawdopodobnie nie ma w Polsce instytucji, która skutecznie mogłaby przeciwstawić się przewinieniom przeciw etyce działalności badawczej?
– Są różne komisje i zespoły etyczne – np. Rada Główna Szkolnictwa Wyższego i umocowana przy niej komisja dyscyplinarna, Zespół ds. Etyki Naukowej przy KBN. Niestety, chyba nie mają one odpowiednich uprawnień. Komisje dyscyplinarne w uczelniach, które wydają się być powołane do rozpatrywania takich spraw, nie działają sprawnie, być może z powodu swego uzależnienia od rektorów, którym często bardziej odpowiada – co jest zupełnie niezrozumiałe – zatuszowanie sprawy niż jej rzetelne załatwienie z ukaraniem winowajcy włącznie. Informacje o plagiatach docierają do nas najczęściej ze środowisk, w których tych przewin dokonano, jednak docierają anonimowo. Ludzie obawiają się – a życie pokazało, że słusznie – że prędzej ukarany przez własne środowisko zostanie ten, kto plagiat odkrył i podał tę informację do wiadomości publicznej niż plagiator. Pewną nadzieję budzi to, iż w nowej ustawie o stopniach i tytułach jest zapis, który mówi, że uzyskanie stopnia lub tytułu naukowego z naruszeniem prawa lub dobrych obyczajów naukowych może być przesłanką do wznowienia postępowania w tej sprawie. Życie pokaże, czy potrafimy ten zapis wykorzystać w praktyce.

Rozmawiał Piotr Kieraciński

Komentarze