Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2003

Spis treści numeru 6/2003

W poszukiwaniu niebieskich migdałów

Poprzedni Następny

Życie akademickie

Dylemat dotyczący rozdziału pieniędzy przeznaczonych na finansowanie nauki występuje bez względu na to, czy państwo przeznacza środki w kategoriach finansowania, 
czy podtrzymywania nauki. Jest to dylemat nienowy i obrośnięty wielowiekową 
literaturą dotyczącą celu uprawiania nauki.

Jan Klamut

Fot. Stefan Ciechan

Politycy na całym świecie hołdują celowi sformułowanemu przez Bacona na przełomie XVI i XVII wieku. Wicehrabia St. Albanos, baron of Verulam Franciszek Bacon, lord kanclerz monarchii brytyjskiej, pisał: Tyle mamy władzy, ile wiedzy, a Prawdziwy iwłaściwy cel nauk to nic innego, jak wyposażenie ludzkości w nowe wynalazki i środki. Ani rozkosz zaspokojenia ciekawości, ani spokój, jaki przynosi rozwiązanie kwestii, ani wywyższenie ducha, ani zysk zawodowy, ani ambitne dążenie do zaszczytów lub rozgłosu, nie stanowią prawdziwych celów poznania. Opanowanie przyrody ma bowiem cel dalszy... ma służyć poprawie ludzkiej doli, ma doprowadzić do tego, aby przez nią życie ludzkie obdarzone zostało nowymi wynalazkami i bogactwami. Tak pojęte zadania uczonych pozostawiały poza sferą naukowych poszukiwań odpowiedzi na pytanie „dlaczego?”. Wystarczą przecież odpowiedzi na pytanie „jak?”. W ten sposób, poza sferą zainteresowań pozostała nauka „niepraktyczna”. Bacon był człowiekiem konsekwentnym. Gdy po udowodnieniu mu przez sąd przyjmowania łapówek stracił „posadę” i po krótkim pobycie wTower wyszedł na wolność, zajął się nauką właściwą. Rozpoczął badania wpływu „zimna” na organizmy. Warto przy tym wspomnieć, że został on uznany (wraz z Kartezjuszem) przez Kanta za twórcę nowożytnej filozofii, przez Marksa za pioniera materializmu i jest również interesujące, że tłumacząc się przed sądem z brania łapówek udowodnił, iż nie miały one żadnego wpływu na podejmowane decyzje.
Jeśli chodzi o cel nauki, to znacząca część uczonych hołduje tezie wygłoszonej przez Hermana L.F. von Helmholtza, lekarza, fizyka, fizjologa i filozofa. Helmholtz w 1862 roku napisał: Naukowcy dla dobra całego narodu i niemal zawsze na jego żądanie i z jego funduszy starają się pomnożyć wiedzę, która może służyć wzrostowi przemysłu, dobrobytu i piękna życia, ulepszeniu organizacji państwa oraz rozwojowi moralnemu. Nie wolno przy tym szukać żadnego bezpośredniego zastosowania, jak to często czynią ignoranci. Wszystko to, co dostarcza nam wiedza o siłach natury oraz siłach ducha ludzkiego, ma wartość i może okazać się użyteczne, zwykle w miejscu, w którym najmniej można byłoby się tego spodziewać. On również realizował tak sformułowany cel. W fizyce stworzył m.in. matematyczne zasady zachowania energii, w termodynamice „wymyślił” energię swobodną, wniósł istotny wkład do hydrodynamiki i akustyki. Pracował w zakresie fizjologii zmysłów i układu nerwowego, opracował teorię akomodacji oka. W filozofii był kantystą i zajmował się teorią poznania, jako lekarz skonstruował do dzisiaj używany oftalmoskop i lustro laryngologiczne czołowe.

POLITYK I UCZONY

To wszystko napisałem po to, aby zachęcić do poważnego potraktowania jego opinii. Do opinii Helmholtza jestem przekonany, jedynie nie sądzę, aby można było tak ostro potraktować tych, którzy dążą do bezpośrednich zastosowań. Są niezmiernie potrzebni, godni szacunku i nie można nie zauważyć, że ich praca też wymaga wiedzy i często wkładu intelektualnego, a więc i w tym zakresie „ignoranci” nie mają szans. Należy przy tym zauważyć, że jest to łatwiejsze pole działania dla maniaków i oszustów. Trzeba jednak zdecydować się, czy dać wiarę Helmholtzowi, którego odkrycia stanowiły kamień milowy w rozwoju wiedzy użytecznej, czy Baconowi, który głosząc konieczność skrupulatnego rejestrowania wszelkich przykładów działania zimna przeziębił się badając skutki działania mrozu na kurczaki i zmarł – męczennik nauki zajmującej się bezpośrednimi zastosowaniami.

Obecnie, tak jak było na przełomie XIX i XX wieku, pojawiają się filozofowie, którzy za podstawowe zadanie uznają dążenie do odpowiedzi na pytanie „jak?”, a za niepotrzebne (a czasem ogłaszane nawet za niemożliwe do uzyskania) szukanie odpowiedzi na pytanie „dlaczego?”. Jestem zwolennikiem tezy o wysokiej wartości i konieczności poszukiwania odpowiedzi na pytanie „dlaczego?”, po zdobyciu wiedzy przez odpowiedź na pytanie „jak?”. Tak zbudowana nauka prowadzi do rozwoju człowieka i zapewnić może zdrowy, przyjazny ziemi i wszystkim jej mieszkańcom wszechstronny rozwój zbiorowości i jednostki. Takie badania nazywa się często badaniami podstawowymi i wręcz z zasady są to badania, których bezpośrednim celem nie jest zastosowanie w praktyce osiągniętych wyników. To jest nauka opisywana przez Helmholtza. Podstawowym dylematem rozstrzyganym i dyskutowanym, dylematem którego rozwiązanie zdefiniuje naszą przyszłość, jest odpowiedź na pytanie, czy znajdą się środki wsparcia badań podstawowych, a więc zarazem: w jakim stopniu skoncentrujemy się na rozwiązywaniu problemów bezpośrednich zastosowań. Ale nie może tu być dychotomii, bo zapomnienie o bezpośrednich wdrożeniach spowolni (lecz jedynie spowolni!) nasz wyścig za najszczęśliwszymi, a zapomnienie o badaniach podstawowych wprowadzi nas na równię pochyłą, wiodącą do zajęcia na stałe pozycji pucybutów na zasiłku dla „nieudaczników”. Wszystkie inne dyskusje, a to czy samorząd uczonych ma dzielić pieniądze, czy kto inny, a to czy instytuty Akademii Nauk mają dostawać pieniądze od organu centralnej administracji, czy od centralnych struktur typu samorządowego (PAN-u) są walką o różne zapachy i kolory kosmetyków, a więc mają znaczenie drugorzędne, a nie podstawowe. Naprawdę nie potrafię z pełną odpowiedzialnością dokonać wyboru, czy lepiej, jeśli pieniądze dzieli (autokratycznie) centralny urzędnik radzący się naukowców, czy autokrata, bo wielce uczony naukowiec, wybrany „demokratycznie” (i po wyborze zupełnie nie zwracający uwagi na otoczenie).

MILE WIDZIANE

Nauka bezpośrednio użyteczna leżała i leży w sferze zainteresowań i finansowania Wspólnoty Europejskiej. Mile widziane są projekty zgłaszane do finansowania, które mają bezpośrednie przełożenie na zastosowania i na dodatek, jeśli w nich uczestniczy (najlepiej finansowo) jakaś korporacja czy zakład produkcyjny. Tworzy to zresztą swoisty rodzaj paradoksów. Miałem okazję to obserwować w ramach tzw. grantów, sieci i programów europejskich. We wnioskach o finansowanie najlepiej napisać o współpracy i współudziale udokumentowanym pisemną deklaracją jakiegoś producenta, najlepiej wielkiego koncernu. Po „realizacji” są oceniane bardzo dobrze, nawet jeśli nie kończą się zastosowaniem, wystarczy w sprawozdaniu opisać, w jaki sposób przybliżono się do zastosowań.

W ramach Wspólnoty istnieje przy tym nie tylko system programów dystrybuujących środki na określone projekty badań, mających za zadanie przede wszystkim osiągnięcie wyników praktycznych, ale finansuje się również tzw. wielkie instalacje badawcze. Dotyczy to wielkich instytutów wyposażonych w jedyną w swoim rodzaju aparaturę pomiarową, której konstrukcja, budowa i często eksploatacja jest bardzo kosztowna. Nie stać na nią bardzo często nawet i bogatych krajów. Powstają one najczęściej dzięki porozumieniu i współfinansowaniu grup krajów. Najczęściej są to takie urządzenia, jak stosy atomowe lub przyspieszacze cząstek.

W Polsce też istnieje jednostka, która była wprawdzie droga w budowie, lecz nie jest tak droga w eksploatacji. To Międzynarodowe Laboratorium Silnych Pól Magnetycznych i Niskich Temperatur we Wrocławiu, dysponujące możliwościami pomiarowymi w silnych polach magnetycznych o wyjątkowych w skali światowej możliwościach. Powróćmy do polityki Wspólnoty. Te wielkie instalacje wykorzystywane są nie tylko przez naukę służącą bezpośrednim zastosowaniom, ale i w badaniach podstawowych, tak chwalonych przez Helmholtza.

W wielu krajach świata istnieje również system placówek badawczych, które za swoje zadanie przyjęły prace naukowe w zakresie badań podstawowych (w wielu przypadkach uznane za główne). Do takich należą np.: laboratoria narodowe w USA, laboratoria CNRS we Francji, a niedaleko nas, w Niemczech, wyśmienite instytuty naukowe Towarzystwa Maxa Plancka. W Polsce ich odpowiednikami są instytuty Polskiej Akademii Nauk. Można to zresztą zilustrować przykładem Instytutu Niskich Temperatur i Badań Strukturalnych PAN, który kilka lat temu stał się, na podstawie oficjalnej umowy, instytutem partnerskim z Towarzystwem Maxa Plancka.

Po utracie stanowiska przez ostatniego komisarza Unii zajmującego się „nauką” rozpoczęto dyskusję nad tezą, że najpoważniejsze w skutkach zapóźnienie nauki w Europie wobec USA i Japonii jest związane z „odstawaniem” Europy w zakresie badań podstawowych, a więc nie nauki dotyczącej bezpośrednich zastosowań. W związku z tym rozpoczęto wypracowywanie nowego programu, który nazwano Europejską Przestrzenią Badawczą. Wszystko wskazuje na to, że w procesie budowy powstał program, który znowu niewiele się różni od poprzednich działań. Znowu duch polityka, XVII-wiecznego kanclerza brytyjskiego, zwycięża nad duchem naukowca, twórcy podstaw fantastycznych zastosowań – nowej cywilizacji.

PIŁKA NA BOISKU PAŃSTWA

Są więc w sferze nauki dwie podstawowe kwestie wymagające nowych rozwiązań. Po pierwsze, w tej części nauki, która ma bezpośrednie zastosowanie. System używany we Wspólnocie i w Polsce nie jest w tej sferze właściwie efektywny. Jak można sądzić, wynika to z faktu, że, jak wykazała praktyka, tego typu systemy są najbardziej efektywne wtedy, gdy dofinansowuje się np. jednostki przemysłowe lub stosuje wobec nich ulgi podatkowe, gdy kreują one programy naukowe (wspólnie z jednostkami naukowymi), aby unowocześnić swoją produkcję. Nowa technika rodzi się przede wszystkim wtedy, gdy powstaje „efekt ssania” nowych technologii u producentów, a nie gdy próbuje się wywołać „efekt tłoczenia” po stronie nauki. Często za dowód tej tezy, znany ekonomistom, służy przykład Wielkiej Brytanii po drugiej wojnie światowej. Będąc wiodącą w nowych rozwiązaniach technicznych na świecie, Wielka Brytania nagle zaczęła obsuwać się na drugorzędne pozycje i wykazano, że było to związane nie z cofaniem się jej nauki, lecz z upadkiem tendencji do nowych rozwiązań po stronie przemysłu. Prowadziło to do zmniejszenia środków na naukę i exodusu uczonych poza granice, w szczególności do USA.

Nawet doktrynalni, klasyczni liberałowie (można mieć wrażenie, że najwięcej jest ich w Polsce) nie mają wątpliwości, iż państwo powinno prowadzić politykę interwencyjną w sprawie rozwoju technologicznego. Biorąc pod uwagę tego typu doświadczenia i konstatacje, wydaje się oczywistym wniosek, że czeka nas w tym zakresie wypracowanie instrumentarium, przy czym instrumentem niezbędnym jest oddziaływanie państwa w pierwszym rzędzie na zakłady produkcyjne. Nie nauka i naukowcy odpowiadają za zapóźnienie techniczne Polski i nie oni są kluczem do nadrabiania straconych lat. Piłka jest na boisku państwa, właścicieli zakładów produkcyjnych, a przede wszystkim menedżerów produkcji. Z tego winny wynikać długoplanowe zadania traktowane jako najważniejsze przez polityków. Niestety, nie zajmują one ich uwagi, gdyż myślenie polityków jest obarczone „kompleksem kadencyjności”.

Drugą ważną kwestią, która znalazła u nas jako takie rozwiązanie, jest odpowiedź na pytanie, w jaki sposób sponsorować badania podstawowe. System przyznawania projektów badawczych sprawdził się w zasadzie i wymaga jedynie drobnych korekt, z wyjątkiem jednej sprawy. System ten wymaga wyraźnego usprawnienia przez ułatwienia w konstrukcji wielośrodowiskowych projektów badawczych, jednoczących wysiłki uczonych z wielu ośrodków, a szczególnie wielu specjalności.

WIEDZĄ, ALE NIE LUBIĄ

Na polską naukę w zakresie badań podstawowych nie powinniśmy zbyt mocno narzekać. Tak się składa, że w rankingach światowych takie dziedziny nauki, jak np. polska fizyka i chemia, znajdują się od wielu lat w pierwszej dwunastce. Gdy polski naukowiec wygłasza wśród wybranych tzw. proszony wykład na renomowanej światowej konferencji, co nie tak rzadko się zdarza, można mieć satysfakcję. Walczmy o konkurencyjność w technice i gospodarce, lecz nie zapominajmy o naszych tradycyjnych, z trudem podtrzymywanych przewagach.

Przy czym trzeba powiedzieć, że nauka w zakresie badań podstawowych jest najmniej przewidywalna. Nikt nie potrafi precyzyjnie określić, które z badań możliwych do podjęcia da wynik istotny dla rozwoju nauki i gospodarki. W chęci określenia wagi zagadnień poznawczych kryją się więc poważne niebezpieczeństwa. Ukuto nawet dla takich prac odstraszający polityków termin blue sky research, czego odpowiednikiem w języku polskim może być powiedzenie „poszukiwanie niebieskich migdałów” (Takie zgrabne tłumaczenie znalazłem w bardzo ciekawym artykule prof. Galara Gospodarka oparta na wiedzy i innowacje przełomowe [w:] Gospodarka oparta na wiedzy. Wyzwanie dla Polski w XXI wieku, Wyd. KBN, Warszawa 2001.). Jak ładnie to współgra z poglądami Bacona i z jego twierdzeniem: „umysłowi ludzkiemu nie skrzydeł potrzeba, lecz ołowiu”.

Trzeba jednak pamiętać, że nauka, wiedza i umiejętności są sprzężone nierozerwalnie i wzajemnie się determinują. Można z tego wywieść przekonanie o wadze nauk podstawowych, karmiących się pasją poznania i zrozumienia świata i siebie. Nauk, które zamiast cytowanego żartobliwego określenia wolę nazywać terminem angielskim know-why, z której rodzi się wiedza (know-what) i umiejętności praktyczne (know-how).

Pytanie o istnienie czy rozwój badań podstawowych jest w Polsce dodatkowo dramatyczne, bo na świecie głównym źródłem finansowania takich badań jest państwo. Amam wrażenie, że rządy w naszym kraju w ostatnich kilkunastu latach udają, że wiedzą, jak ważna jest nauka i badania podstawowe, ale ich po prostu nie lubią. Dowodem na to może być wypowiedź z artykułu opublikowanego w „FA” przez ministra nauki prof. M. Kleibera, dotycząca wielkości udziału procentowego nakładów na naukę w stosunku do produkcji krajowej brutto. Bo przecież nie mówimy o dużych wydatkach. Podniesienie o 50 proc. wydatków na naukę obciążyłoby budżet państwa o 0,2 proc., a jest to wielkość dużo mniejsza od błędu, jaki z natury rzeczy popełnia minister finansów przedstawiając budżet. A więc wielkość niezauważalna. Nie ma wobec tego racjonalnych powodów, aby utrzymywać tego typu postępowanie, dlatego sprawa rozgrywa się w kategoriach – lubię, nie lubię.

TRZECIA KATEGORIA

Przykładem takich pomyłek może być budżet w sferze „nauka” na 2003 rok. W przygotowywanym przez rząd budżecie państwa pod nazwą Nauka (część 28, dział 730 i 750) kryją się pieniądze przeznaczone na naukę dystrybuowane przez ministra nauki (poprzednio przez KBN). Z tego, co rozumiem, wysokość preliminowanych na ten dział pieniędzy powstaje w kłótni z ministrem finansów. O „ostrych dyskusjach” w tej sprawie na forum rządu byliśmy w ostatnich latach informowani. Wierzę, że kolejni profesorowie na stanowisku przewodniczącego KBN, a ostatnio będący równocześnie ministrami nauki, naprawdę robili wszystko, by preliminowaną kwotę podnieść. Wierzę, że kolejni ministrowie-profesorowie (O tempora! O mores!) na stanowisku ministra finansów robili wszystko, aby kwoty tej, zaprojektowanej przez siebie, nie podnosić. Ale wierzę, że kolejni przewodniczący KBN, będący równocześnie ministrami nauki, podziału środków (tzw. podziału pierwotnego) wewnątrz części Nauka nie musieli uzgadniać w walce – po prostu od nich on zależał.

I tak, na rok 2003 (po kosmetycznej poprawce parlamentu), na część Nauka przyznano 2 730 494 tys. zł. Podział pierwotny, uchwalony przez Sejm, przewiduje na „projekty badawcze i celowe w dziedzinie nauk przyrodniczych” 188 402 tys. zł, „w dziedzinie nauk technicznych” 443 630 tys. zł, „w dziedzinie nauk społecznych, humanistycznych i ścisłych” 49 700 tys. zł. Najpoważniejszą pozycję stanowi „działalność statutowa i inwestycyjna jednostek naukowych oraz badania własne szkół wyższych” – 1 957 301 zł. Cztery wymienione „rozdziały” budżetu państwa stanowią około 97 proc. środków przeznaczonych na część Nauka. Warto z liczb tych odczytać preferencje KBN związane z poszczególnymi „rozdziałami”. Preferencje te najlepiej widać, jeśli zestawi się dane z budżetów na 2002 i 2003 rok. W zakresie projektów badawczych i celowych kwoty na nauki przyrodnicze podniesiono o 19 880 tys. zł, to jest o około 12 proc., na nauki techniczne o 61030 tys. zł, to jest aż o 16 proc., a w zakresie nauk społecznych, humanistycznych i ścisłych wielkość kwot pozostawiono w tym samym wymiarze, jak w 2002 r. Obniżono natomiast kwoty w zakresie działalności statutowej i inwestycyjnej oraz badań własnych, przy czym na posiedzeniu Rady Dyrektorów Placówek PAN obecny na niej prof. Kleiber wyjaśnił, że obniżenie to dotyczy jedynie działalności inwestycyjnej, która dodatkowo na innych zasadach jest limitowana. W trakcie tego spotkania zwróciłem uwagę na zupełnie niezrozumiałe traktowanie nauk „społecznych, humanistycznych i ścisłych”, a w tej grupie nauk znajduje się wiele zagadnień o charakterze badań podstawowych, do których zaliczyć trzeba większość zagadnień z zakresu fizyki, matematyki czy filozofii, nie licząc prac humanistycznych czy filologicznych, wyniki których trudno obarczać obowiązkiem bezpośredniego zastosowania. Można uznać stosunek do tych nauk za indykator stosunku do badań podstawowych. Przy czym można zauważyć, że np. obniżenie o 0,5 proc. wzrostu nakładów na inne projekty (przyrodnicze i techniczne) dawałoby kwotę, której skierowanie do projektów nauk „społecznych, humanistycznych i ścisłych” prowadziłoby do wzrostu tam nakładów o ponad 6 proc. Prof. Kleiber uznał tę uwagę za uzasadnioną i powiedział, że tzw. podział pierwotny będzie można skorygować w trakcie roku. Szacunek mój zawsze wzbudza minister, który uznaje błąd i przyznaje rację, zastanawiając się, jak błąd naprawić.

Nie zmienia to oczywiście podstawowego problemu, który dotyczy nie tylko Polski – problemu finansowania badań podstawowych. Oburzenie wzbudziło we mnie oświadczenie jednego z byłych wysokich urzędników KBN, który twierdził, że badania podstawowe są rzeczywiście bardzo ważne, ale prowadzenie ich nie jest ważne dla spraw polskich, gdyż wyniki przez nie uzyskane są bezpośrednio przydatne jedynie w krajach wysoko rozwiniętych technologicznie, a nie stać nas na finansowanie prac dla innych. Z takiej tezy wynika wyrażenie zgody na to, aby Polska była przez następne lata krajem drugiej, ba! trzeciej kategorii. I dlatego w określeniu blue sky research słowo „blue” zaczęło mi się kojarzyć z drugim jego znaczeniem – „przygnębiony”.
A jeszcze większe przygnębienie pojawiło się wtedy, gdy wśród projektów badawczych, finansowanych kilka lat temu przez KBN ze środków przeznaczonych na naukę, znalazłem projekt: „Opracowanie technologii i wdrożenie do produkcji deserów mrożonych specjalnego przeznaczenia”. Może to lepsze niż niebezpieczne badania wpływu mrozu na kurczaki, które doprowadziły do śmierci Bacona, ale...

I dlatego powstał ten artykuł.

Prof. dr hab. Jan Klamut, fizyk, jest dyrektorem Międzynarodowego Laboratorium Silnych Pól Magnetycznych i Niskich Temperatur we Wrocławiu.

 

Komentarze