Komitet urzędników czy uczonych? |
Życie akademickieSpokojnie w przyszłość powinni spoglądać jedynie ci uczeni, którzy mają nie tylko Zbigniew Drozdowicz Prowadzone od dłuższego czasu dyskusje na temat finansowania badań naukowych zdają się potwierdzać przynajmniej jedno – istniejący w tym zakresie stan rzeczy wymaga istotnych zmian. Z założenia takiego wychodzą również autorzy projektu ustawy o finansowaniu nauki. Jego najnowsza wersja – sygnowana datą 15 stycznia 2003 roku – zamieszczona została m.in. na internetowej stronie KBN. Natomiast komentarz do niej – autorstwa ministra nauki i przewodniczącego KBN prof. Michała Kleibera – opublikowany został w dwóch pierwszych numerach „Forum Akademickiego” z 2003 roku. Postawione w nim zostały co najmniej trzy zasadnicze pytania, tj.: „kto, komu i za co ma płacić?” oraz szereg sugestii stanowiących formę ministerialnych odpowiedzi i „podpowiedzi”. Chciałbym ustosunkować się zarówno do tego projektu, jak i tych sugestii. KTO TU RZĄDZI?Zdawałoby się, iż jest rzeczą bezdyskusyjną, że o tym kto, komu i za co płaci w badaniach naukowych powinni decydować ci, którzy sami je prowadzą i potrafią je odróżnić od pseudobadań, a także nieźle orientują się kogo na co stać w nauce. Przekonanie to zdawali się zresztą podzielać współtwórcy KBN, powołanego na mocy ustawy z 12 stycznia 1991 roku. Decyzje o podziale środków na badania naukowe pozostawili bowiem w zasadniczym stopniu w gestii uczonych. Ci ostatni podzieleni zostali na 12 zespołów problemowych, otrzymali do pomocy po kilka sekcji, w których również znaleźli się przedstawiciele poszczególnych dyscyplin. Dodajmy jeszcze, że członków tych zespołów i sekcji wspiera spora grupa osób recenzujących zgłoszone do finansowania projekty badawcze, a o tym, który w ostatecznym rachunku zostanie skierowany do realizacji rozstrzyga się przez konkurs – wedle zasady: niech środki finansowe zostaną przyznane najlepszym z nich, tj. najbardziej wartościowym merytorycznie, rokującym nadzieję na wykonanie zgodne z obowiązującymi standardami naukowymi itd. Zdawałoby się, że mającym coś istotnego do powiedzenia w nauce i – co nie mniej istotne – mogącym to udokumentować (najlepiej publikacjami w liczących się na świecie wydawnictwach) nic innego już nie pozostaje, jak stanąć do konkursu i spokojnie oczekiwać na jego wynik. Być może bywa i tak, że wszystko od początku do końca przebiega zgodnie z tymi teoretycznymi założeniami i oczekiwaniami. Niestety, nie jest mi znany taki przypadek. Znam natomiast projekty, przy realizacji których od samego początku pojawiają się różnorakie problemy, i to niezwiązane z badaniami, lecz z zatrudnionymi w KBN urzędnikami. Rzecz jasna, są oni w tej instytucji niezbędni – chociażby po to, aby panować nad przepływem różnego rodzaju pism od uczonego do Komitetu (i oczywiście w drugą stronę), a także by dopilnować, aby wszystko przebiegało zgodnie z prawem. Wygląda jednak na to, że przynajmniej niektórzy z nich widzą siebie nie tylko w tej pomocniczej roli, lecz chcieliby odegrać rolę znacznie poważniejszą – być może nawet kogoś, bez kogo przedsięwzięcie nazywane „grantem badawczym KBN” nie miałoby sensu. Do tego rodzaju przypuszczeń skłaniają mnie m.in. zachowania owych ambitnych urzędników – wynika z nich, że Komitet to właśnie owi urzędnicy, natomiast ten czy ów członek organu kolegialnego KBN, to tylko ktoś, kto funkcjonuje w nim okazjonalnie i wykonuje (dopóki nie zostanie zastąpiony przez kogoś innego) okazjonalne zadania. Z demonstrowaniem takiego przekonania związane są oczywiście określone działania – takie chociażby, jak wyszukiwanie coraz to nowych przeszkód w skierowaniu projektu do realizacji (mimo iż otrzymał on wysoką ocenę w sekcji i został umieszczony na wysokiej pozycji w rankingu zespołu problemowego), czy też „załatwianie” każdej, nawet najdrobniejszej sprawy w takim tempie, że w końcu uczony-petent, mający trudności ze zrozumieniem „kto tu rządzi”, albo to zrozumie (i zaakceptuje), albo też znajdzie inne źródło finansowania. Powiem wprost: byłem i jestem grantobiorcą KBN, ale zarówno w przeszłości, jak i obecnie, sporo czasu i energii zabrało mi „edukowanie” się w zakresie podziału ról decyzyjnych w tej, w końcu publicznej, instytucji. Do końca zresztą nie jestem przekonany, że jest on taki, jak być powinien. Dlatego m.in. pozwalam sobie postawić pytanie: czy jest to, a w każdym razie być powinien, komitet urzędników, czy uczonych? KOMPETENCJA I OBIEKTYWIZM?Patrząc z tego punktu widzenia na projekt ustawy o finansowaniu nauki nie mogę niestety powiedzieć, że gwarantuje on uczonym merytoryczne rozstrzyganie o przydziale środków na konkretne badania. Przeciwnie, dostrzegam w nim zapisy, które wręcz zdają się zachęcać do myślenia, że instytucja finansująca badania naukowe – ma ona nosić nazwę Ministerstwa Nauki i Informatyzacji – jest przede wszystkim „urzędem” i rządzą w nim urzędnicy. Już na samym wstępie twierdzi się, że Środkami finansowymi (...) dysponuje minister właściwy do spraw nauki (art. 1, pkt 2), natomiast w uzasadnieniu do proponowanych zmian dodaje się, że dotychczasowe współistnienie dwóch naczelnych organów administracji rządowej, tj. kolegialnego Komitetu Badań Naukowych oraz ministra właściwego do spraw nauki (...), ogranicza uprawnienia ministra w sprawach kreowania i realizacji polityki naukowej i naukowo-technicznej państwa, a także jako dysponenta części budżetu państwa. Dalej wprawdzie dodaje się, że przy wprowadzaniu zmian w systemie finansowania nauki należy zachować uczestnictwo przedstawicieli środowiska naukowego przy rozstrzyganiu najważniejszych spraw dotyczących nauki, a także przy przyznawaniu i rozliczaniu środków finansowych, jednak uczestnictwo to nie powinno obejmować uprawnień o charakterze stanowiącym. Owo „uczestnictwo” to „Rada Naukowa” („organ opiniodawczo-doradczy ministra”), której członków powołuje i odwołuje minister (rozdz. 4, art. 21). W gestii ministra pozostawać ma również m.in. ustalenie regulaminu wyborów kandydatów do Rady oraz regulaminu jej działania, powoływanie zespołów specjalistycznych lub interdyscyplinarnych oraz określanie zadania i trybu pracy Zespołów. Nie powinno to pozostawiać większych wątpliwości, że w świetle tego projektu władza stanowiąca odebrana została „radom” i skupiona została w jednym „ręku”, tj. ministra nauki i informatyzacji. W tej sytuacji można zapytać: jak z takim ogromem władzy jest on sobie w stanie poradzić? Rzecz nawet nie w tym, że jest on jeden, ale także, a nawet przede wszystkim w tym, że badania naukowe są ogromnie zróżnicowane i nawet gdyby był on wybitnym uczonym w swojej dyscyplinie, nie jest w stanie ich wszystkich ogarnąć. Z wypowiedzi obecnego ministra nauki w „Forum Akademickim” wynika, że jest on świadomy zarówno niebezpieczeństwa zbyt daleko idącej centralizacji, jak i braku kompetencji przy podejmowaniu decyzji finansowych. Mówi bowiem nie tylko o potrzebie „decentralizacji decyzji finansowych”, ale także o zapewnieniu przedstawicielom środowiska naukowego ważnej roli przy ocenianiu instytucji prowadzących badania, oraz kluczowej roli przy opiniowaniu projektów badawczych w poszczególnych dziedzinach. Mówi tam również o potrzebie powołania – obok „zespołów dziedzinowych” – takich oderwanych od doraźnych interesów dyscyplinowych i instytucjonalnych ciał kolegialnych, jakimi byłyby zespoły ds. polityki naukowej, wdrożeń i odwołań. Decentralizacji decyzji finansowych sprzyjać miałoby również staranie się przez badaczy o środki w różnych instytucjach i urzędach bądź fundacjach. Odpowiedzi na pytanie, czy to wszystko wystarczy, aby zdecentralizować finansowanie badań naukowych, dostarczy zapewne samo życie. Rzecz jasna, nie można wykluczyć, że w końcu przy podziale środków na badania naukowe będzie mniej więcej tak, jak być powinno, tj. kompetencją i obiektywizmem kierować się będą zarówno ci, którzy je otrzymują, jak i ci, którzy decydują o ich podziale, a przynajmniej nie próbuje się szukać „drogi na skróty”, czy ośmieszać w praktyce prawodawcze zamysły i pomysły (ujawniając ich różnorakie słabości). Nie można jednak również wykluczyć, że do głosu dojdzie tutaj to, co w polskich realiach już niejednokrotnie dawało znać o sobie, tj. realne przejmowanie przynajmniej części formalnoprawnej władzy przez tych, którzy są w jej najbliższym otoczeniu. A znajdą się tam zapewne nie tylko współtworzący organy kolegialno-doradcze nieliczni uczeni, ale także różnego rodzaju „politycy” (z cudzysłowem i bez cudzysłowu) oraz jakże liczni urzędnicy, czyli – jak ich się nazywa w art. 25 – „ministerstwo obsługujące ministra”. KTO MOŻE SPOKOJNIE PATRZEĆ W PRZYSZŁOŚĆ?Postawienie tego pytania podyktowane jest przede wszystkim dosyć powszechnym odczuciem środowiska naukowego, że w KBN bardzo trudno otrzymać pieniądze, ale tylko niektórym. Jest bowiem grupa grantobiorców, która uzyskuje je dosyć regularnie. Nie budziłoby to specjalnego zdziwienia, gdyby byli to sami znani i uznani uczeni lub przynajmniej ci, którzy w stosunkowo krótkim czasie mogą uzyskać taką pozycję. Rzecz jednak w tym, że przynajmniej niektórzy z nich ani jej nie mają, ani też nic nie wskazuje na to, że w dającym się przewidzieć czasie ją uzyskają. Muszą jednak mieć jakieś „atuty” – bez nich przecież nie otrzymaliby niekiedy całkiem pokaźnych pieniędzy. Jakie? Na to pytanie nie znajdzie się wprawdzie jednej, czy przynajmniej jednoznacznej odpowiedzi, lecz należałoby podjąć stanowcze kroki, aby ustanowiona przez nową regulację prawną instytucja finansująca badania naukowe nie stała się kolejną „republiką kolesiów”. Bez wątpienia, autorzy przywoływanego tutaj projektu ustawy mają świadomość tego stanu rzeczy, chociaż w samym projekcie na ten temat mówi się dosyć ogólnikowo; z reguły w powiązaniu z ogólną polityką „naukową i naukowotechniczną państwa”. Nieco konkretniej określa się to w ministerialnym uzasadnieniu do projektu ustawy – np. w konkretyzacjach do jej art. 8 (dotyczącego m.in. finansowania projektów badawczych) mówi się m.in. o projektach badawczych zamawianych przez ministra, stanowiących ważny instrument realizacji polityki naukowej i naukowo–technicznej państwa, mających na celu integrację środowiska naukowego, w tym z udziałem organizacji gospodarczych, wokół dużych, złożonych i spójnych programów badań naukowych i prac rozwojowych, ukierunkowanych na tworzenie polskich specjalności w nauce i w gospodarce. Jednoznacznie mówi na ten temat minister Kleiber w przywoływanym tutaj artykule, zwłaszcza w jego drugiej części. Twierdzi tam m.in., że w sytuacji braku środków niektórzy wybrani przedstawiciele uczelni i instytutów badawczych odchodzą od roli kreatorów polityki naukowej państwa na rzecz starania się o środki dla reprezentowanych przez siebie środowisk. (...) Sytuacja przypomina ów targany burzą okręt z kazania księdza Skargi – zamiast wspólnie refować żagle i ustawiać ster, każdy pilnuje jedynie swego dobytku. Co się faktycznie kryje za tą sugestywną metaforą, może dopowiedzieć każdy, kto ileś tam razy – z niezrozumiałych dla niego i jego środowiska względów – został odesłany z kwitkiem od kasy KBN. Nie chciałbym jednak tutaj tego wątku kontynuować (bo musiałbym wkroczyć na konfliktogenny grunt patologii życia naukowego). Chciałbym natomiast zwrócić uwagę na pojawiającą się kwestię, którą w projekcie ustawy nazywa się – w zależności od kontekstu – „realizacją polityki naukowej i naukowo-technicznej państwa”, „realizacją programu rozwoju regionalnego”, „wyrównywaniem poziomu nauki i techniki w poszczególnych regionach” itp., natomiast w uzasadnieniu do tego projektu kształtowaniem i realizacją takiej polityki naukowo-technicznej państwa, która wspiera rozwijanie gospodarki opartej na wiedzy, a także rozwój samej wiedzy. I w tym przypadku konkretyzacje tych ogólnikowych sformułowań znajdują się w artykułowych „dopowiedzeniach” ministra Kleibera. Wychodząc z raczej oczywistego spostrzeżenia, że selekcja tematyki badawczej staje się nieuchronna, przechodzi on do już dyskusyjnego twierdzenia, że Tylko niektóre kierunki badań mogą być kontynuowane, rozwój zaś innych, nie uznanych za kluczowe, nie będzie wspierany. Nasuwa się dręczące niejednego z uczonych pytanie: które z kierunków badań będą kontynuowane, które zaś zaniechane? Minister nie udziela na nie wprawdzie jednoznacznej odpowiedzi, niemniej wynika ona z innych jego wypowiedzi, takich chociażby, jak wskazanie (tytułem przykładu) na takie społecznie użyteczne badania, jak produkcja genetycznie zmodyfikowanej żywności, badania genetyczne w medycynie czy decyzje dotyczące zagrożeń ekologicznych. Najkrócej rzecz ujmując, grupę kierunków badań i prowadzących je uczonych ma wygenerować – jak to się kiedyś mówiło – „zapotrzebowanie społeczne”, a dzisiaj nazywa się to po prostu „rynkiem”. Odpowiedź ministra na postawione tutaj zasadnicze pytanie zdaje się „kręcić” gdzieś w tym rejonie. Co to w praktyce oznacza? Mniej więcej tyle, że albo niektóre badania (i uczeni) „wyżywią się same” (korzystając ewentualnie z pomocy instytucji i osób prywatnych), albo znajdą się na liście „do odstrzału” i zapewne, po wejściu w życie nowych zasad finansowania, zostaną „odstrzelone”. Jakkolwiek to oceniać, spokojnie w przyszłość powinni spoglądać jedynie ci uczeni, którzy mają nie tylko pomysł na badania, ale także na wykorzystanie ich wyników w praktyce. „UTOPIŚCI”Na koniec chciałbym jeszcze parę zdań powiedzieć na temat tych, którym przyszłość nie jawi się, a przynajmniej nie powinna jawić się jasno. Przez przekorę nazywam ich „utopistami”. Są to raczej „tradycyjni” uczeni, czyli tacy, którzy ani nie opanowali do końca uprawiania nauki jako „sztuki rynkowej”, ani nawet nie są przekonani, że powinni ją opanować. Rzecz jasna, w projekcie ustawy o nich się nie zapomina. Świadczą o tym m.in. zapisy, w których się mówi o tzw. badaniach podstawowych oraz badaniach własnych (rozumie się przez to badania naukowe i prace rozwojowe oraz zadania z nimi związane, służące rozwojowi kadry naukowej oraz specjalizacji naukowej szkoły wyższej lub sieci naukowej). Wprawdzie nie mogę ich odnaleźć w ministerialnym uzasadnieniu do tego projektu (być może należałoby ich szukać wśród tych, którzy powinni myśleć o pozyskaniu zwiększonych środków ze źródeł pozabudżetowych, w tym ze źródeł zagranicznych), jednak w cytowanym tutaj artykule ministra Kleibera pojawiają się oni kilkakrotnie. Z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że są to m.in. uczeni, którzy prowadzą – w pojedynkę lub w małych, opartych najczęściej na koleżeńskich układach grupach – badania, rozwijając tematykę kształtowaną przez własne zainteresowania i zakładają, że w warunkach tak rozumianej wolności twórczej zdolny badacz osiągnie rezultaty z zasady przydatne społecznie. Osobom tym autor tego artykułu mówi wprost: badania naukowe weszły w fazę, w której wymarzona przez wielu uczonych autonomia procesu badawczego i niezależności procesu badawczego od kontekstu społecznego staje się całkowitą utopią. Nie są to niestety jedyne „przykre” słowa wypowiedziane pod ich adresem przez ministra Kleibera, bez wątpienia, poza wszystkim innym, autentycznego uczonego (specjalistę w dziedzinie mechaniki i informatyki stosowanej). Można się domyślać, że m.in. o nich chodzi również w miejscach, w których wskazuje na trudności w „rozliczaniu” niektórych badań oraz na to, że są one coraz mniej zrozumiałe dla finansujących je społeczeństw. Nie mam oczywiście zamiaru bronić „uczonych”, którzy wymyślają pseudoproblemy „naukowe” i „drążą” je tak długo, aż w końcu sami zapominają, że były to jedynie działania imitacyjne, pozwalające im „trwać” w środowisku i przechodzić pomyślnie kolejne oceny okresowe „działalności naukowo-badawczej”. Nie mam również zamiaru bronić tych, którzy podejmują wprawdzie autentyczne problemy naukowe, ale tak marginalne, że wydawanie na ich rozwiązanie społecznych środków byłoby zwyczajnym marnotrawstwem. Chciałbym natomiast stanąć w obronie uczonych podejmujących badania, których pożytku społecznego nie tylko nie można „z góry” przewidzieć, ale także nie wiadomo, czy w ogóle są one rozwiązywalne. Chciałbym również bronić tych badań, o których można z pewnym prawdopodobieństwem powiedzieć, że mogą być wprawdzie użyteczne społecznie, ale z całą pewnością ani nie szybko, ani nie przy założeniu, iż w ostatecznym rachunku w nauce chodzi o praktyczno-materialną użyteczność. Staję także w obronie tych badań, które nie są ani być nie mogą prowadzone przez wielkie, międzynarodowe zespoły badaczy, bo dotyczą albo kwestii lokalnych (jak to niejednokrotnie ma miejsce w naukach społecznych), albo też ich specyfika powoduje, iż są w stanie przyciągnąć uwagę stosunkowo nielicznej grupy osób. Pozostaje oczywiście trudna do rozwiązania kwestia sposobu oceniania i finansowania tych uczonych i ich badań. Niestety, nie mam w tej mierze żadnego genialnego pomysłu. Jestem jednak głęboko przekonany, że należałoby dać realną szansę funkcjonowania w nauce tym i wielu jeszcze innym „utopistom”. Obawiam się przy tym, że po przyjęciu rynkowej koncepcji nauki będą oni nie tyle „funkcjonować”, co „egzystować” na marginesie życia naukowego. Prof. dr hab. Zbigniew Drozdowicz, historyk filozofii, pracuje w Instytucie Filozofii UAM w Poznaniu.
|
|
|