Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2003

Spis treści numeru 7-8/2003

Archeologia i polityka

Poprzedni Następny

Badania naukowe

Polscy archeolodzy już przed wojną wierzyli w pradawną słowiańskość naszych ziem. Co najwyżej można im zarzucić ortodoksyjne trzymanie się 
jednej koncepcji metodologicznej.

Przemysław Urbańczyk

Fot. Stefan Ciechan

 Ludzie wychowani na filmach pokazujących jak Indiana Jones zdobywa fantastyczne obiekty i faszerowani przez media sensacyjnymi informacjami o niezwykłych odkryciach, uznają na ogół archeologów za poszukiwaczy skarbów lub przynajmniej za oderwanych od rzeczywistości dziwaków. Co ciekawe, nawet wielu archeologów uważa swoją naukę za bezpieczny azyl, w którym można się schronić przed niepokojami współczesności. Nic bardziej fałszywego.

Archeologia nie jest nauką zapewniającą izolację od problemów politycznych. Wręcz przeciwnie – archeolodzy stają często na pierwszej linii frontu walki ideologicznej, gdyż politycy oczekują od nich wsparcia współczesnych celów argumentami mocno zakorzenionymi w odległych czasach. Wielu polityków ma skłonność do wspierania swoich wizji przykładami zaczerpniętymi z przeszłości. O ile bowiem teraźniejszość może być kontestowana, a jej interpretacje podawane w wątpliwość, to przeszłość wydaje się być niekontrowersyjna. W powszechnym mniemaniu przeszłość jest zamkniętą kartą, którą wystarczy odkryć. Sądzi się, że im dalej sięgamy w przeszłość, tym łatwiej jest dokonywać ocen. Zatem odpowiednio „starożytne” dowody są uważane za cenne argumenty w najzupełniej współczesnych sporach politycznych.

Archeolodzy nieraz padli ofiarą tego przekonania, mniej lub bardziej świadomie uczestnicząc w legitymizowaniu pretensji terytorialnych, dowodzeniu starożytności korzeni etnicznych czy też rozstrzyganiu o cywilizacyjnej wyższości skonfliktowanych narodów. Badacze zamierzchłych dziejów wielokrotnie stali więc w awangardzie harcowników, przygotowujących głównych aktorów sceny politycznej do decydującego starcia. Nie ominęło to i polskiej archeologii, która może posłużyć za kliniczny przykład powtarzającego się uwikłania w spory, które nie miały nic wspólnego z badaniem odległej przeszłości.

CENNE NARZĘDZIA

Zilustruję to sytuacją, jaką po II wojnie światowej stworzyła nagła zmiana układu geopolitycznego. Garstka archeologów, którzy przetrwali kataklizm, stanęła wobec niespotykanych wcześniej problemów. Musieli nie tylko odtworzyć zbiory muzealne, uruchomić kształcenie akademickie i przygotować plany badawcze, ale też znaleźć swoje miejsce w nowej rzeczywistości politycznej. Nie chodzi tu tylko o stosunek do nowej sytuacji, który podzielił małe środowisko na aktywnych zwolenników wywiedzionego z marksizmu ustroju, tych, którzy próbowali się przystosować, ale bez jednoznacznego akcesu ideologicznego, oraz tych, którzy wybrali bierny opór.

Znacznie ciekawsze są losy pewnych tradycji i koncepcji naukowych, które mimo przedwojennego rodowodu znalazły niespodziewane poparcie nowej klasy rządzącej i zapewniły polskiej archeologii pozycję nieproporcjonalnie wysoką w stosunku do jej roli w odbudowie zdewastowanego kraju. Mimo ogromu trudnych do zaspokojenia potrzeb i raczej praktycznych oczekiwań społecznych, państwo łożyło w latach 50. i 60. ogromne środki na archeologiczne prace wykopaliskowe, prowadzone na niespotykaną wcześniej na świecie skalę. Biedna powojenna Polska stała się niespodziewanie potęgą archeologiczną.

Przyczyn tego nie należy oczywiście upatrywać w szczególnej wrażliwości historycznej przysłanych ze wschodu kadr nowej władzy. Trudno je też podejrzewać o bezinteresowną ciekawość śladów odległej przeszłości, ukrytych głęboko pod powierzchnią ziemi. Równie wątpliwe byłoby doszukiwanie się patriotycznego uzasadnienia zadziwiającej hojności ówczesnych władców PRL-u. Myślę, że, podobnie jak i współczesnych polityków, trzeba ich uznać za pozbawionych emocji pragmatyków, dla których liczył się przede wszystkim zysk polityczny w postaci umocnienia systemu władzy.

Co prawda, archeolodzy byli mało przydatni w sferze bezpośredniej propagandy, przymusu czy produkcji, ale mieli do zaoferowania cenne narzędzia, które można było wykorzystać w walce ideologicznej. A każda władza potrzebuje przecież legitymacji zakorzenionej w ideologii uzasadniającej taki a nie inny ustrój i wyjaśniającej wybraną strategię rozwiązywania problemów geopolitycznych. W tworzeniu tej otoczki niezwykle przydatne są argumenty odwołujące się do możliwie odległej przeszłości. Przemawiają bowiem łatwo do zbiorowej wyobraźni, pozwalając manipulować zinternalizowaną w społecznej świadomości tradycją historyczną.

Każda formacja polityczna próbuje więc wykreować przeszłość taką, jaka najlepiej odpowiada jej aktualnym celom politycznym. Służą do tego fakty niekoniecznie sfałszowane lub przeinaczone. Wystarczy odpowiednia selekcja i ukierunkowana interpretacja fragmentów dawnych dziejów. Im dalej sięga się wstecz, tym mniej jest ludzi, którzy mogą dokonać samodzielnej oceny zaproponowanej wizji, a zatem muszą się zdać na opinie ekspertów.

Trudno więc w dyskusji politycznej o lepszy argument niż odpowiednio uzasadnione twierdzenie, że „przecież tak było zawsze” albo „już tysiąc lat temu...” Takie „dowody” mają szczególną wartość w rozstrzyganiu sporów terytorialnych i w uzasadnianiu roszczeń niepodległościowych, czego tragicznym przykładem są ostatnie konflikty bałkańskie. Ale i w państwach, które względnie łagodnie pojawiły się na mapie Europy nie brak skłonności do żonglowania faktami historycznymi. Dotyczy to wszystkich naszych wschodnich i południowych sąsiadów, wśród których często poczucie patriotycznego obowiązku góruje nad spokojną oceną przeszłości. Istotną rolę odgrywała (i odgrywa) w tych rozgrywkach archeologia, chociaż archeolodzy nie zawsze są świadomymi uczestnikami tej gry „z przeszłością o teraźniejszość”.

SOLIDARNOŚĆ SŁOWIAŃSKA

Nie inaczej było w Polsce, która w pierwszej połowie ubiegłego wieku dwukrotnie przywracana była na mapę Europy – w obu wypadkach w innym kształcie, w całkowicie innej sytuacji geopolitycznej i z radykalnie innym systemem ideologiczno-politycznym. Takie zmiany zawsze wymagają pilnego uzasadnienia. Cenny więc jest każdy przydatny socjotechnicznie argument. A przeszłość może ich przecież dostarczyć wiele. Trzeba tylko dobrze poszukać.

Nie chcę powiedzieć, że badacze bliższej i dalszej przeszłości są notorycznie politycznie skorumpowani, ukierunkowując cele swoich działań i dopasowując ich wyniki do oczekiwań elit rządzących. Większość z nich nie zdaje sobie bowiem sprawy z rozgrywek, które toczą się ponad ich głowami. Ślęczą więc po bibliotekach lub pocą się przy łopacie przekonani, że służą wyłącznie prawdzie naukowej. Biorą udział w wielkich programach badawczych, ciesząc się z łaskawości państwowego sponsora i nie zastanawiając, jakie może być polityczne uzasadnienie nagłej szczodrości.

Właśnie w takiej sytuacji znalazła się wkrótce po II wojnie światowej polska archeologia, która miała do zaoferowania „towar” niezwykle atrakcyjny dla propagandzistów PRL-u, gwałtownie poszukujących społecznie nośnych argumentów walki politycznej. A potrzebowali ich wielu do objaśniania niezrozumiałych dla większości ludzi zmian. To elity intelektualne można było odurzyć marksistowską wykładnią dziejów. „Lud” potrzebował haseł prostszych, choć niekoniecznie podawanych wprost.

Jednym z nich była solidarność słowiańska, do której Stalin powrócił po zaatakowaniu ZSRR przez Niemcy w 1941 r. Wprawdzie Komitet Wszechsłowiański rozwiązano w 1948 r., ale wywodząca się z panslawizmu i neoslawizmu idea jedności językowo-kulturowej wszystkich Słowian doskonale wspierała uzasadnienie imperialnej polityki prowadzonej w Europie Środkowowschodniej.

Polska archeologia, z jej doświadczeniem w walce o „odwieczną” słowiańskość naszych ziem, mogła być naturalnym, choć chyba nieświadomym sojusznikiem ideologicznym. W okresie międzywojennym badania nad prasłowiańszczyzną miały wykazać niedorzeczność niemieckiej propagandy o pragermańskich korzeniach Europy Środkowowschodniej. Dowody na trzechtysiącletnią obecność Słowian na Niżu Polskim miały obalić historyczne uzasadnienie Drang nach Osten. Przy tym, zarówno archeolodzy niemieccy, wywodzący się ze szkoły Gustawa Kossiny, jak i archeolodzy polscy, „dowodzeni” przez Józefa Kostrzewskiego (zresztą ucznia Kossiny), posługiwali się tymi samymi metodami, chociaż dochodzili do przeciwstawnych wniosków.

Po wojnie zabrakło niemieckich oponentów, którzy porzucili rozważania etniczne i badaniom nad pradziejami Słowiańszczyzny mógł grozić uwiąd. Tym bardziej że radykalni młodzi marksiści atakowali starych mistrzów zarzucając im stosowanie „rasistowskiej, reakcyjnej teorii etnologicznej”, która nie uwzględniała koncepcji stadialnego rozwoju języków Nikołaja Marra. Na szczęście w 1950 r. „marryzm” został ostatecznie potępiony i wkrótce „archeologia słowiańska” stała się specjalnością nie tylko popieraną, ale wręcz narzucaną. Musieli się nią zajmować Niemcy w NRD, Węgrzy, Rumuni, Litwini, Łotysze i Estończycy. Utworzono Międzynarodową Unię Archeologii Słowiańskiej, której kongresy przyciągały setki mówców i słuchaczy. Nie bez powodu I Międzynarodowy Kongres Archeologii Słowiańskiej odbył się w Warszawie we wrześniu 1965 r.

W ten sposób kierunek badawczy, ukształtowany w atmosferze emocji nacjonalistycznych, towarzyszących pierwszemu odzyskaniu niepodległości, wykazał swoją przydatność również w warunkach silnie promowanego internacjonalizmu towarzyszącego drugiemu powrotowi na mapę Europy. Wizja autochtonizmu Słowian między Odrą a Wisłą na ponad trzy dekady zdominowała nauczanie akademickie i szkolne, aczkolwiek w Krakowie, bez widocznych represji, utrzymała się enklawa zwolenników późnego przyjścia ludności słowiańskiej ze Wschodu.

DOWÓD POLSKOŚCI

Drugim politycznie „słusznym” kierunkiem badań archeologicznych okazało się, też wywodzące się sprzed wojny, zainteresowanie początkami polskiej państwowości. I w tym przypadku nieprzemijający walor patriotyczny takich rozważań znalazł niespodziewane wsparcie najwyższych władz. Wspólnym dla archeologów i polityków pretekstem do rozpoczęcia już w końcu lat 40. ogromnego programu badawczego było zbliżanie się tysiącletniej rocznicy włączenia Mieszka I do grona cywilizowanych władców Europy. Opublikowany w 1946 r. programowy artykuł Witolda Hensla Potrzeba przygotowania wielkiej rocznicy zaowocował wkrótce największą w Europie kampanią badań wykopaliskowych.

W 1949 r. powołano Kierownictwo Badań nad Początkami Państwa Polskiego, które już w 1951 r. zatrudniało 221 osób. W końcu lat 40. rozpoczęto studia historyczne i wielkie prace wykopaliskowe w średniowiecznych centrach kilkunastu miast i na grodziskach mających piastowską metrykę. Na te badania skierowano niemal cały wysiłek polskiej archeologii, która nigdy wcześniej ani później nie była tak hołubiona przez władze państwowo-partyjne.

Nieproporcjonalna w stosunku do potrzeb odbudowy zniszczeń wojennych przychylność miała oczywiście swoje przyczyny polityczne. Ta bardziej widoczna wynikała z potrzeby udowodnienia polskości tzw. Ziem Odzyskanych, które miały zrekompensować straty terytorialne na wschodzie. Polakom i światu trzeba było dowieść, że Danzig, Kolberg, Stettin, Breslau, Oppeln i inne miejscowości na północy, zachodzie i południu mają metryki i tradycje staropolskie, zatarte później przez ekspansję osadnictwa niemieckiego. Trzeba było przywrócić Polsce Gdańsk, Kołobrzeg, Szczecin, Wrocław i Opole, a zadanie ujawnienia ich piastowskich korzeni postawiono przed archeologami i historykami.

W politycznym tle tych badań przewijał się też drugi, trudniej dostrzegalny wątek wykorzystania badań nad wczesnym średniowieczem do podważania autorytetu Kościoła i chrześcijańskich początków Polski. Przecież chrzest Mieszka I nie bardzo nadawał się na wątek przewodni obchodów „milenijnych” w państwie promującym światopogląd materialistyczny. Ujawnione niedawno dokumenty MSW pokazują, jakimi sposobami torpedowano kościelne przygotowania do obchodów jubileuszowych. Częścią tej strategii było wykorzystanie odkryć archeologicznych do pokazania, że państwo polskie miało korzenie znacznie starsze niż symboliczna data 966 r.

Po wielkiej kampanii propagandowej, towarzyszącej uroczystościom jubileuszowym, zainteresowanie sfer partyjno-rządowych badaniami nad wczesnym średniowieczem wyraźnie zmalało, tym bardziej że stopniowo normalizowały się stosunki polsko-zachodnioniemieckie. Zmniejszał się więc strumień pieniędzy, ale wygasał też entuzjazm okresu pionierskiego. Archeologia stopniowo wracała na miejsce należne jej jako jednej z nauk historycznych, ale już bez rozdętej „nadbudowy” ideologiczno-politycznej.

MIELI SZCZĘŚCIE

Mało kto zastanawia się dzisiaj nad tymi uwarunkowaniami rozkwitu polskiej archeologii w powojennym ćwierćwieczu. W pamięci pozostają tylko niewątpliwe sukcesy, które uczyniły z nas potęgę europejską. Chciałoby się widzieć w nich li tylko aspekty czysto naukowe, usuwając z rozważań brzydkie podejrzenia o naganną współpracę z „reżimem”. Skłonność taką wykazują szczególnie ci archeolodzy, którzy nie mogą pamiętać tych odległych czasów. Na szczęście, żyjący jeszcze aktywni uczestnicy badań „milenijnych” potwierdzają polityczne tło tej kampanii, która cieszyła się szczególną opieką władz partyjno-państwowych.

Oni wiedzą bowiem, że opisane zbliżenie nauki z polityką było przypadkiem wynikłym z niezwykłego zbiegu okoliczności geopolitycznych i ideologicznych. Polscy archeolodzy już przed wojną wierzyli przecież w pradawną słowiańskość naszych ziem. Co najwyżej można im zarzucić ortodoksyjne trzymanie się jednej koncepcji metodologicznej. Badacze Ziem Odzyskanych odkrywali przecież rzeczywiste słowiańsko-piastowskie korzenie tamtejszych miast. Można im jedynie zarzucić, że zbyt bezceremonialnie ignorowali ślady późniejszych wpływów niemieckich. Odkrywcy najstarszych warstw wczesnośredniowiecznych grodów stwierdzali oczywistą ciągłość tradycji organizacyjnej sprzed daty chrztu Mieszka I. Najwyżej można im zarzucić nadmierne postarzanie śladów pochodzących sprzed 966 r.

Rzesze zaangażowanych w tamte badania archeologów nie zdawały sobie zapewne sprawy ze wszystkich niuansów politycznych przychylności państwowego skarbnika. Pocąc się w terenie i ślęcząc w pracowniach, wykonywali rutynowe czynności badawcze, nie zastanawiając się nad tym, czy ich wyniki mają wartość propagandową. Nad stroną polityczną czuwało Kierownictwo Badań nad Początkami Państwa Polskiego z profesorami Aleksandrem Gieysztorem i Witoldem Henslem na czele. To oni potrafili przekonać politycznych decydentów o tym, że warto zainwestować w archeologię. To oni, biorąc na siebie trudne kontakty z władzami, rozpięli ochronny parasol nad szeregowymi wykonawcami programu.

W sumie trzeba więc mówić o niespodziewanie korzystnym zbiegu okoliczności politycznych, który sprawił, że archeologia nie tylko szybko odrobiła wojenne straty, ale też znacznie zyskała w postaci pieniędzy na etaty i badania terenowe. Przypadkowi należy zawdzięczać, że rutynowa oferta archeologów, kontynuujących przedwojenne kierunki badań, odpowiadała doraźnym potrzebom politycznym. Dzięki temu powojenna archeologia doznała chyba najmniejszych represji spośród wszystkich nauk humanistycznych, a większość archeologów mogła przetrwać najtrudniejszy okres nie czyniąc koncesji politycznych ani nie sprzeniewierzając się wymaganiom naukowego „obiektywizmu”. Można dziś powiedzieć, że mieli wiele szczęścia.

Prof. dr hab. Przemysław Urbańczyk, archeolog, pracuje w Instytucie Archeologii i Etnologii PAN w Warszawie.

Komentarze