Quo vadis doktorancie? |
Życie akademickieMłodzi ludzie chcą studiować, lecz pojawiające się problemy powodują, Monika Szabłowska Rozporządzenie Ministra Edukacji Narodowej z dnia 10 czerwca 1991 r. w sprawie studiów doktoranckich i stypendiów naukowych. (Dz.U. z dnia 2 lipca 1991 r.) Dz.U. 91.58.249; zm.: Dz.U.93.5.26; zm.: Dz.U.03.5.01. Na podstawie art. 36 ust. 2 i art. 20 ust. 2 ustawy z dnia 12 września 1990 r. o stopniu naukowym i tytule naukowym (Dz.U. Nr 65, poz. 386) zarządza się, co następuje: Par. 1.1. Studia doktoranckie mogą być tworzone w jednostkach organizacyjnych uczelni oraz w innych placówkach naukowych, posiadających uprawnienia do nadawania stopnia naukowego doktora habilitowanego. 2. Studia doktoranckie mogą być studiami środowiskowymi prowadzonymi przez jednostki, o których mowa w ust. 1, przy udziale innych jednostek organizacyjnych. Zadania poszczególnych jednostek organizacyjnych oraz sposób finansowania studiów doktoranckich określają umowy zawarte między tymi jednostkami.
3. Studia doktoranckie mogą być prowadzone jako studia dzienne lub studia zaoczne. BUDUJĄCE ZAŁOŻENIASystem studiów doktoranckich stworzony został dla ludzi młodych, ambitnych, pragnących podwyższyć kwalifikacje zawodowe z myślą, iż najpewniej swoją przyszłość zwiążą z szeroko rozumianą działalnością naukową. W zależności od uczelni organizacja studiów przebiegała różnorodnie. MEN wydało określone rozporządzenia i aby stworzyć struktury, należało być do tego odpowiednio przygotowanym. Dlatego studia doktoranckie pojawiły się najpierw w uniwersytetach mających nie tylko środki materialne, pozwalające na ich sprawne funkcjonowanie, lecz przede wszystkim odpowiednią kadrę naukową. Z biegiem czasu wszystkie szkoły wyższe zaczęły starać się o utworzenie studiów doktoranckich. Dlatego ten system nauczania stał się bardzo popularny, a co za tym idzie, jego funkcjonowanie zmieniło swój wymiar. Według przytoczonej powyżej ustawy, studia doktoranckie trwają 4 lata z możliwością przedłużenia o rok. Doktorant zobligowany jest do napisania pracy naukowej oraz prowadzenia zajęć dydaktycznych, by zdobyć doświadczenie godne miana akademickiego. W tym czasie musi on również brać udział w zajęciach zapisanych w strukturze studiów (wykładach, konwersatoriach, lektoratach języka obcego). Kończąc dany rok studiów musi przedstawić wyniki swojej pracy badawczej, a promotor wystawia opinię dotyczącą działań doktoranta. W niektórych uniwersytetach wymagany jest formalny egzamin, lecz zazwyczaj jest to rozmowa skupiona na wynikach pracy naukowej doktoranta. W czasie trwania studiów doktorant powinien uczestniczyć w co najmniej 3 konferencjach naukowych. Ma w pełni poznać, czym jest prawdziwa działalność badawcza, umieć zaprezentować się na publicznym forum naukowym, a swoją pracą wzmocnić osiągnięcia nauki polskiej. Studia doktoranckie dają każdemu uczestnikowi ogromną możliwość rozwoju własnych dążeń i umiejętności, sprawdzenia, czy potrafi dobrze funkcjonować w świecie nauki i czy jako człowiek sprawdza się w trudnych sytuacjach, a jego praca badawcza jest efektywna oraz nowatorska. A NA IMIĘ MU BYŁO DOKTORANTOkreślenie statusu doktoranta jest rzeczą kłopotliwą. Formalnie jest on uczestnikiem studiów doktoranckich, wpisanym w określone struktury. Otrzymuje legitymację umożliwiającą mu korzystanie z zasobów wszystkich polskich bibliotek (jest to szczególnie ważne w chwili odwiedzin PAN oraz Biblioteki Narodowej, która jako jedyna wydaje kartę pracownika i zamiast tułać się z bracią studencką doktorant zasiada w gronie naukowców wyposażonych w laptopy). Macierzyste uczelnie zazwyczaj zwiększają limit książek możliwych do wypożyczenia, co i tak jest błogosławieństwem. Dzięki owej legitymacji studenci niektórych uniwersytetów mogą korzystać z ulg w komunikacji miejskiej (choć w nobliwym grodzie krakowskim zdarzały się przypadki, kiedy to doktorant musiał zapłacić karę za skasowanie ulgowego biletu; na szczęście czworo z nich wygrało sprawy w sądzie i to w Sądzie Okręgowym, gdyż przedsiębiorstwo odwołało się od pierwszego z wyroków) i rzecz znamienna – otrzymują bilety ulgowe wchodząc do niektórych muzeów. Inne dobrodziejstwa są obce doktorantowi, z racji, iż zazwyczaj przekroczył już 26. rok życia. Doktorant bezpłatnie korzysta ze świadczeń medycznych, lecz nie jest płacony za niego ZUS. Zatem w przyszłości, w zasadzie od dobrej woli pracodawcy lub ustawodawcy (który przy swojej bujnej wyobraźni co rusz zmienia przepisy) zależy, czy okres studiów doktoranckich zaliczony będzie do tzw. nieskładkowego okresu pracy. Doktorant w toku studiów zobligowany jest do prowadzenia zajęć akademickich. I tu pojawia się problem, dosyć duży zarówno dla uczelni, jak doktorantów i studentów, którzy niepewnie spoglądają na wykładającego, nie wiedząc, czy to pracownik, czy ktoś na wzór praktykanta, odrabiającego zlecone mu zadanie. Onegdaj bywało tak, iż doktorant otrzymywał stypendium, w ramach którego zobowiązany był do prowadzenia zajęć (od 60 do 110 godzin rocznie, w zależności od ustaleń rad poszczególnych wydziałów). Sprawa nie przedstawiała się dramatycznie, bo większość doktorantów z chęcią podejmowała się tego zajęcia i wykonywała je sumiennie, wiedząc, iż w ten sposób zdobywa ważne doświadczenie. Jednak w chwili powiększenia się liczby uczestników studiów zaczął narastać problem. Zapewnienie doktorantom godzin dydaktycznych to blokada miejsc dla potencjalnych pracowników, choć z drugiej strony to olbrzymie oszczędności, tak potrzebne każdemu z uniwersytetów. Poza tym, zapewnienie wszystkim godzin ćwiczeniowych też czasem przerasta możliwości konkretnego wydziału (doktoranci prowadząc zajęcia powinni, według ustawy, otrzymać za dodatkową pracę wynagrodzenie, lecz nie otrzymują). Zatem status doktoranta jest bardzo mglisty. W zasadzie to student – pracownik. Jego pozycja ulega zmianie w zależności od spraw, które chce rozwiązać. Jest czymś na wzór anioła z augustiańskiej drabiny, pomiędzy Istotą Najwyższą a człowiekiem, tylko dlaczego loty jego nie mogą być zbyt wysokie? Ta sprawa staje się szczególnie dotkliwa w chwili, kiedy doktorant postanawia wziąć udział w konferencji naukowej. Uczelnia nie pokrywa żadnych kosztów. Doktorant, jeśli otrzymuje stypendium, dzielnie wrzuca monety do skarbonki, aby zaprezentować się na publicznym forum naukowym. Przeciętny koszt konferencji to: 150 zł – opłata konferencyjna, dojazd (nie daj, Boże, na drugi koniec Polski, bo to wynosi od 100 do 150 zł) i 50 zł na koszty własne (do wyboru: interesujące książki lub miły wieczór w gronie referentów). Jeśli doktorant nie otrzymuje stypendium, to albo wspomaga go rodzina, albo należy walczyć o wydrukowanie artykułu w czasopiśmie recenzowanym (co przeciętnie wymaga oczekiwania przez rok lub dłużej). Roztropniejsi doktoranci uczestniczą w konferencjach organizowanych przez macierzyste uczelnie lub wyszukują owe „najtańsze”, gdyż zwykła materia mocno ogranicza ich działalność naukową. STYPENDIALNE ZŁOTE RUNOStypendium doktoranckie ma przede wszystkim umożliwić adeptowi sprawne funkcjonowanie w prowadzonych przez siebie badaniach. Służy temu, aby doktorant mógł wyjeżdżać w celu zdobycia potrzebnych mu materiałów lub uczestniczyć w zjazdach naukowych, sympozjach. Obecna sytuacja gospodarczo-społeczna zmienia jednak świetlisty cel w bardziej przyziemny. Stypendia dla dużej grupy doktorantów to jedyny dochód zapewniający im podstawy bytowe. A jakie jest owo stypendialne złote runo? W Akademii Rolniczej we Wrocławiu studiuje 244 doktorantów (stan z grudnia 2002 r.), z czego stypendia pobiera 181 osób. Na przykład, spośród słuchaczy I roku: na Wydziale Medycyny Weterynaryjnej jest 6 doktorantów i wszyscy pobierają stypendium, na Wydziale Nauk o Ziemi jest 4 doktorantów również otrzymujących stypendium, na Wydziale Rolniczym jest 15 doktorantów i tylko 3 osoby spośród nich pobierają stypendia, na Wydziale Inżynierii Kształtowania Środowiska jest 13 doktorantów i troje z nich otrzymuje stypendium. Natomiast na Wydziale Biologii i Hodowli Zwierząt jest 4 doktorantów, z których żaden nie otrzymuje stypendium. Zatem spośród 42 doktorantów I roku studiów – 16 otrzymuje stypendia. W Uniwersytecie Jagiellońskim wysokość stypendium oscyluje pomiędzy 600 a 800 zł (najniższe otrzymują niektórzy z doktorantów w Instytucie Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych – 500 zł, najwyższe na Wydziale Matematyczno-Fizycznym – od 950 do 1000 zł). Na Wydziale Historycznym UJ jest w sumie 228 doktorantów, z czego na I roku studiów 53, spośród nich 4 osoby otrzymują stypendium w wysokości 750 zł (wszystkie podane liczby i zestawienia dotyczą UJ bez uwzględnienia Collegium Medicum, które ma osobny budżet i inne organy zajmujące się doktorantami). Jak widać z przytoczonych danych, sytuacja nie wygląda najlepiej, a marzenia o stypendium są zarezerwowane wyłącznie dla nielicznych. Aby bronić praw doktorantów w niektórych uczelniach powstały towarzystwa lub rady, które zajmują się sprawami nie tylko stypendialnymi. – Doktoranci w UJ otrzymują 100 miejsc w domach studenckich (co należałoby pochwalić), ale większość z nich musi się na okres wakacji wyprowadzać do innych pokoi lub nawet odległych akademików, by zwolnić miejsca dla gości hotelowych. A potem znów przeprowadzają się do tych pokoi, w których mieszkali. I jeszcze, co gorsza, w czasie wakacji mieszkają niekiedy w pokoju ze studentami nawet pierwszego roku, z którymi np. będą prowadzić zajęcia. Wiadomo, że w takich warunkach doktoratu szybko nie przybywa – wyjaśnia pan Mateusz Szpytma, prezes Towarzystwa Doktorantów Uniwersytetu Jagiellońskiego. Istnieje ono od 22 stycznia 1992 r. – Członkami TDUJ są wszyscy doktoranci, którzy nie zgłosili na piśmie (nie było takiego przypadku) rezygnacji z członkostwa. Nie płaci się składek. Wszystkich doktorantów jest 2136 (z czego na dziennych studiach 2001). Spośród nich stypendium w 2002 r. pobierało 609 osób – informuje pan Mateusz Szpytma. – Dziennych uczestników studiów doktoranckich, w porównaniu do 1995 r., przybyło czterokrotnie, ale ostatnio tendencje są inne: w 2000 r. było nas 1736, w 2001 – 2043, a teraz – 2001. A zatem liczba chętnych do podjęcia nauki w ramach studiów doktoranckich wzrasta czy maleje? – Paradoksalnie wzrasta i to bardzo. Jest to efekt bezrobocia: kończę studia, nie mam pracy, a mogę jeszcze postudiować – dzięki temu przedłużam wybór sposobu na życie i przedłużam iluzję, że jak będę bardziej wykształcony, to znajdę pracę. Iluzja. Niestety. W chwili, kiedy doktorant staje się doktorem, jego los jest raczej określony – wędrówka do urzędu dla bezrobotnych (w trochę lepszej sytuacji są doktorzy nauk ścisłych). Szkoły podstawowe czy średnie nie chcą pracowników ze stopniem doktora, natomiast znalezienie pracy w uczelni wyższej graniczy wprost z cudem. – Niestety, znam wielu doktorów, którzy szukają pracy. To osoby bardzo sfrustrowane – puentuje pan Mateusz Szpytma. Zatem możliwość podwyższenia kwalifikacji istnieje. Dostępna jest dla wszystkich chętnych (niektóre uniwersytety pozwalają na podjęcie studiów indywidualnych, za które należy zapłacić, np. 100 zł w UMCS). Doktorant może korzystać ze stypendium, może również otrzymać grant wspomagający jego pracę. Jednak nie jest to sprawa łatwa i, jak widać, dostępna nielicznym. Młodzi ludzie chcą studiować, lecz pojawiające się problemy powodują, iż wejście w struktury studiów doktoranckich wcale nie stwarza możliwości na lepsze funkcjonowanie w społeczeństwie. Jedna z okładek „Forum Akademickiego” (2001, nr 4) wyglądała następująco: po prawej stronie tablica informująca: doktorat – 120, habilitacja – 360, profesura – 540, z boku widać pustą asfaltową drogę pośród szpaleru drzew. Widok dość frapujący: strona prawa, zgodnie ze zwyczajem, pokazuje piękną perspektywę, lewa – przedstawia dążenie do nieokreślonego celu, samotne, choć w słonecznej oprawie. Po dwóch latach ten obraz stał się bardziej czytelny dla byłej doktorantki. Realizacja marzeń i dążeń jest chwalebna, lecz dokąd prowadzi? Hm, to już przyszłość pokaże... Quo vadis doktorancie?
|
|
|