Melcerowie Szczawińskie Stromengerowie |
Rody uczone (76)Biografia Zuzanny Stromenger jest bardzo wyraźnie dwuwątkowa, Magdalena Bajer
Bogato wywianowali panią doktor Zuzannę Stromenger przodkowie. Bogato i rozmaicie. Wybrała, jak myślę, co najlepsze z intelektualnego oraz duchowego dziedzictwa – zainteresowania przyrodnicze, z dużą wrażliwością artystyczną i pasję społecznikowską. Spotkałyśmy się dwukrotnie, abym posłuchała rodzinnej opowieści. Obecna, druga jej część, jest o przodkach po kądzieli. WARSZAWA, KALISZ, PARYŻ, LWÓW, WARSZAWAPierwszy raz nazwisko panieńskie matki, Melcer, pojawia się w raportach rosyjskiego szpiega, który z rozkazu wielkiego księcia Konstantego śledził Waleriana Łukasińskiego. Donosi on, że działacz-patriota ma przyjaciółkę i dziecko z ową panną Melcer o nieznanym imieniu. Prawdopodobnie była tancerką w teatrze Wojciecha Bogusławskiego. Po aresztowaniu Łukasińskiego matka z niemowlęciem udała się do Kalisza, szukać pomocy w kręgu Masonerii Narodowej, tam mającej siedzibę, której Walerian Łukasiński przewodził. Stamtąd ślad prowadzi do Paryża, gdzie rodzinne kroniki, po przerwie jednego pokolenia, odnajdują Melcera – właściciela księgarni, żonatego z panną Klemczyńską, siostrą znanego wówczas kompozytora i nauczyciela muzyki, który uciekł do Francji po Powstaniu Listopadowym. Tak się zaczyna wątek muzyczny, bardzo znaczący w dalszych dziejach rodzinnych. Wcześnie ów Melcer odumarł syna Karola, którego matka przywiozła do Kalisza, gdzie dorósłszy stał się znaną postacią, spiritus movens życia muzycznego, ale także intelektualnego. Henryk Melcer urodził się w roku 1869. Od wczesnego dzieciństwa grał na fortepianie, w wieku 9 lat skomponował operetkę, której partytura, niestety zaginęła. W roku 1895 jego Koncert e-moll uzyskał pierwsze miejsce, on sam zaś, jako wykonawca, drugie – w prestiżowym (mówiąc dzisiejszym językiem) konkursie muzycznym, co ugruntowało uznanie i zapoczątkowało podróże artystyczne, z czasem coraz liczniejsze i dalsze. Z poślubioną w roku 1894 Heleną Szczawińską wyjechał do Helsinek na stanowisko profesora wyższego kursu pianistyki w konserwatorium. Tam przyszła na świat pierwsza z trzech córek, Wanda. Po paru latach rodzina wróciła do Warszawy, ale Henryk co tydzień prawie odwiedzał Lwów (było wtedy szybkie połączenie kolejowe, tzw. lux-torpeda), jako dyrektor artystyczny i mistrz jednej z klas Szkoły Muzycznej Heleny Ottawowej, czołowej wówczas postaci tamtejszego życia muzycznego. – Był niezmiernie ceniony, adorowany wręcz przez społeczność lwowską – mówi wnuczka Zuzanna, a słyszała to od ojca, Karola Stromengera, który, bardzo młody wówczas członek owej społeczności, poznał Henryka Melcera, ani podejrzewając przyszłe z nim parantele. PANNY NIEPOKORNETrzy siostry Szczawińskie uosabiają wszystkie cechy właściwe formacji polskich pozytywistek i sporo mają rysów charakterystycznych dla pokolenia młodzieży, które w XIX-wiecznym porządku większości krajów europejskich próbowało czynić wyłomy, zdobywając wykształcenie z potrzeby ducha, ale i dla przysporzenia umysłów światłych, otwartych na los ogółu. Bohdan Cywiński o sytuacji w Królestwie Polskim pisze tak: Był to czas, w którym społeczeństwo budziło się z popowstaniowego letargu i przystępowało coraz aktywniej do rozmaitych form zespołowego działania (...). Rok akademicki 1885-86 przynosi nową, szerszą inicjatywę. Jest ona dziełem wyjątkowo energicznej organizatorki, młodej nauczycielki, a zarazem słuchaczki kilku kółek wykładowych – Jadwigi Szczawińskiej, wkrótce żony Jana Władysława Dawida. Luźnym, rozproszonym kółkom postanawia ona nadać bardziej systematyczny charakter, ujednolicając ich organizację, a co najważniejsze – nadając im pełniejszy, wzajemnie się uzupełniający program.* Jan Władysław Dawid, przez małżeństwo do przodków Zuzanny Stromenger należący, był wybitnym pedagogiem, filozofem i psychologiem. W tej ostatniej dziedzinie zapisał się doniośle i trwale pracami z zakresu psychologii inteligencji oraz autorstwem bardzo wówczas nowoczesnego „testu przyczyn i skutków”. Pracę naukową łączył z działalnością społeczną, co w epoce Uniwersytetu Latającego oznaczało stałe ukrywanie się przed carską policją i, mimo to, częste zatrzymania oraz rewizje. Młodsza panna Szczawińska, Wanda, podobnie jak wcześniej Jadwiga, pojechała na studia do Szwajcarii i zakończyła je dwoma doktoratami. Pierwszy był z zoologii, drugi, „pod skrzydłami Ludwika Pasteura”, z pediatrii. Wróciwszy do Warszawy poświęciła zdobytą wiedzę i wrodzony zapał, energię oraz wytrwałość w działaniu na polu oświaty – dla pomagania ubogim. Założyła, pokonując wiele przeszkód (przez cały czas musiała zabiegać o fundusze tłumacząc, prosząc, kwestując), Kroplę Mleka – instytucję zapisaną chlubnie w rejestrze mądrych i cennych dokonań epoki pozytywizmu, które tę epokę o wiele lat przeżyły. Uważa się ją dzisiaj za zalążek przyszłego Instytutu Matki i Dziecka. Materialna postać, niewielki budynek w Ogrodzie Saskim, już niestety nie istnieje, gdyż władze komunistyczne kazały go rozebrać. Zobaczyłam fotografię z okresu dwudziestolecia, na której Wanda Szczawińska, zaskakująco drobna i krucha, w zestawieniu z wymiarem duchowym osoby i rozmachem rozlicznych jej przedsięwzięć, stoi pośrodku grupy współpracownic przed drzwiami skromnej siedziby, gdzie miała także małe mieszkanie. Założycielka-dyrektorka (z czasem powstały inne punkty Kropli Mleka) udzielała tam porad lekarskich, jej pracownice uczyły młode matki higieny, racjonalnego wychowywania niemowląt, zaopatrywały w mleko i inne potrzebne produkty. Przyszła babka mojej rozmówczyni, zarazem sukcesorki przyrodniczych zainteresowań wszystkich panien Szczawińskich, najmłodsza z sióstr Helena Zofia Maria wspomina swoją życiową decyzję: Nie łatwo było wybrać się na studia zagranicę, wiele było po temu sprzeciwów – opinia bliższych i dalszych, rodziny w pierwszej mierze (...). Książki stanowiły ważny wydatek. Uczęszczając na tak zwany Uniwersytet Latający, zaprowadzony w Warszawie przez siostrę Jadwigę, na wydziale przyrodniczym potrzebowałam książek (...). Miałam liczne zielniki, do których z zaparciem czasu i sił określałam gatunki roślin. Dysekowałam żaby, króliki...** Jak starsze siostry, trzecia panna Szczawińska odznaczała się silnym charakterem i dużą samodzielnością. Pokonała opisane przeciwności, pracą prywatnej nauczycielki zarobiła na wymarzone studia w Szwajcarii i skończyła je. Nie trzeba więcej dokumentować supozycji, że Zuzanna Stromenger po tych niepokornych babkach wzięła swe naukowe zainteresowanie. Aktualna jej specjalność, felinologia (nauka o kotach), ma zabawną antecedencję w tamtym pokoleniu. Podczas pierwszego spotkania z Henrykiem Melcerem (dalekim kuzynem), który wówczas, jak wspomina jego córka, „zakochał się od razu bez pamięci”, Helena trzymała na ręku kota i zaproponowała, by młodzieniec tegoż kota ucałował. KONIEC I POCZĄTEKStarsza z dwu córek Heleny ze Szczawińskich i Henryka Melcera, Wanda (imię po babce ciotecznej), była znaną w swoim czasie pisarką, cenioną publicystką „Wiadomości literackich” i autorką bardzo popularnych wśród czytelników reportaży. Spisała rodzinne wspomnienia w książce Henryk Melcer – mój ojciec. O młodszej córce przyjaciele domu mówili: „Marysia jest mądra jak dzień”. A Zuzanna rozwija tę opinię: – Moja mama była osobą nadzwyczajną. Niezwykle inteligentną i po prostu mądrą; to nie zawsze idzie w parze. Była świetnym wychowawcą. Z powodu choroby oczu nie mogła przygotować się do matury, a potem pójść na studia. Ogromnie już wtedy oczytana, znająca kilka języków, została wolnym słuchaczem na filologii klasycznej. Starożytność – historia, literatura, sztuka – była jej pasją przez całe życie. Zarobkowo pracowała jako tłumacz przysięgły w poselstwie Królestwa Belgii, do czasu małżeństwa z Karolem Stromengerem, podobnie jak jej ojciec muzykiem i znawcą muzyki. Zuzanna urodziła się w Warszawie, w epoce, kiedy ojciec z ogromnym zapałem współtworzył Polskie Radio i kształtował jego program muzyczny. Z dzieciństwa wspomina jednak nie fortepian, ale plejadę domowych zwierząt, wśród których pierwsze miejsce zajmowały koty, ale bywały też żółwie, węże, chomiki, jaszczurki, kanarki... Akwarium – ostatnia przed wojną zoologiczna pasja – spłonęło razem z domem, w którym niedługo wcześniej zamieszkali Stromengerowie, a Zuzanna bardzo pokochała to mieszkanie, razem z ogromnie zasobną biblioteką i zbiorem bezcennych nieraz dokumentów. Druga wojna światowa poddała próbie „niepokorności” kolejne pokolenie rodu, który tę postawę wobec świata cenił i pielęgnował. Zuzanna Stromenger, jak większość jej rówieśników, uczyła się tajnie, jawnie uczęszczając do szkoły zarejestrowanej jako podstawowa (dozwolona przez Niemców), choć naprawdę było to gimnazjum. Pracowała jednocześnie w lecznicy doktorów Ruszkowskiego i Bałłabana. Część egzaminów maturalnych przyszło jej zdawać we własnym mieszkaniu, wówczas przy ul. 6 sierpnia, gdzie odbywało się wiele konspiracyjnych lekcji. Jeden pokój służył często za sortownię „Biuletynu Informacyjnego”. W 1942 roku zaczęła się Zuzanny służba w AK, najpierw jako sanitariuszki – ponieważ miała doświadczenie z pracy we wspomnianej lecznicy oraz w Warszawskim Szpitalu dla Dzieci, także podczas okupacji. W 1944 roku została łączniczką, ale w czasie powstania nieraz musiała spełniać posługi pielęgniarskie. Ostatnią misją było odwiedzenie szeregu domów w różnych częściach miasta z wiadomością, że „pani Krystyna urodziła syna”, co oznaczało, iż zaczyna się walka. Po klęsce rodzina Stromengerów znalazła się na wygnaniu w Piotrkowie Trybunalskim. Tam zaczęły ją dochodzić wieści o odradzającym się w Łodzi życiu kulturalnym i naukowym. Prof. Kazimierz Wiłkomirski już kierował organizującym się na nowo konserwatorium, Aleksander Zelwerowicz szkołą teatralną, do której z wykładami zapraszał Karola Stromengera. Studiowała biologię na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym. Pod koniec trzej profesorowie zaproponowali jej asystenturę: Leszek Kazimierz Pawłowski – zoolog, Adam Czartkowski – botanik, Ireneusz Michalski – antropolog. Wybrała pracę u pierwszego z nich, mając „do zoologii największe inklinacje”. Po trzech latach asystentury, na które przypadło małżeństwo (były mąż Zuzanny Stromenger, Romuald Klekowski, jest profesorem biologii, członkiem PAN), zaczęła się specjalizować w hydrobiologii, uzyskawszy aspiranturę – osobliwość tamtych czasów, tj. wzorowany na systemie sowieckim, proces awansu naukowego, który miało wieńczyć coś więcej niż przedwojenny doktorat. Została doktorem nauk przyrodniczych, specjalistą w zakresie zwierząt wodnych, rozszerzając później zakres zainteresowań i pracy badawczej na dziedzinę wówczas młodą – etologię, zwaną potocznie psychologią zwierząt. Kiedy w opowieści rodzinnej zbliżałyśmy się do losów narratorki, ta coraz bardziej skwapliwie przywoływała tradycje oświatowe, popularyzatorskie, całe to dziedzictwo pracy u podstaw, której poświęcały się jej babki, ciotki i rodzice (matka pomagała Wandzie Szczawińskiej w Kropli Mleka, ojciec przez lata prowadził audycje przybliżające muzykę profanom). Biografia Zuzanny Stromenger jest także, bardzo wyraźnie, dwuwątkowa, przy czym wątek drugi – szerzenie wiedzy o świecie pośród ludzi mających do niej trudniejszy dostęp – dość rychło wziął górę. W latach 60. zaczęła uprawiać „popularyzację pisaną” i publicystykę naukową na łamach różnych czasopism. Pierwszą publikacją etologiczną był poradnik dla posiadaczy chomików syryjskich, po czym wydawnictwo „Watra” zamówiło podobny o kotach, co zapoczątkowało felinologiczne dociekania pani doktor, a zaowocowało trzema „kocimi” książkami. Ostatnia, Koty świata, zawiera, obok części ogólnej, rejestr wszystkich gatunków żyjących obecnie. Wspominanie „troszkę heroicznych czasów” przywiodło mi na myśl nowelę Żeromskiego Z odczytem – analogiczny tu i tam imperatyw podnoszenia na wyższy poziom potrzeb duchowych oraz cywilizacyjnych ogółu, poprzez dzielenie się nimi przez „posiadających” takie potrzeby, znających sposoby ich zaspokajania i ożywionych zapałem do tego. Nie było mowy o misji inteligencji, ale o pośrednikach i tłumaczach spraw trudnych a ważnych. Taka rola przypadła potomkom wielu „uczonych rodów”, jakie spotykam. Traktują ją najnaturalniej, jak oczywistą powinność, dopiero zapytani uprzytomniają sobie istotę swego zadania. * Bohdan Cywiński, Rodowody niepokornych, Warszawa 1996. ** Wanda Melcer Henryk Melcer – mój ojciec, Warszawa 1994. Tekst powstał na podstawie audycji Rody uczone, nadanej w Programie BIS Polskiego radia SA w lipcu 2001 r.
|
|
|