Jesteśmy w Europie |
Polska nauka w UniiMożemy być w Europie, bo jesteśmy w stanie pogodzić się Zbigniew Drozdowicz Polskie „tak” w stronę Unii Europejskiej zamyka bez wątpienia dla wielu środowisk w naszym kraju jeden rozdział pytań i otwiera następny – być może nawet jeszcze trudniejszych, bo stawianych w warunkach bezpośredniej konfrontacji z realiami świata, w niejednym przypadku nie do końca rozpoznanego i „oswojonego”. Jednym z nich jest środowisko akademickie. Jeśli czymś się ono różni, a przynajmniej powinno się różnić od innych, to generalnie rzecz biorąc lepszym rozeznaniem w tym, co znajduje się po zachodniej stronie mapy kulturalnej naszego kontynentu, a także w niejednym przypadku lepszym przygotowaniem do poruszania się w jej realiach. Czy to wystarczy, aby sprostać wyzwaniom nie tak w końcu odległego jutra? Na pytanie to odpowiedź przyniesie rzeczywistość. BYLIŚMY W EUROPIE?Powtarzane przed referendum twierdzenie, że przecież zawsze byliśmy w Europie, jeszcze do niedawna dla jednych (euroentuzjastów) stanowiło głównie wyraz myślenia życzeniowego, natomiast dla innych (eurosceptyków) argument, że nie ma się co pchać tam, gdzie nas być nie powinno, tj. do świata obciążonego różnego rodzaju cywilizacyjnymi „grzechami głównymi”. Środowisko akademickie należało i należy do tych, które powinny stosunkowo dobrze orientować się, że nie jest wielką sztuką zajmowanie miejsca na mapie geograficznej naszego kontynentu (chociaż i to nie zawsze w przeszłości najlepiej nam się udawało). Sztuką jest natomiast zajmowanie znaczącej pozycji na mapie politycznej, gospodarczej, czy kulturalnej, w tym naukowej, a najlepiej na wszystkich łącznie. Powinno się orientować, bo niejeden z członków tego środowiska miał okazję poznać tamten świat osobiście, a nawet spróbować swoich sił w konfrontacji z uczonymi z zachodnich ośrodków naukowych. Nie zawsze, oczywiście, wychodził z niej zwycięsko, ale przynajmniej miał okazję się dowiedzieć, jakie jest jego miejsce w tym wielkim przedsięwzięciu nazywanym Nauką (pisaną bez żadnego cudzysłowu), oraz – co było nawet jeszcze cenniejsze – zdobył doświadczenie, które mogło być pomocne przy następnej konfrontacji. Byli oczywiście i tacy przegrani uczeni, których porażka niewiele nauczyła i po powrocie do kraju roztaczali wizję świata zachodniego (w tym jego nauki i rządzących nim mechanizmów)... w upadku. Miałem okazję bezpośrednio obserwować „zmagania” niektórych z nich z przeciwnościami losu (takimi np., jak pokonanie bariery językowej). Chciałbym zatem powiedzieć wyraźnie, że przynajmniej od początku lat 80. nie było wielką sztuką uprawianie „turystyki naukowej” (zwłaszcza gdy odbywała się ona na koszt instytucji fundującej stypendia), podobnie zresztą jak nie jest nią dzisiaj (mimo że o fundatorów coraz trudniej), jest nią natomiast uczenie gdzie się tylko da i w warunkach, w jakich się tylko da przetrwać (bez uszczerbku dla zdrowia). Dodam przy tym, że w uprawianiu „turystyki naukowej” – takiej np., jaką jest przemieszczanie się z konferencji na konferencję (niekiedy z referatem, który wygląda jakby był napisany na inną okazję) – nie widzę niczego zdrożnego. Pod warunkiem jednak, że odbywa się ona albo na koszt prywatny, albo też sponsora, który całkiem po prostu musi wydać na „naukę” określone środki. „Turystykę” taką uprawia zresztą spora grupa uczonych zachodnich, zwłaszcza tych, którzy są w wieku emerytalnym. Osobiście nie miałbym nic przeciwko temu sposobowi korzystania z dobrodziejstw emerytury. POWINNIŚMY BYĆ W EUROPIE?Po wyrażeniu przez naród przyzwolenia na przystąpienie naszego kraju do Unii Europejskiej stawianie znaku zapytania przy pytaniu, czy powinniśmy być w Europie, zdaje się być tyle warte, co przysłowiowe płakanie po rozlanym mleku. Jeśli mimo wszystko je stawiam, to głównie dlatego, że daje ono sposobność do powiedzenia paru zdań na temat tego, co nas (myślę tutaj przede wszystkim o środowisku akademickim) boli i na co być może znajdzie się lekarstwo po wejściu w struktury unijne. Nadzieje są tutaj wielkie, bo i problemy niemałe. Przede wszystkim jest to kwestia permanentnego i – co gorsza, pogłębiającego się – niedofinansowania badań naukowych. Na horyzoncie pojawiają się oczywiście fundusze unijne, w ramach różnego rodzaju „programów ramowych” i bez żadnych ram, ale za to z dosyć wyraźnie wskazanymi celami i wymaganiami, których spełnienie jest warunkiem koniecznym otrzymania z UE środków finansowych. Niejeden z tych polskich uczonych, którzy zdecydowali się o nie ubiegać, przekonał się, że nawet spełnienie wszystkich formalnych wymogów nie wystarczy, aby te starania zakończyły się sukcesem. Tacy bowiem, którzy mogą je spełnić, są stosunkowo liczni, a pieniędzy unijnych na badania naukowe nie aż tak wiele, aby mogli dostać wszyscy. Co zatem pozostaje? Z całą pewnością nie obrażanie się, czy dąsanie na mechanizmy rządzące podziałem środków w UE, lecz po pierwsze – dokładne ich rozpoznanie, a po drugie – takie przygotowanie się do konkursów o granty, aby nie można było powiedzieć, że cokolwiek zostało zaniedbane. Dostrzegam zresztą w środowisku naukowym pewną aktywność, świadczącą o tym, że generalnie wiadomo, o co w tym wszystkim chodzi. Jej wyrazem jest m.in. pojawienie się interdyscyplinarnych grup badawczych, przygotowujących się nie tyle do badań zespołowych, co do ubiegania się o środki na nie (mało kto jeszcze kilka lat temu myślał w takich kategoriach). Rolę taką pełnić mają również różnego rodzaju szkolenia, organizowane przez uczelnie i pozauczelniane jednostki badawcze. Na razie nie jest to zjawisko masowe i najprawdopodobniej nigdy takim nie będzie, chociażby z tego względu, że Unia ma swoje priorytety badawcze, adresowane z reguły do konkretnych specjalistów. Warto jednak dokładnie się im przyjrzeć, a także zastanowić się nad możliwością takiego przeorientowania swoich badań, aby jednak mieściły się one w tych priorytetach. Obawiam się, że bez tego więcej włożymy do unijnej kasy niż z niej wyjmiemy. Stawiałoby to oczywiście pod znakiem zapytania sens naszej obecności w tym gremium. Inną, nie mniej istotną bolączką środowiska akademickiego w Polsce są problemy kadrowe, w szczególności rozwoju naukowego i procedur awansowych. W krajach Europy Zachodniej lekarstwem na nie są różnego rodzaju przepisy, wymuszające przemieszczanie się uczonych z ośrodka do ośrodka naukowego. Sprawiają one (np. w Niemczech), że w praktyce nie jest możliwe przejście całej drogi awansu akademickiego (od asystenta do profesora tytularnego) w jednej i tej samej uczelni. Są nim również konkursy obowiązujące przy obsadzaniu stanowisk badawczych. W powiązaniu z zasadą rotacyjności stanowisk oraz potencjałem badawczym prowadzą one do tego, że w takich np. krajach, jak Francja, o jedno stanowisko ubiega się nie jeden czy kilku uczonych (jak to ma miejsce u nas), lecz niejednokrotnie kilkudziesięciu, a „za burtą” (jeśli tak można nazwać brak zatrudnienia na stanowisku badawczym) stale pozostaje spora grupa osób, które muszą czekać na kolejną szansę. Tym, którzy obawiają się znalezienia w sytuacji uczonego nieustannie siedzącego na walizkach lub latami „chodzącego od drzwi do drzwi” z prośbą o pracę, chciałbym jednak wyraźnie powiedzieć, że nie jest to obraz ani do końca prawdziwy, ani też sytuacja powszechnie występująca w krajach Europy Zachodniej. Gdyby było inaczej, to skąd np. tak duża liczba profesorów zatrudnionych we Francji na więcej niż jednym etacie, a np. w Austrii tak duża liczba profesorów, których jedynie wejście w wiek emerytalny może pozbawić stanowiska w ich uczelni? Rzecz jasna, wiele zależy od tego, jaki model szkolnictwa wyższego oraz jednostek badawczych zostanie u nas przyjęty. O tym zapewne zadecyduje nie Unia Europejska, która pod tym względem jest pluralistyczna, lecz my sami. Kwestią dyskusyjną jest oczywiście to, kto będzie stał za owym „my”. Jeśli jednak będzie to ktoś „z góry”, to nie rokuję mu wielkich sukcesów reformatorskich (nawet wówczas, gdyby był to Prezydent RP). Niejednokrotnie zresztą już środowisko naukowe wykazało swoją „odporność” na idące z góry nakazy i rozwiązania. Powiem jeszcze inaczej: obowiązujące w Polsce zasady osiągania kolejnych szczebli w karierze naukowej zapewne ulegną pewnym zmianom, w tym takim, które będą się wiązały z dostosowaniem do procedur w UE, ale, po pierwsze, nie będą one radykalne, a po drugie – nie dokonają się szybko. MOŻEMY BYĆ W EUROPIE?Sfera możliwości jest z natury najbardziej hipotetyczna, a co za tym idzie, najbardziej narażona na fantazjowanie. Chciałbym jednak puścić nieco wodze fantazji, bo chodzi m.in. o tak fundamentalną kwestię, jak potencjał polskich uczonych i polskiej nauki. Nie da się, niestety, odpowiedzieć w sposób całkiem prosty i jednoznaczny, jaki on faktycznie jest, bo wiele tutaj zależy od sposobu jego mierzenia. Na przykład, jeśli mierzyć go powszechnie stosowaną w krajach zachodnich liczbą cytowań, to łatwo okaże się, że są wprawdzie tacy uczeni (i takie badania), którzy już dawno funkcjonują w Europie (i nie tylko), ale generalnie polskiej nauce jest jeszcze dosyć daleko do znalezienia się w europejskiej „pierwszej lidze”. Ten sposób mierzenia możliwości polskiej nauki ma, oczywiście, zarówno swoich zdecydowanych zwolenników (wygląda na to, że są oni stosunkowo nieliczni), jak i przeciwników. Nie mniej kontrowersyjny jest „testowany” u nas od pewnego czasu (i preferowany przez KBN) sposób określania potencjału naukowego wg. liczby i jakości publikacji. Zastrzeżenia do niego zgłaszają zarówno ci, którzy publikują raczej mało, ale w swoim przekonaniu rzeczy bardzo wartościowe, jak ci, którzy mają wiele różnych publikacji, ale przecież nie wszystkie mogą zamieścić w czasopismach z tzw. listy filadelfijskiej. Jakiś sposób mierzenia tego potencjału trzeba będzie jednak przyjąć i wygląda na to, że będzie to raczej sposób zachodni niż wschodnioeuropejski. Nie chciałbym tutaj rozwijać tego wątku. W odpowiedzi na pytanie o potencjał intelektualny polskich uczonych chciałbym natomiast krótko wskazać na pewne możliwości tkwiące w sferze mentalnej oraz w sferze przyzwyczajeń. Twierdzę zatem, że możemy być w Europie – rzecz jasna, tej dynamicznej, pluralistycznej światopoglądowo i gotowej do dyskusji z każdym na każdy temat – możemy bowiem w stosunkowo krótkim czasie wyzbyć się myślenia w kategoriach roszczeniowych oraz przyswoić sobie myślenie w kategoriach realnych korzyści, które mogą przynieść konkretne badania naukowe. Twierdzę również, iż możemy tam się znaleźć, bo jesteśmy w stanie wznieść się ponad różnego rodzaju emocjonalne uprzedzenia i animozje oraz współdziałać z tymi, którzy mogą się dla nas okazać cennymi partnerami (rzecz jasna, nie w miłości, a czasami nawet nie na gruncie towarzyskim). Twierdzę w końcu, że możemy być w Europie, bo jesteśmy w stanie pogodzić się z odejściem świata różnego rodzaju formalnych i nieformalnych układów, koleżeńskiej pomocy, towarzystw wzajemnej adoracji itp. W odpowiedzi na pytanie: a co będzie, jeśli okaże się to tylko myśleniem życzeniowym i tak naprawdę nie jesteśmy do tego zdolni, mogę powiedzieć tylko jedno: tym gorzej nie dla Europy, ale dla nas. Prof. dr hab. Zbigniew Drozdowicz, historyk filozofii, pracuje w Instytucie Filozofii UAM w Poznaniu.
|
|
|