Recenzje |
Nowy słownik
A to dla nich jest właśnie omawiany słownik, który powstał dzięki obserwacji języka prowadzonej przez autora od dwudziestu kilku lat. Nie może być mowy o poprawności językowej bez dogłębnej znajomości frazeologii – twierdzi Piotr M?ldner-Nieckowski. Nazwisko autora znają Czytelnicy „FA”. To nasz stały felietonista, a także lekarz, wykładowca akademicki i poeta w jednej osobie. Autor zbudował słownik na kanwie stworzonego przez siebie, funkcjonalnego podziału frazeologizmów, do powstania którego przyczyniła się teoria Andrzeja M. Lewickiego. Obok wyrazów, język składa się z połączeń wyrazowych i właśnie słownik takich utrwalonych połączeń mamy przed sobą. Ich znaczenia nie muszą wynikać ze znaczeń składników, dlatego potrzeba dodatkowej kompetencji językowej, poza znajomością znaczeń wyrazów, aby budować poprawne wypowiedzi. Na znaczenia wyrazów i frazeologizmów wpływają różne ich zabarwienia stylistyczne i ekspresywne. Piotr M?ldner-Nieckowski opracował więc system typów stylów, aby móc kwalifikować od strony stylistycznej poszczególne wyrażenia i zwroty. Słownik jest przystępny i praktyczny. Logicznie zaplanowano sposób korzystania z książki: trzeba zajrzeć do indeksu wyrazów, znaleźć odniesienie do gniazda, tu odszukać odpowiednie hasło po numerze. Właściwie nie da się ominąć indeksu, bo sięgając wprost do gniazd możemy nie znaleźć niektórych wyrażeń. Musimy przy tym uważać: np. haseł to jest to czy też nie ma za co trzeba szukać w gnieździe BYĆ. Oprócz konstrukcji poprawnych słownik notuje przykłady błędów: odnieść postęp (właściwie: osiągnąć postęp), potępić w czambuł (wyciąć w czambuł), ciężki orzech do zgryzienia (twardy orzech). Selekcja haseł, której metody wyjaśniono we wstępie, sprawiła jednak, że nie dowiemy się, jak jest poprawnie: kształcenie na kierunku czy w kierunku, podręcznik do biologii czy podręcznik biologii, na obszarze zainteresowań czy, jak się dziś powszechnie mówi: w obszarze. Wraz ze słownikiem powstała strona internetowa www.frazeologia.pl, gdzie można się wiele nauczyć z tej dziedziny, poczytać o wydanych wcześniej słownikach, a także podyskutować na forum dyskusyjnym, które ma w dużej mierze charakter poprawnościowy. (fig) Piotr Muldner-Nieckowski, Wielki słownik frazeologiczny języka polskiego, Wydawnictwo Świat KsiĄŻki, Warszawa 2003.
Chcieć i mieć
Autorka, profesor w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego, historyk idei, antropolog kultury, krytyk literacki, porównała dwa niezwykle istotne okresy rodzimej historii: naszą „małą stabilizację” lat 60. oraz zawirowaną rzeczywistość lat 90. Podstawą badań i analiz stały się m.in. publikowane na łamach rozmaitych czasopism wypowiedzi osób zabierających głos na temat otaczającej ich rzeczywistości. Są więc listy do redakcji, wypowiedzi spontaniczne i na zadany temat, artykuły i komentarze dziennikarskie. Wszystko to stało się podstawą odpowiedzi na pytania o wpływ wydarzeń historycznych na życie poszczególnych, funkcjonujących w środowisku rodzinnym i zawodowym jednostek. Jak dalece zachodzące przemiany odbijają się na sposobie życia, jaki jest ich odbiór w jednostkowym doświadczeniu, jak zmieniają szeroko pojęte obyczaje. Czy można w ich analizie znaleźć wspólny mianownik, będący wyznacznikiem kierunku dążeń? A jak się ma do tego elementarne prawo do samorealizacji? Co jest istotniejsze – to, co społeczne, czy to, co indywidualne? Pierwsza część książki dotyczy lat 60. To okres rewolucyjnych zmian w funkcjonowaniu rodziny, która przekształciła się z modelu produkcyjnego w konsumpcyjny. Najmniejsza struktura społeczna zatraciła w toku rozwoju instytucji społecznych część swych wcześniejszych funkcji opiekuńczych i wychowawczych. Coraz ważniejsze stały się więzy koleżeńskie i przyjacielskie, a pomiędzy rodzicami i dziećmi pojawiły się relacje quasipartnerskie. Standardem codzienności była powszechna niezamożność, brak mieszkań i istnienie gruźlicy jako choroby oficjalnej. W wypowiedziach ówczesnych autorów listów do redakcji nie ma peanów na temat życia rodzinnego. Rodzina, jako szczególnego rodzaju związek emocjonalny, traktowana jest jak oczywistość i norma, a dzieci są dobrem nadrzędnym. Interesująco zarysowany jest problem macierzyństwa, traktowanego jako posłannictwo kobiety. Lata 60. to także czas gorzkich refleksji gospodyń domowych, dla których niesłychane ubóstwo wrażeń jest prostą drogą do otępienia. To „dobry” moment do przytoczenia słów Lenina, który pisał, że gospodarstwo domowe jest zazwyczaj pracą najbardziej nieproduktywną, najbardziej barbarzyńską, najcięższą wykonywaną przez kobietę. Jest to praca najbardziej żmudna, nie zawierająca niczego, co by choć trochę sprzyjało rozwojowi. Opisowi i analizie „małej stabilizacji” przeciwstawiono burzliwą dekadę lat 90., które określane są jako czas transformacji czy przejścia. Nie bez powodu. Zmieniło się mnóstwo: od ustroju przez stosunki własności po systemy komunikacji. Nowy ustrój zasadniczo przemieścił ludzkie ambicje i lęki, a znosząc ucisk polityczny, uwolnił nadzieje nie do spełnienia. Nowa ekonomia pociągnęła za sobą niespotykane wcześniej zróżnicowanie majątkowe i wielu ludziom uświadomiła ich mniej rażące wcześniej ubóstwo. (ami) Małgorzata Szpakowska, Chcieć i mieć. Samowiedza obyczajowa w Polsce czasu przemian, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2003, seria: Z Wagą.
Globalizacja
Proces globalizacji, uruchomiony w XIX wieku, trwa nieustannie i zdaje się przyspieszać, powodując niemały zamęt w najbardziej światłych umysłach naszych czasów. Dla najbiedniejszych globalizacja oznacza postęp, podniesienie stopy życiowej. Obok coca-coli, hamburgerów z McDonalda, zmywarek do naczyń, telefonów, pojawiają się tam również krany z bieżącą wodą czy kozy, których mleko pozwala utrzymać przy życiu całą rodzinę. Klasa średnia ma więcej powodów do obaw. Niepewność utrzymania się na powierzchni dotychczasowej passy rodzi u niej głęboką frustrację i lęk przed „wypadnięciem z obiegu”. Poza tym, nierównomierność rozmieszczenia tej klasy na wszystkich kontynentach jest przyczyną niestabilności całego systemu. Najbogatsi tego świata nic nie mają do stracenia w wyniku globalizacji i, niestety, prawie wszystko do wzięcia. Globalizację oskarża się o potęgowanie nierówności. Przeciętny amerykański szef zarabia obecnie 419 razy więcej niż przeciętny pracownik. 2,7 miliona najbogatszych Amerykanów zarabia tyle, ile 100 milionów najbiedniejszych obywateli. Komputer, telefon i telewizja to jeszcze nie cała technologiczna historia, ale są to te trzy rzeczy, które najbardziej rzucają się w oczy. Przyciągają najwięcej inwestycji. W latach 80. XX wieku w amerykańskich firmach zaledwie dziesiątą część budżetów przeznaczano na technologię informacyjną. Obecnie proporcja ta zbliża się do jednej drugiej. Historycznie ani komputer, ani telefon nie są jednak urządzeniami młodymi. Telefon ma ponad 100 lat, komputer jeszcze więcej, jeśli za pierwszy uznać liczącą maszynę Charlesa Babbage’a. Globalnymi narzędziami stały się dopiero w latach 90. Obecnie na świecie funkcjonuje ćwierć miliarda PC-tów – w przybliżeniu jeden na 24 osoby (40 proc. z nich w Ameryce). Autorzy, podkreślając dobrodziejstwa płynące z upowszechnienia się najnowszych technologii, zwracają uwagę na negatywne – zwłaszcza pod względem moralnym – zjawiska szerzące się tą drogą: pornografię, pranie brudnych pieniędzy, coraz częstsze ingerencje rządów w życie prywatne obywateli i amerykanizację życia codziennego. Czy globalizacja czyni samotnym? Podróżowanie i migracje od dawna zapewniały populacji wolność od tyranii miejsca. Prasa i telewizja oferowały bardziej wyimaginowane formy ucieczki. Wpływ Internetu, szczególnie gdy do korzystania z niego przestaną być potrzebne kable, pozwoli na jeszcze częstszy i tańszy kontakt z odległymi przyjaciółmi. Jeden z najbardziej dociekliwych krytyków globalizacji, John Gray, twierdził, że najgłębszą potrzebą ludzkiej istoty jest dom, sieć wspólnych praktyk i odziedziczonej tradycji, która obdarza ich błogosławieństwem określonej tożsamości. Ludzie potrzebują domu i sieci kontaktów. Jednak emigranci narzekają, że ich dzieci wzrastały nie znając swoich dziadków. Każdy, kto spędza wiele czasu w służbowych podróżach, wie, co to samotność podróżnika-długodystansowca. Uzależnieni użytkownicy Internetu najczęściej narzekają na poczucie wyizolowania, samotność, przygnębienie. Autorzy twierdzą, iż jednym z największych zagrożeń globalizacji jest anomia – brak norm, biorący swój początek z osłabienia więzów społecznych. Tocqueville jednym tchem wychwalał amerykańską wiarę w indywidualizm i jednocześnie ostrzegał, że każdy człowiek może zostać „zatrzaśnięty w samotności własnego serca”. Bogdan Bernat John Micklethwait, Adrian Wooldridge, Czas przyszły doskonały. Wyzwania i ukryte obietnice globalizacji, tłum. Alicja Unterschuetz, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2003.
Człowiek późnej nowoczesności
Autorka, francuski filozof polityki, próbując zrozumieć czas współczesny, wychodzi od analogii końca czasów starożytnych. Ale jest to analogia a contrario: jak upadek starożytności zrodził nowe czasy chrześcijaństwa, które dało nową wizję wolnej i niepowtarzalnej jednostki, której godność jest zakorzeniona w indywidualnym akcie stworzenia przez samego Boga, tak koniec drugiego tysiąclecia to czas stary, czas regresu wartości chrześcijańskich. Czy czas bez nadziei? Nim odpowiemy na to pytanie, zobaczmy, jakie są wyznaczniki późnej nowoczesności. Oto one: linearny i progresywny ruch czasu ustępuje miejsca rojeniom o czasie cyklicznym; idea przyszłości i celu, do którego warto dążyć, zanika, zastępowana przez „zwykły czas przyszły” (zbiór zwykłych, ulotnych chwil bez nadziei); praca, jako „działanie prometejskie”, ustępuje miejsca apologii czasu wolnego; rodzina wypierana jest przez „organizację rodzicielstwa plemiennego”, pozbawionego hierarchii i trwałych więzi, a prymat człowieka w przyrodzie zastępowany przez równe traktowanie wszystkich istot żywych. Esej zawiera rozwinięcie tych tez i różne ich egzemplifikacje. Ale nie tylko. Jest w nim też próba sięgnięcia głębiej, by odpowiedzieć na pytanie, jakie są źródła kryzysu człowieczeństwa i czy czas nasz jest tylko beznadziejnym trwaniem pozbawionym wszelkich wartości, czy jest w nim jednak coś pozytywnego? Godność osoby ludzkiej, pojedynczej i odpowiedzialnej, jest tym – zdaniem Delsol – co mogłoby być podstawą antropologiczną naszych czasów. Jak nigdy dotąd, we współczesnym świecie są warunki do pełnego rozwoju tak pojętej osoby. Skąd więc kryzys? czemu po upadku totalitaryzmów Europa nie rozkwitła do nowego życia? Bo wartość ta jest zagubiona: osoba wyparowuje w mętnym panteizmie, podmiot tonie w nowych formach podporządkowania. W tym sensie późna nowoczesność nie usiłuje zastąpić światów totalitarnych, przeciwnie, stanowi dalszy ich ciąg, kontynuując dzieło usuwania podmiotu. Nasz czas to okres redukcjonizmów: osoba została zredukowana do dysponującego wyłącznie psychiczną cielesnością zwierzęcia, którego jedyną wartością jest biologiczne życie; w imię walki z hipokryzją, ujednoznaczniona przezroczystość przyjmuje postać ekshibicjonizmu; chrześcijańska wiara w indywidualną nieśmiertelność wypierana jest przez niejasną świadomość pewnej zbiorowej nieśmiertelności, a człowiek pozbawiony owej eschatologicznej perspektywy zanurza się jeszcze bardziej w cielesnym „teraz”. Czas późnej nowoczesności to również konsekwencja Rousseau’owskiej idei pierwotnej niewinności człowieka: grzech pierworodny to oszustwo, a w takim razie we mnie nie ma zła; zło personifikuje się w dyktatorach, reżimach, partiach politycznych; totalitarne podziały na dobrą klasę robotniczą i złą burżuazję, dobrych Aryjczyków i złych Żydów przyjęły nową postać: kobieta/mężczyzna, przestępca/społeczeństwo, naród kolonizowany/naród kolonizujący. Praktyczna rezygnacja z uznania powszechności grzechu prowadzi zatem do manicheizmu, a więc znów do redukcji. Książka jest zbiorem poruszających szkiców, z których tezami można się czasem nie zgadzać, ale które dają do myślenia. Myślenia wolnego i odpowiedzialnego, którego naszym czasom, według autorki, tak bardzo brakuje. Marek Lechniak Chantal Delsol, Esej o człowieku późnej nowoczesności, tłum. Małgorzata Kowalska, Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2003.
Książę polskich chasydów
Rabin Byron L. Sherwin, uczony, profesor i dziekan Spertus College of Judaica w Chicago, jest autorem znanych dzieł m.in.: Duchowe dziedzictwo Żydów polskich oraz Jan Paweł II i dialog międzyreligijny, wydanego wspólnie z Haroldem Kasimowem. Za wybitną działalność na rzecz dialogu chrześcijańsko-żydowskiego Polska Rada Chrześcijan i Żydów przyznała mu tytuł „Człowieka Pojednania”. Sherwin uważa się za duchowego spadkobiercę „księcia polskich chasydów”, jak nazwano Abrahama Joshuę Heschela, jego nauczyciela i przewodnika. Nazwisko Heschela nie jest obce polskim czytelnikom, badaczom, teologom zajmującym się współczesną filozofią oraz religią żydowską. Jak podkreślił Sherwin w zakończeniu swej książki: z całą uczciwością należy stwierdzić, że chrześcijanie docenili jego wysiłki bardziej niż Żydzi. Warto zaznaczyć, iż rozprawa poświęcona życiu i nauce Heschela dedykowana jest: „przyjaciołom jezuitom z ‘Ignatianum’ w Krakowie”. W ten sposób pisząc o propagatorze dialogu żydowsko-chrześcijańskiego, Sherwin wskazał interlokutorów dążących do porozumienia, tak potrzebnego obydwu stronom. książka zaczyna się od krótkiego życiorysu Heschela, uświadamiając czytelnikom wpływ biografii na religijno-filozoficzną myśl rabina. Heschel ocalał z Zagłady wyjeżdżając do Anglii, potem zaś do USA, gdzie osiadł na stałe. Jest to bardzo istotna informacja, gdyż Sherwin cały czas polemizuje z przeciwnikami nauk Heschela, jakoby ten przemilczał tragedię holocaustu w swoich licznych pracach. Heschel to przede wszystkim badacz średniowiecznej filozofii (zasłynął pracą o filozofii Saadi Gaona oraz studiami nad dziełami Majmonidesa), lecz Sherwin przywołuje wiele wypowiedzi mistrza odnoszących się do kondycji współczesnego człowieka, człowieka żyjącego po Oświęcimiu. Są to niezwykle cenne fragmenty, bo polskiej opinii mało znane. W oczach Sherwina Heschel jest przede wszystkim wielkim filozofem, który poprzez naukę płynącą z Biblii, mówił o współczesnym życiu Żydów. Wg Heschela, najgorsze, co teraz może spotkać naród żydowski, to „holocaust duchowy”, grożący wszystkim odwróconym od przykazań Boga. Jak podkreśla Sherwin, nie tyle teodycea, ile antropodycea jest dla Heschela podstawą do budowania filozofii. A jest to nauka stawiająca wielkie wyzwanie duchowe przed każdym, wymagająca niezwykłej siły etycznej i odpowiedzialności za własne życie, które jest wizerunkiem Boga. Pod koniec rozważań Sherwin wyraża nadzieję, iż nadejdzie czas pozwalający na pełne zrozumienie nauki mistrza. Po zapoznaniu się z tą niewielką książeczką oraz pismami Heschela wypada tylko oczekiwać, iż nastąpi to już niebawem. Monika Szabłowska Byron L. Sherwin, Abraham Joshua Heschel, tłum. Marta Kapera, Wydawnictwo WAM, Kraków 2003.
Książki nadesłane
|
|
|