Zadania dla nas |
AgoraW indywidualnych rozmowach każdy jest przekonany o konieczności integracji Andrzej Filipkowski Czerwcowe referendum zadecydowało, że w maju 2004 roku Polska stanie się pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej. W mediach i w licznych dyskusjach, również w parlamencie, omawiane są problemy, jakie ten fakt stawia przed naszym krajem. Najczęściej mówi się o rolnictwie, finansach, strukturach zarządzania, środowisku. Problem rozwoju nauki i związanego z nią ściśle szkolnictwa wyższego jest na dalszym planie. Powstaje pytanie, jak nasza działalność w tym zakresie ma się do poczynań UE? Czy jesteśmy przygotowani, by dołączyć do międzynarodowego wyścigu w poznawaniu świata i jego dostosowywaniu do naszych potrzeb? Odpowiedź nie jest prosta. Wieloletnie odcięcie Polski od światowego postępu naukowego doprowadziło do wielkich dysproporcji, w zależności od regionu, środowiska naukowego i dyscypliny nauki. Struktura działalności
|
|
Wydatki na naukę w proc. PKB (z referatu dr. A. Siemaszki) |
Nie ma badań naukowych bez kadry naukowej, nie ma kadry naukowej bez szkolnictwa wyższego. W krajach UE zwraca się wielką uwagę na dostosowanie szkolnictwa wyższego do wymogów współczesnego społeczeństwa i gospodarki. Szczególną uwagę kładzie się na interdyscyplinarność studiów, ich umiędzynarodowienie oraz na umiejętność innowacyjnego i twórczego myślenia. Hasło „more learning – less teaching” zachęca raczej do samodzielnych studiów niż do realizacji przez nauczycieli sztywnego programu, do uczenia poprzez przykłady i rozwiązywanie problemów. Absolwent wykształcony według powyższych zasad jest dobrze przygotowany do wymogów współczesnego życia w rozwiniętym społeczeństwie. Tendencjom tym sprzyjają europejskie programy edukacyjne, a w szczególności Socrates-Erasmus (wymiana międzynarodowa nauczycieli i studentów) oraz Leonardo da Vinci (międzynarodowe szkolenie przemysłowe i zawodowe). Oba te programy mają również liczne uboczne działalności.
Szczególnie szeroko jest wykorzystywany program Socrates-Erasmus, w którym bierze udział ok. 1800 europejskich szkół wyższych (z Polski ok. 80). Program ten ma na celu doprowadzenie do wzajemnego zrozumienia między uczelniami, uznawania dyplomów oraz poszczególnych programów i przedmiotów i szeroką wymianę kadry nauczającej, uczącej się. Docelowo ok. 10 proc. wszystkich absolwentów powinno przynajmniej jeden semestr studiować w uczelni innego kraju europejskiego. W efekcie uzyskuje się „wymiar europejski” w świadomości wykształconej części społeczeństwa.
Jak te tendencje przenoszą się na teren naszego kraju? Niestety, ograniczenia finansowe znacznie zmniejszają możliwości powszechnego wprowadzenia tych niezbędnych przecież działań. W metodach uczenia nadal dominuje wykład w zatłoczonej sali, jako najtańszy sposób realizacji „minimów programowych”. Na naukę w małych grupach i w nowoczesnych laboratoriach nie ma funduszy. Udział w programach Socrates i Leonardo też jest ograniczony. Z założenia stypendia przyznawane przez UE są jedynie dopłatą do rzeczywistych kosztów ponoszonych przez studenta. W naszym kraju studentów nie stać na wyjazdy, a uczelni nie stać na dopłaty. Z zazdrością patrzymy na Czechów, którzy każdemu wyjeżdżającemu studentowi dopłacają z funduszy rządowych poważne kwoty. Mimo tych trudności, wymiana studentów i nauczycieli z Polski istnieje, choć na poziomie kilkakrotnie niższym niż w krajach Unii.
Naukowcy polscy od wielu lat utrzymywali ścisłą łączność z nauką światową. Nawet w najczarniejszych czasach sowieckiej dominacji były realizowane wyjazdy na konferencje, z referatami i po kontakty naukowe, mimo ogromnych trudności formalnych i finansowych. Polscy pracownicy nauki, gdy decydowali się opuścić nasz kraj, bardzo prędko i stosunkowo łatwo byli akceptowani przez obce środowisko i bez trudu pięli się po szczeblach kariery naukowej. Znane powiedzenie „Polak potrafi” w tym przypadku okazało się prawdziwe.
Gdy w 1989 r. Polska otworzyła się wreszcie na świat, elita naukowa była przygotowana do współpracy międzynarodowej. Przez kilkanaście lat bardzo intensywnie rozwinęliśmy te możliwości. Nadal jednak dotyczy to tylko pewnej grupy naukowców. Dla większości problemy międzynarodowe, globalizacja tematyki naukowej czy konieczność wspólnych warsztatów badawczych nie są w pełni i dostatecznie zrozumiane i realizowane.
W wielu uczelniach w Polsce, czasem nawet tych dużych i renomowanych, deklaracje władz na temat konieczności współpracy międzynarodowej i jej realizacja są rozbieżne. Każdy potwierdza konieczność wymiany, wspólnych badań, udziału w projektach. Niektóre uczelnie tworzą nawet jednostki organizacyjne do współpracy międzynarodowej. Gdy jednak dochodzi do realizacji podstawowych zadań w tym zakresie, entuzjazm opada. Brak inicjatywy w uelastycznieniu niektórych przepisów i zwyczajów, dostosowujących je do wymogów współpracy z UE, brak finansów na odpowiedni personel i na dopłaty do stypendiów unijnych. W efekcie współpraca międzynarodowa „pełza” zamiast się dynamicznie rozwijać.
Podobną inercję można spotkać wśród personelu naukowego. W indywidualnych rozmowach każdy jest przekonany o konieczności integracji z nauką europejską. Gdy przychodzi do konkretnych działań, inicjatywa zanika, a na seminaria dotyczące programów europejskich przychodzą nieliczni.
A jak wygląda udział Polski w programach ramowych? Liczba przyjętych projektów z uczestnictwem instytucji polskich jest najwyższa wśród krajów kandydujących. Jeśli jednak obliczyć wskaźniki, dzieląc liczbę projektów lub ich wartość przez liczbę pracowników naukowych lub przez dochód narodowy, znajdziemy się na szarym końcu. Nie jest to optymistyczne stwierdzenie.
Skąd wynika ta inercja? Podstawową przyczyną jest brak motywacji do działalności międzynarodowej. Wykłady za granicą, przyjmowanie i wysyłanie studentów, udział w projektach europejskich mają zbyt małą wagę przy ocenach kadry naukowej, przy wnioskach awansowych i nagrodach. Nie ułatwia się pracownikom naukowym, uczestniczącym w programach europejskich, uzyskiwania większych dochodów. Tu znów inicjatywa zmiany tej sytuacji powinna należeć do kierownictwa poszczególnych uczelni czy instytucji naukowych. Może również do MENiS i MNiI, które powinny wydać odpowiednie instrukcje i zarządzenia? Obecna sytuacja prawna i formalna nie sprzyja rozwojowi działań zbliżających nas do standardów UE.
Gdy mówimy o zbyt małym zainteresowaniu możliwościami, jakie przynosi nam Unia, nie można nie wspomnieć o funduszach strukturalnych. Można się spodziewać, że w latach 2004--06 na naukę z tych funduszy będzie przeznaczone ok. 1-2 mld euro. Ich celem będzie rozbudowa infrastruktury badawczej Polski, konkurencyjności gospodarki i rozwoju zasobów ludzkich. Niestety, i w tym przypadku liczba wniosków o finansowanie takich poczynań z funduszy strukturalnych jest niewystarczająca, a często są niewłaściwie motywowane. Niektóre instytucje włączyły się do akcji tworzenia parków technologicznych, ułatwiających utechnologicznienie innowacyjnych osiągnięć naukowych. Jednak nie wszystkie duże przedsiębiorstwa i uczelnie są zaangażowane w tę działalność.
Europa bardzo poważnie podchodzi do rozwoju nauki i szkolnictwa wyższego. Dowodem są kolejne konferencje, prowadzące do bardzo istotnych decyzji. Konferencje w Lizbonie (2000), Barcelonie (2002) i Sewilli (2002) stworzyły Europejską Przestrzeń Badawczą, wskazały na konieczność odpowiedniego finansowania badań i na priorytety, m.in. na rozwój społeczeństwa informacyjnego. Z kolei konferencje w Sorbonie (1998), Bolonii (1999) i Pradze (2001) stworzyły Europejską Przestrzeń Szkolnictwa Wyższego i sformułowały Deklarację Bolońską, wytyczającą kamienie milowe rozwoju szkolnictwa wyższego w Europie. Polska, jako kraj kandydujący i stowarzyszony z Unią Europejską, uczestniczyła w tych konferencjach i podpisywała odpowiednie dokumenty. Teraz, gdy wejście Polski do UE jest przesądzone, musimy poważnie podejść do konkretnego wprowadzania w życie postanowień unijnych w zakresie nauki i szkolnictwa wyższego. Nie osiągniemy tego bez zwiększenia finansowania przez władze naszego kraju, stworzenia realnych priorytetów badań i innowacji, zwiększenia zaangażowania ogółu pracowników naukowo-badawczych.
Realizacja zależy więc od inicjatywy wszystkich szczebli nauki w Polsce: od asystenta do ministra i premiera, poprzez rady naukowe, rektorów i przedsiębiorców oraz stowarzyszenia naukowe i przemysłowe. Musi wreszcie dojść do świadomości decydentów, że bez badań naukowych i kształcenia społeczeństwa nigdy nie wejdziemy do czołówki rozwiniętych krajów świata. A skąd wziąć na to fundusze? Śledząc sytuację w Polsce dochodzi się do wniosku, że nie trzeba nikomu zabierać. Po prostu należy mniej marnować.
Prof. dr hab. Andrzej Filipkowski, elektronik, jest emerytowanym profesorem Politechniki Warszawskiej.
|
|