Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2003

Spis treści numeru 5/2003

O genezie syndromu Sokala

Poprzedni Następny

Agora

Minęły czasy, gdy środowisko naukowe tworzyli ludzie, którzy się znali. 
Mieli czas poznać siebie i swoje poglądy osobiście. Paradoks polega na tym, 
że w globalnym świecie jesteśmy coraz bardziej anonimowi. Gubimy się w zalewie 
informacyjnym, a nauka staje się coraz bardziej bezosobowa.

Janusz Trempała

Fot. Stefan Ciechana

 W środowisku akademickim coraz częściej mówimy o niepokojącym zjawisku „rozmycia” kryteriów oceny pracy naukowej. Niby znamy standardy obowiązujące w nauce, lecz czasami nie potrafimy dojść do zgodnej opinii na temat niektórych projektów badawczych, rozpraw czy dorobku naukowego. Obserwujemy również zanik rzetelnej polemiki naukowej na łamach czasopism, co – być może – jest efektem naszych wahań i rozterek w ocenie cudzych wyników badań lub koncepcji. Może być jednak wynikiem po prostu utraty zainteresowania cudzymi pracami, których nie warto czytać.

Parę lat temu amerykański fizyk Alan Sokal przeprowadził ciekawy „eksperyment naturalny”. Napisał nonsensowny, ale dobrze brzmiący tekst, będący zlepkiem cytatów z dzieł francuskich postmodernistów, wykorzystujący w sposób absurdalny autentyczną terminologię zaczerpniętą z matematyki i fizyki. Ciekawiło go, czy tekst ten zostanie przyjęty do druku przez renomowane czasopismo naukowe. Niestety, został on opublikowany. Przez kilka lat dowcip Sokala wywoływał poczucie wyższości wśród przyrodoznawców podśmiewających się z obniżonych standardów rzetelności w naukach humanistycznych. Nie trwało to jednak długo. Ostatnio dwaj bracia, Griszka i Igor Bogdanoff, znani w telewizji francuskiej popularyzatorzy nauki, uzyskali tytuły doktorskie w dziedzinie fizyki na podstawie bezwartościowych prac, będących zlepkiem terminów i cudzych idei. Prace te udało się im opublikować w renomowanych czasopismach, np. w amerykańskich „Annals of Physics” czy brytyjskim „Classical and Quantum Gravity” (za: J. Kowalski-Glikman, Kwantowy stan Griszki z Igorem. „Polityka”, nr 7/2003).

Co się dzieje? Czy te dwie afery są oznaką „końca nauki”, którą wieścił Fukuyama? Myślę, że wręcz przeciwnie. Ich ujawnienie świadczy o zdolnościach nauki do samoobrony przed pseudonaukowością, mistyfikacją i bylejakością. Stajemy się coraz bardziej świadomi choroby, chociaż jeszcze do końca nie znamy wszystkich jej przyczyn. Warto jednak zastanowić się nad nimi i podjąć dyskusję nad tym, co się zmieniło w uprawianiu nauki i co może leżeć u podstaw choroby.

LICZĄ SIĘ PUNKTY

Po pierwsze, minęły czasy, gdy naukowiec, który miał coś ciekawego do powiedzenia, mógł poświęcić się całkowicie aktywności badawczej, był słuchany i miał wpływ na życie umysłowe elit społecznych. Żyjemy w czasach „pracowników naukowych”, których traktuje się jak jednoosobowe spółki prawa handlowego, świadczących usługi na wolnym rynku. „Pracownik naukowy” jest przede wszystkim menedżerem pilnującym swojego biznesu. Uwagę koncentruje na potrzebach „rynku”, możliwościach finansowania, nawet modach, zamiast na własnych, pasjonujących go osobiście ideach i wynikach badań. Wygrywa bowiem niekoniecznie lepszy naukowo, lecz po prostu silniejszy na wolnym „rynku nauki”. W konsekwencji dalszy rozwój wiedzy i cywilizacji został podporządkowany głównie prawom rynku a nie prawom umysłu.

Po drugie, minęły czasy, gdy uczony był skoncentrowany na dążeniu do opublikowania dzieła życia, jako miary jego wielkości. W dążeniu do ilościowego uściślenia ocen wytworów poznawczych pomieszały się nam kryteria wartości w nauce. Lepszy jest nie ten, który potrafi lepiej opisać i wyjaśnić zjawiska obserwowane w świecie, ale raczej ten, kto więcej opublikował, ma więcej cytowań, wygłosił więcej referatów, uzyskał więcej grantów badawczych itp. Nie wszystko w nauce daje się jednak ocenić ilościowo. Wręcz przeciwnie, wskaźniki ilościowe mogą prowadzić do artefaktów i w konsekwencji do niesprawiedliwych ocen. Przykłady można mnożyć. Zdrowy rozsądek podpowiada, że lepszy jest ten, kto w ciągu roku opublikował jeden, ale wnikliwy, porządny i wzbudzający dyskusję naukową artykuł, niż ten, kto „wyprodukował” ich w tym samym czasie dziesięć, pobieżnych w formie i oglądzie świata. Zdrowy rozsądek podpowiada również, że czasami lepszym badaczem jest ten, który ma nieliczne cytowania, niż ten, którego cytują koledzy albo ten, którego praca jest powszechnie przywoływana jako przykład niesolidności czy błędu naukowego. Liczą się jednak „punkty”. Bez nich nie mamy szans na finansowanie badań. I tu koło się zamyka.

W pułapkę tę wpada, jak myślę, zdecydowana większość „pracowników nauki”. Produkujemy artykuły i często publikujemy w czasopismach, których nikt nie czyta, aby wykazać się dorobkiem. Marnujemy czas na uczestniczenie w często bezsensownych, jałowych konferencjach naukowych (nie tylko krajowych!), śpiewając pod nosem za Kubą Sienkiewiczem: „i co ja tutaj robię?”. Niestety, musimy gromadzić „punkty” i marnować czas na inne bezsensowne czynności, bez których nie mamy szans na otrzymanie grantu z Komitetu Badań Naukowych. Bez pieniędzy mamy ograniczone możliwości realizacji projektów badawczych, a w konsekwencji – awansu naukowego czy wygrania konkursu o wyższe stanowisko w uczelni.

ANONIMOWI BIUROKRACI

Po trzecie, minęły czasy, gdy środowisko naukowe tworzyli ludzie, którzy się znali. Mieli czas poznać siebie i swoje poglądy osobiście. Paradoks polega na tym, że w globalnym świecie jesteśmy coraz bardziej anonimowi. Gubimy się w zalewie informacyjnym, a nauka staje się coraz bardziej bezosobowa. Tendencję tę wzmacniamy, lansując – w intencji słuszny – postulat, aby proces opiniowania wniosków badawczych czy wydawniczych był anonimowy. Anonimowość nie sprzyja jednak rzetelności naukowej, rozmywa odpowiedzialność i psuje kulturę życia naukowego. Jakże dziś łatwo utopić własną niekompetencję w szumie informacyjnym lub ukryć zwykłą złośliwość wobec kolegi w często anonimowej ocenie jego pomysłów lub dokonań.
Po czwarte, minęły czasy autonomii środowiska naukowego. Życie naukowe uległo centralizacji i zbiurokratyzowaniu. Biurokratyczne wymagania są podstawą oceny nie tylko uczonych, ale także klasyfikacji ich katedr, instytutów czy czasopism naukowych. Podporządkowujemy się tym wymaganiom, bo od nich zależy podział środków finansowych. Przyjmujemy bezkrytycznie kryteria i reguły życia naukowego narzucone „z góry”, piszemy „tysiące” niepotrzebnych sprawozdań i wniosków, poddajemy się ocenom coraz to nowych ekspertów różnych ciał i organów zarządzania nauką i szkolnictwem wyższym, niezależnie od zdobytej pozycji. Biurokracja wytwarza kuriozalną sytuację braku zaufania do uczonych, szczególnie dotkliwie odczuwanego w środowisku profesorów, z których wielu to autorytety w swojej dziedzinie u szczytu kariery. Niestety, wielu z nas, niepostrzeżenie dla siebie, staje się biurokratami, myląc pełnione role.

WAŻNE PYTANIA

Można byłoby mnożyć możliwe przyczyny choroby toczącej współczesną naukę. Sprowadzając dyskusję do specyficznie polskich warunków pracy naukowej, o jednej sprawie należy w tym miejscu powiedzieć głośno. Otóż, biedna, niedoinwestowana polska nauka i szkolnictwo wyższe, „wrzucone” w nieznany system wolnego rynku, podjęły udaną próbę ratowania się przed bankructwem. Sprostaliśmy lawinowemu zapotrzebowaniu społeczeństwa na edukację. Przy niezmienionym w zasadzie potencjale kształcimy dziś czterokrotnie więcej studentów. Dzięki wzmożonemu wysiłkowi dydaktycznemu nie tylko dorabiamy do własnych pensji, ale ratujemy budżety naszych uczelni, chroniąc je przed inwestycyjną stagnacją, a nawet przed upadkiem. Skutkiem ubocznym jest jednak brak czasu na badania naukowe i zmęczenie, które pogłębia ogólną frustrację i zniechęcenie „pracowników nauki”.

I tu dotykamy istotnych przyczyn „psucia nauki” w naszym kraju. Jako profesor nie potrafię odpowiedzieć sobie na następujące pytania: Czy mam prawo odmówić realizacji dodatkowych zajęć dydaktycznych, skoro wiem, że oczekują tego moi przełożeni, odpowiedzialni za losy mojego wydziału/uczelni albo koledzy z innych wydziałów/uczelni, którzy potrzebują mojego wsparcia dydaktycznego, aby utrzymać ich kierunek studiów, albo by zapewnić odpowiedni poziom kształcenia swoich studentów? Czy mam prawo wymagać pełnego zaangażowania w naukę od moich asystentów i adiunktów, skoro wiem, że ich zarobki w mojej uczelni nie wystarczają do zaspokojenia elementarnych potrzeb młodej rodziny? Czy wobec młodych pracowników nauki muszę stosować wysokie standardy KBN, które z oczywistych względów spełniają zwykle, albo czasami wyłącznie, profesorowie? Odpowiedzi na te pytania nie są łatwe z moralnego punktu widzenia, którego nie wolno nam pomijać w naszych ocenach i dyskusjach.

Powyższe refleksje prowadzą do konkluzji coraz powszechniej formułowanej w środowisku akademickim: system organizacji nauki i szkolnictwa wyższego jest nieefektywny, a nawet – jak starałem się wyżej wykazać – może być patogenny. Trzeba coś z tym zrobić. W zasadzie słuszne standardy i wymagania mogą czasami wyrządzić więcej szkody niż przynieść pożytku. Uwzględniając zmiany, do jakich doszło współcześnie w uprawianiu nauki, musimy chyba powrócić do fundamentalnego pytania: co jest najważniejsze w nauce i co jest miarą wielkości uczonego? Wierzę w zdrowy rozsądek środowiska uczonych, ich instynkt przetrwania i uczciwość.

Prof. dr hab. Janusz Trempała, psycholog, pracuje w Instytucie Psychologii Akademii Bydgoskiej.

 

Komentarze