Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2003

Spis treści numeru 6/2003

Melcerowie Szczawińskie Stromengerowie

Poprzedni Następny

Rody uczone (76)

Biografia Zuzanny Stromenger jest bardzo wyraźnie dwuwątkowa, 
przy czym wątek drugi – szerzenie wiedzy o świecie pośród ludzi mających 
do niej trudniejszy dostęp – dość rychło wziął górę.

Magdalena Bajer

Walerian Łukasiński

Bogato wywianowali panią doktor Zuzannę Stromenger przodkowie. Bogato i rozmaicie. Wybrała, jak myślę, co najlepsze z intelektualnego oraz duchowego dziedzictwa – zainteresowania przyrodnicze, z dużą wrażliwością artystyczną i pasję społecznikowską. Spotkałyśmy się dwukrotnie, abym posłuchała rodzinnej opowieści. Obecna, druga jej część, jest o przodkach po kądzieli.

WARSZAWA, KALISZ, PARYŻ, LWÓW, WARSZAWA

Pierwszy raz nazwisko panieńskie matki, Melcer, pojawia się w raportach rosyjskiego szpiega, który z rozkazu wielkiego księcia Konstantego śledził Waleriana Łukasińskiego. Donosi on, że działacz-patriota ma przyjaciółkę i dziecko z ową panną Melcer o nieznanym imieniu. Prawdopodobnie była tancerką w teatrze Wojciecha Bogusławskiego.

Po aresztowaniu Łukasińskiego matka z niemowlęciem udała się do Kalisza, szukać pomocy w kręgu Masonerii Narodowej, tam mającej siedzibę, której Walerian Łukasiński przewodził. Stamtąd ślad prowadzi do Paryża, gdzie rodzinne kroniki, po przerwie jednego pokolenia, odnajdują Melcera – właściciela księgarni, żonatego z panną Klemczyńską, siostrą znanego wówczas kompozytora i nauczyciela muzyki, który uciekł do Francji po Powstaniu Listopadowym. Tak się zaczyna wątek muzyczny, bardzo znaczący w dalszych dziejach rodzinnych.

Wcześnie ów Melcer odumarł syna Karola, którego matka przywiozła do Kalisza, gdzie dorósłszy stał się znaną postacią, spiritus movens życia muzycznego, ale także intelektualnego.
Najstarszy z jego trzech synów to rodzony dziadek Zuzanny Stromenger.

Henryk Melcer urodził się w roku 1869. Od wczesnego dzieciństwa grał na fortepianie, w wieku 9 lat skomponował operetkę, której partytura, niestety zaginęła. W roku 1895 jego Koncert e-moll uzyskał pierwsze miejsce, on sam zaś, jako wykonawca, drugie – w prestiżowym (mówiąc dzisiejszym językiem) konkursie muzycznym, co ugruntowało uznanie i zapoczątkowało podróże artystyczne, z czasem coraz liczniejsze i dalsze.

Z poślubioną w roku 1894 Heleną Szczawińską wyjechał do Helsinek na stanowisko profesora wyższego kursu pianistyki w konserwatorium. Tam przyszła na świat pierwsza z trzech córek, Wanda.

Po paru latach rodzina wróciła do Warszawy, ale Henryk co tydzień prawie odwiedzał Lwów (było wtedy szybkie połączenie kolejowe, tzw. lux-torpeda), jako dyrektor artystyczny i mistrz jednej z klas Szkoły Muzycznej Heleny Ottawowej, czołowej wówczas postaci tamtejszego życia muzycznego. – Był niezmiernie ceniony, adorowany wręcz przez społeczność lwowską – mówi wnuczka Zuzanna, a słyszała to od ojca, Karola Stromengera, który, bardzo młody wówczas członek owej społeczności, poznał Henryka Melcera, ani podejrzewając przyszłe z nim parantele.
Od 1907 roku datuje się (po pobycie w Wiedniu) długi warszawski rozdział życia wirtuoza, kompozytora, pedagoga i także (jak jego przodek w Kaliszu) animatora życia muzycznego stolicy. Był dyrektorem Filharmonii Narodowej, dyrektorem artystycznym Opery Warszawskiej, w latach 1922-27 rektorował Warszawskiemu Konserwatorium.

PANNY NIEPOKORNE

Trzy siostry Szczawińskie uosabiają wszystkie cechy właściwe formacji polskich pozytywistek i sporo mają rysów charakterystycznych dla pokolenia młodzieży, które w XIX-wiecznym porządku większości krajów europejskich próbowało czynić wyłomy, zdobywając wykształcenie z potrzeby ducha, ale i dla przysporzenia umysłów światłych, otwartych na los ogółu. Bohdan Cywiński o sytuacji w Królestwie Polskim pisze tak: Był to czas, w którym społeczeństwo budziło się z popowstaniowego letargu i przystępowało coraz aktywniej do rozmaitych form zespołowego działania (...). Rok akademicki 1885-86 przynosi nową, szerszą inicjatywę. Jest ona dziełem wyjątkowo energicznej organizatorki, młodej nauczycielki, a zarazem słuchaczki kilku kółek wykładowych – Jadwigi Szczawińskiej, wkrótce żony Jana Władysława Dawida. Luźnym, rozproszonym kółkom postanawia ona nadać bardziej systematyczny charakter, ujednolicając ich organizację, a co najważniejsze – nadając im pełniejszy, wzajemnie się uzupełniający program.*

Jan Władysław Dawid, przez małżeństwo do przodków Zuzanny Stromenger należący, był wybitnym pedagogiem, filozofem i psychologiem. W tej ostatniej dziedzinie zapisał się doniośle i trwale pracami z zakresu psychologii inteligencji oraz autorstwem bardzo wówczas nowoczesnego „testu przyczyn i skutków”. Pracę naukową łączył z działalnością społeczną, co w epoce Uniwersytetu Latającego oznaczało stałe ukrywanie się przed carską policją i, mimo to, częste zatrzymania oraz rewizje.

Młodsza panna Szczawińska, Wanda, podobnie jak wcześniej Jadwiga, pojechała na studia do Szwajcarii i zakończyła je dwoma doktoratami. Pierwszy był z zoologii, drugi, „pod skrzydłami Ludwika Pasteura”, z pediatrii.

Wróciwszy do Warszawy poświęciła zdobytą wiedzę i wrodzony zapał, energię oraz wytrwałość w działaniu na polu oświaty – dla pomagania ubogim. Założyła, pokonując wiele przeszkód (przez cały czas musiała zabiegać o fundusze tłumacząc, prosząc, kwestując), Kroplę Mleka – instytucję zapisaną chlubnie w rejestrze mądrych i cennych dokonań epoki pozytywizmu, które tę epokę o wiele lat przeżyły. Uważa się ją dzisiaj za zalążek przyszłego Instytutu Matki i Dziecka. Materialna postać, niewielki budynek w Ogrodzie Saskim, już niestety nie istnieje, gdyż władze komunistyczne kazały go rozebrać. Zobaczyłam fotografię z okresu dwudziestolecia, na której Wanda Szczawińska, zaskakująco drobna i krucha, w zestawieniu z wymiarem duchowym osoby i rozmachem rozlicznych jej przedsięwzięć, stoi pośrodku grupy współpracownic przed drzwiami skromnej siedziby, gdzie miała także małe mieszkanie. Założycielka-dyrektorka (z czasem powstały inne punkty Kropli Mleka) udzielała tam porad lekarskich, jej pracownice uczyły młode matki higieny, racjonalnego wychowywania niemowląt, zaopatrywały w mleko i inne potrzebne produkty.

Przyszła babka mojej rozmówczyni, zarazem sukcesorki przyrodniczych zainteresowań wszystkich panien Szczawińskich, najmłodsza z sióstr Helena Zofia Maria wspomina swoją życiową decyzję: Nie łatwo było wybrać się na studia zagranicę, wiele było po temu sprzeciwów – opinia bliższych i dalszych, rodziny w pierwszej mierze (...). Książki stanowiły ważny wydatek. Uczęszczając na tak zwany Uniwersytet Latający, zaprowadzony w Warszawie przez siostrę Jadwigę, na wydziale przyrodniczym potrzebowałam książek (...). Miałam liczne zielniki, do których z zaparciem czasu i sił określałam gatunki roślin. Dysekowałam żaby, króliki...** Jak starsze siostry, trzecia panna Szczawińska odznaczała się silnym charakterem i dużą samodzielnością. Pokonała opisane przeciwności, pracą prywatnej nauczycielki zarobiła na wymarzone studia w Szwajcarii i skończyła je.

Nie trzeba więcej dokumentować supozycji, że Zuzanna Stromenger po tych niepokornych babkach wzięła swe naukowe zainteresowanie. Aktualna jej specjalność, felinologia (nauka o kotach), ma zabawną antecedencję w tamtym pokoleniu. Podczas pierwszego spotkania z Henrykiem Melcerem (dalekim kuzynem), który wówczas, jak wspomina jego córka, „zakochał się od razu bez pamięci”, Helena trzymała na ręku kota i zaproponowała, by młodzieniec tegoż kota ucałował.

KONIEC I POCZĄTEK

Starsza z dwu córek Heleny ze Szczawińskich i Henryka Melcera, Wanda (imię po babce ciotecznej), była znaną w swoim czasie pisarką, cenioną publicystką „Wiadomości literackich” i autorką bardzo popularnych wśród czytelników reportaży. Spisała rodzinne wspomnienia w książce Henryk Melcer – mój ojciec. 

O młodszej córce przyjaciele domu mówili: „Marysia jest mądra jak dzień”. A Zuzanna rozwija tę opinię: – Moja mama była osobą nadzwyczajną. Niezwykle inteligentną i po prostu mądrą; to nie zawsze idzie w parze. Była świetnym wychowawcą. Z powodu choroby oczu nie mogła przygotować się do matury, a potem pójść na studia. Ogromnie już wtedy oczytana, znająca kilka języków, została wolnym słuchaczem na filologii klasycznej. Starożytność – historia, literatura, sztuka – była jej pasją przez całe życie. Zarobkowo pracowała jako tłumacz przysięgły w poselstwie Królestwa Belgii, do czasu małżeństwa z Karolem Stromengerem, podobnie jak jej ojciec muzykiem i znawcą muzyki.

Zuzanna urodziła się w Warszawie, w epoce, kiedy ojciec z ogromnym zapałem współtworzył Polskie Radio i kształtował jego program muzyczny. Z dzieciństwa wspomina jednak nie fortepian, ale plejadę domowych zwierząt, wśród których pierwsze miejsce zajmowały koty, ale bywały też żółwie, węże, chomiki, jaszczurki, kanarki... Akwarium – ostatnia przed wojną zoologiczna pasja – spłonęło razem z domem, w którym niedługo wcześniej zamieszkali Stromengerowie, a Zuzanna bardzo pokochała to mieszkanie, razem z ogromnie zasobną biblioteką i zbiorem bezcennych nieraz dokumentów.

Druga wojna światowa poddała próbie „niepokorności” kolejne pokolenie rodu, który tę postawę wobec świata cenił i pielęgnował. Zuzanna Stromenger, jak większość jej rówieśników, uczyła się tajnie, jawnie uczęszczając do szkoły zarejestrowanej jako podstawowa (dozwolona przez Niemców), choć naprawdę było to gimnazjum. Pracowała jednocześnie w lecznicy doktorów Ruszkowskiego i Bałłabana. Część egzaminów maturalnych przyszło jej zdawać we własnym mieszkaniu, wówczas przy ul. 6 sierpnia, gdzie odbywało się wiele konspiracyjnych lekcji. Jeden pokój służył często za sortownię „Biuletynu Informacyjnego”.

W 1942 roku zaczęła się Zuzanny służba w AK, najpierw jako sanitariuszki – ponieważ miała doświadczenie z pracy we wspomnianej lecznicy oraz w Warszawskim Szpitalu dla Dzieci, także podczas okupacji. W 1944 roku została łączniczką, ale w czasie powstania nieraz musiała spełniać posługi pielęgniarskie. Ostatnią misją było odwiedzenie szeregu domów w różnych częściach miasta z wiadomością, że „pani Krystyna urodziła syna”, co oznaczało, iż zaczyna się walka.

Po klęsce rodzina Stromengerów znalazła się na wygnaniu w Piotrkowie Trybunalskim. Tam zaczęły ją dochodzić wieści o odradzającym się w Łodzi życiu kulturalnym i naukowym. Prof. Kazimierz Wiłkomirski już kierował organizującym się na nowo konserwatorium, Aleksander Zelwerowicz szkołą teatralną, do której z wykładami zapraszał Karola Stromengera.
Wykłady w uniwersytecie zaczęły się już w marcu 1945 roku, co konspiracyjnej maturzystce Zuzannie otwierało życiową drogę, jedyną, oczywistą dla młodych w jej rodzinie, drogę do przyszłych satysfakcji, a przede wszystkim do sensownego działania dla ogólnego dobra. Satysfakcję miała już wtedy, w tym jedynym w swoim rodzaju okresie i środowisku, kiedy zbieranina studentów była przedziwna: ten z partyzantki, tamten z kościuszkowskich oddziałów Armii Czerwonej, ja z Powstania, jedna koleżanka z getta łódzkiego, a wszystkich nas łączył straszliwy głód wiedzy. Biegali wtedy na wszelkie wykłady, jakie się odbywały w możliwym do pogodzenia czasie, bez względu na to, co kto studiował. Pani Zuzanna biegała dodatkowo na każde przedstawienie, co jej ułatwiała ojcowska praca w szkole teatralnej. Nie przeszkadzały w tym zbytnio dziurawe buty ani pusty nieraz żołądek.

Studiowała biologię na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym. Pod koniec trzej profesorowie zaproponowali jej asystenturę: Leszek Kazimierz Pawłowski – zoolog, Adam Czartkowski – botanik, Ireneusz Michalski – antropolog. Wybrała pracę u pierwszego z nich, mając „do zoologii największe inklinacje”.

Po trzech latach asystentury, na które przypadło małżeństwo (były mąż Zuzanny Stromenger, Romuald Klekowski, jest profesorem biologii, członkiem PAN), zaczęła się specjalizować w hydrobiologii, uzyskawszy aspiranturę – osobliwość tamtych czasów, tj. wzorowany na systemie sowieckim, proces awansu naukowego, który miało wieńczyć coś więcej niż przedwojenny doktorat. Została doktorem nauk przyrodniczych, specjalistą w zakresie zwierząt wodnych, rozszerzając później zakres zainteresowań i pracy badawczej na dziedzinę wówczas młodą – etologię, zwaną potocznie psychologią zwierząt.

Kiedy w opowieści rodzinnej zbliżałyśmy się do losów narratorki, ta coraz bardziej skwapliwie przywoływała tradycje oświatowe, popularyzatorskie, całe to dziedzictwo pracy u podstaw, której poświęcały się jej babki, ciotki i rodzice (matka pomagała Wandzie Szczawińskiej w Kropli Mleka, ojciec przez lata prowadził audycje przybliżające muzykę profanom). Biografia Zuzanny Stromenger jest także, bardzo wyraźnie, dwuwątkowa, przy czym wątek drugi – szerzenie wiedzy o świecie pośród ludzi mających do niej trudniejszy dostęp – dość rychło wziął górę.
W 1950 roku, tuż po magisterium, za namową przyjaciółki, która nie musiała namawiać zbyt gorąco, zgłosiła się do rozpoczynającego właśnie żywot Towarzystwa Wiedzy Powszechnej, podejmując najdokładniej trop „wydeptany” przez poprzednie pokolenia. – To były troszkę heroiczne czasy, przyjeżdżało się gdzieś koleją, potem trzeba było parę kilometrów iść piechotą, często po błocie i deszczu, do jakiejś świetlicy, gdzie czekało czasem więcej niż sto osób. Odczytów wygłosiła, jak oblicza, blisko tysiąc.

W latach 60. zaczęła uprawiać „popularyzację pisaną” i publicystykę naukową na łamach różnych czasopism. Pierwszą publikacją etologiczną był poradnik dla posiadaczy chomików syryjskich, po czym wydawnictwo „Watra” zamówiło podobny o kotach, co zapoczątkowało felinologiczne dociekania pani doktor, a zaowocowało trzema „kocimi” książkami. Ostatnia, Koty świata, zawiera, obok części ogólnej, rejestr wszystkich gatunków żyjących obecnie.

Wspominanie „troszkę heroicznych czasów” przywiodło mi na myśl nowelę Żeromskiego Z odczytem – analogiczny tu i tam imperatyw podnoszenia na wyższy poziom potrzeb duchowych oraz cywilizacyjnych ogółu, poprzez dzielenie się nimi przez „posiadających” takie potrzeby, znających sposoby ich zaspokajania i ożywionych zapałem do tego. Nie było mowy o misji inteligencji, ale o pośrednikach i tłumaczach spraw trudnych a ważnych. Taka rola przypadła potomkom wielu „uczonych rodów”, jakie spotykam. Traktują ją najnaturalniej, jak oczywistą powinność, dopiero zapytani uprzytomniają sobie istotę swego zadania.

* Bohdan Cywiński, Rodowody niepokornych, Warszawa 1996. 

** Wanda Melcer Henryk Melcer – mój ojciec, Warszawa 1994. 

Tekst powstał na podstawie audycji Rody uczone, nadanej w Programie BIS Polskiego radia SA w lipcu 2001 r.

 

Komentarze