Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2003

Spis treści numeru 7-8/2003

Janiszewscy

Poprzedni Następny

Rody uczone (77)

Żeby, wykraczając poza paragrafy, nie wejść na manowce, trzeba mieć niezachwianą pewność i niezmąconą jasność owych podstawowych zasad, które wynosi się 
z domów pielęgnujących inteligenckie tradycje.

Magdalena Bajer

Fot. Rafał Marczak

Ojciec chciał z Zakopanego 
zrobić perłę Europy.

Spotkanie z panią Zofią z Janiszewskich Babińską, dziś już nieżyjącą, oraz jej córką Martą Babińską, zaczęło się od wysłuchania dwu cytatów. Pierwszy to zdania ze szkicu Na przełęczy Stanisława Witkiewicza: Szczęśliwymi z punktu są tylko ludzie, którzy nie mieli czasu na to, żeby się przyzwyczaić do wygód, i którzy nade wszystko czegoś po świecie szukają, którzy patrzą i widzą, umieją słuchać, chcą badać i poznawać – maniacy, którzy nie tylko siedząc na twardym stołku i owsianej słomie, mogą jeszcze szukać malowniczości i charakteru, jakichś odrębności etnograficznych lub szczególności przyrodniczych – ale nawet leżąc na torturowym żarze jeszcze by w nim szukali stosunku tonów, podziwiali rękojeść katowskiego miecza, ścinającego ich głowy, lub badali chemiczny skład jadu żmii, od której ukąszenia właśnie konają. Drugi cytat to słowa z testamentu Tomasza Wiktora Janiszewskiego, do którego odnosi się (i stosuje w pełni) literacka opinia Witkiewicza: Żadnych mów, żadnych wieńców, trumna ma być z drewna, ksiądz niech jedynie pokropi trumnę. Zawiadomić Rząd, że były członek Rządu, którego nie dopuszczali na żadne bardziej wpływowe stanowiska, gdzie miałby szerokie pole działania – zmarł.

W spotkaniu na warszawskim Mokotowie uczestniczył doc. Jan Majda z UJ, autor książki Tatrzańskim szlakiem literatury, ponieważ największa postać rodu obfitującego w uczonych, zarazem główny bohater rodzinnej opowieści, na owym szlaku znaczne pozostawił ślady.

DROGA POD GIEWONT

Pani Zofia zapamiętała z dzieciństwa wizytę Piłsudskiego w domu, kiedy żadne z ośmiorga dzieci nie było dopuszczone do uczestnictwa w rozmowie z gościem, ale starsze podsłuchiwały pod drzwiami, czując, że to rozmowa ważna. Dr Janiszewski, naczelny lekarz Krakowa, omawiał wtedy z marszałkiem sprawy medycznego zaopatrzenia wojska, upowszechniania w jego szeregach oświaty sanitarnej, organizacji służby lekarskiej na czas wojny.

Wcześniejsze koleje życia córka zna z opowiadań, po trosze legendy, jako że osoba ojca obrosła legendą, trochę za sprawą owych związków z kanonem literatury ojczystej, które bada doc. Majda.

Tomasz Wiktor Janiszewski urodził się w roku 1867. Myślał o studiowaniu rolnictwa, które zawsze go pociągało, ale sytuacja rodzinna kazała obrać zawód zapewniający przyszłość. Po trzech latach studiów lekarskich w Uniwersytecie Warszawskim kontynuował je w Moskwie. Odbywszy karę więzienia za posiadanie nielegalnych broszur, dopełniał edukację – wzorem ambitnej młodzieży doby rozbiorowej – w Bernie, Fryburgu Badeńskim, Zurychu i Wiedniu. Pod kierunkiem wielkiego uczonego Marcelego Nenckiego specjalizował się w bakteriologii, ogłaszając pierwszą pracę z tej dziedziny w roku 1893, w znanym czasopiśmie niemieckim. Rok później przybył do Krakowa i został asystentem w Zakładzie Anatomii Patologicznej UJ.
W roku 1896, jako doktor wszech nauk lekarskich, znalazł się w Zakopanem, niedawno „odkrytym” przez Tytusa Chałubińskiego i będącym wówczas „czwartą częścią” Polski rozdzielonej pomiędzy zaborców. Narzucone prawa i obce Polakom reguły działania zbiorowego były w tym sercu gór i skupisku wielkich indywidualności oraz talentów niejako zawieszone. W kontaktach z konspiracją wszystkich dzielnic, z patriotami przygotowującymi się do niepodległości na emigracji, lęgły się śmiałe idee rozwoju wielu dziedzin życia – pośród codziennej, upartej i gorliwej pracy u podstaw na rzecz i przybyszów, i miejscowej ludności. Janiszewski został asystentem doktora Andrzeja Chramca w jego sanatorium.

ZROBIĘ TU PERŁĘ EUROPY

Niespełna trzydziestoletni lekarz kupił w Witowie koło Zakopanego dom i „obszar gruntu”. Nie gospodarował na nim jednak, gdyż pochłonęła go rychło praca na stanowisku naczelnego lekarza Komisji Klimatycznej, redaktora założonego przezeń „Przeglądu Zakopiańskiego”, który zyskał dużą popularność, organizatora walki z gruźlicą w skali całego kraju, animatora Galicyjskiego Oddziału Towarzystwa Lekarskiego...

We własnym domu, wtedy już przy ul. Kościeliskiej, założył szpitalik – dwanaście łóżek – zalążek otwartego w 1899 roku szpitala „Pod Giewontem”. Głównym sponsorem, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli, był hrabia Władysław Zamoyski, a doktor Janiszewski wyszukiwał pomniejszych dobrodziejów i zbierał datki na rozmaitych spotkaniach oraz imprezach towarzysko-artystycznych, jakich wiele odbywało się w Zakopanem. Szpital zaopatrzył znakomicie i nowocześnie, a biednych górali leczono tam za darmo.

Lekarz-wizjoner wyobrażał sobie, że na południowych stokach, wśród ogrodów, rozbuduje się Zakopane. Ubogie poletka, dzięki podniesieniu poziomu kultury rolnej, zaczną rodzić nie tylko owies i ziemniaki. Ludność, lepiej odżywiona, nie będzie masowo zapadać na gruźlicę. – Ojciec chciał z Zakopanego zrobić perłę nawet Europy. Mówił, że trzeba to obmyślać trzydzieści lat naprzód. Szerokie miał plany.

Zamysł wybudowania wodociągów miejskich w miejsce studni przydomowych, kiepsko izolowanych od gnojówek i wygódek, stał się źródłem zatargu z doktorem Chramcem, ówczesnym wójtem, oraz zarządem miasta. Janiszewski zdobył 60 proc. potrzebnych środków od władz galicyjskich. Nie było zgody na zapłacenie reszty przez mieszkańców i projekt upadł.

JUDYMOWY LOS

W sprawozdaniu lekarza naczelnego Stacji Klimatycznej za rok 1900 pisał: Stawiając przed kilku laty w Komisji Klimatycznej wniosek udania się do wysokiego Wydziału Krajowego z prośbą o wypracowanie planu regulacyjnego dla naszego uzdrowiska, który to wniosek został przyjęty, miałem na myśli nadanie pracom komisji pewnego określonego programu, pewnego planu, obliczonego na dłuższy przeciąg czasu, i odjęcie naszym pracom charakteru tej dorywczości, jaką się one odznaczały dotąd.

W Zakopanem poznał go Stefan Żeromski i, zafascynowany przenikliwością ocen, rozmachem planów, a także osobowością, wziął za prototyp głównego bohatera powieści Ludzie bezdomni, którą tam, w roku 1899, zaczął pisać. Pan doc. Majda zbadał dokładnie wszelakie podobieństwa – charakteru i losu Tomasza Judyma oraz Tomasza Wiktora Janiszewskiego (imię Wiktor dał pisarz bratu swego bohatera). Gorliwość zakopiańskiego doktora w szerzeniu oświaty zdrowotnej, w organizowaniu służby medycznej dla najuboższych, w zwalczaniu chorób będących wówczas społecznymi plagami, znalazła skondensowany wyraz w odczycie Judyma, wygłoszonym dla warszawskich lekarzy. 

Rozległość zainteresowań i wielorakość podejmowanych zadań podobnie łączy literacką postać z jej żywym prototypem – Tomasz Judym w powieściowych Cisach zajmuje się nie tylko szpitalem, gdzie, jak dr Janiszewski, biednych leczy bezpłatnie, ale dezynfekuje domy (aparaturę do tego „skopiował” pisarz z zakopiańskiego pierwowzoru), uczy higieny mieszkańców, urządza dobroczynne bale i kwesty na zaspokojenie potrzeb, jakie uważa za pilne.

Podobieństwo losu jest dokładne. Doktor Judym popadł w konflikt ze swym zwierzchnikiem, co – jak się skończyło, wiedzą pokolenia uczniów – odzwierciedla sytuację, podobnego mu romantyka-pozytywisty, Tomasza Wiktora Janiszewskiego, który nie zdołał przekonać ani pokonać doktora Andrzeja Chramca – przeciwnika idei zmodernizowania Zakopanego i uczynienia zeń perły uzdrowisk. Zacofanie, ciasnotę umysłową, niegodne postępowanie władz miasta, opisał zwolennik i przyjaciel Stanisław Witkiewicz w broszurze pod znamiennym tytułem Bagno, za co Chramiec wytoczył mu proces przed lwowskim sądem. Wygrał Witkiewicz. Stefan Żeromski przysłał mu wtedy depeszę z gratulacjami i pochwałami pod adresem zakopiańskiego Judyma.

DLA NIEPODLEGŁEJ

W roku 1908 dr Janiszewski opuścił Zakopane, zostawiając tam trwałe ślady swego rozumnego trudu. Po uzupełniających studiach we Lwowie został naczelnym lekarzem Krakowa. Kontynuował służbę społeczeństwu wedle swoich wyobrażeń, porządkując i podnosząc na wyższy poziom powszechną opiekę zdrowotną, zakładając ogródki jordanowskie, zdobywając tereny na działki ogrodniczo-wypoczynkowe dla robotników. Założył Krakowskie Towarzystwo Przeciwgruźlicze.

Do tego samego nurtu należały wykłady z higieny w Uniwersytecie Jagiellońskim oraz w Akademii Górniczo-Hutniczej – nawiązanie do pracy akademickiej u początku życiowej drogi.
Powtarzał się, w innej skali, plan urzeczywistnienia wizji społeczeństwa wolnego od chorób zakaźnych, żyjącego w warunkach sprzyjających rozwojowi ciała i ducha. Głównym bodaj punktem tego planu było (podobnie jak w Zakopanem) stworzenie nowoczesnego szpitala. Rada miasta podjęła uchwałę o budowie Zakładów Sanitarnych na Białym Prądniku 22 lipca 1913 roku. Przerwała ją Wielka Wojna, zaprzątając inicjatora (na prośbę marszałka Piłsudskiego) zajęciami doraźnymi. Dzieła dokończono w roku 1917, o czym tak pisał „Czas”: W nowych miejskich Zakładach Sanitarnych zdobył Kraków instytucję zakrojoną na prawdziwie europejską skalę. Dziś jest to Krakowski Szpital Specjalistyczny im. Jana Pawła II.

Pracę dla Krakowa przerwało powołanie doktora Janiszewskiego, w styczniu 1919 roku, na stanowisko ministra zdrowia publicznego, które zajmował przez cały czas rządów gabinetu Ignacego Paderewskiego. W Warszawie założył kilka zakładów badawczych, inicjując zakup gruntu, gdzie stanęły przy ul. Chocimskiej. Mieści się tam do dzisiaj Państwowy Zakład Higieny.
Już na emeryturze dopełnił Tomasz Wiktor Janiszewski karierę akademicką (profesorskie tradycje miał po rodzinie matki – Rostafińskich), zostając w roku 1930 profesorem zwyczajnym Uniwersytetu Warszawskiego i kierownikiem Katedry Higieny. Dorobek naukowy całego życia to ponad sto publikacji.

DZIECI, WNUKI, BROK

– Całą naszą ósemkę rodzice wykształcili. Najstarszy brat pani Zofii Babińskiej był inżynierem, specjalistą od budowy mostów wiszących, od roku 1937 mieszkał w Ameryce. Najstarsza siostra kształciła się w grze na fortepianie, a przez małżeństwo z Zygmuntem Szweykowskim przysporzyła rodzinie profesorów. Kolejna córka ukończyła Wyższą Szkołę Handlową w Warszawie i Szkołę Robót Ręcznych w Zakopanem, do którego ciągnęły ją wspomnienia ojca. Brat młodszy, inżynier elektryk, skonstruował nowoczesny system alarmowy dla gmachu Banku Gospodarstwa Krajowego, co z uznaniem odnotowała prasa. Jedna tylko córka miała pójść, śladem ojca, na medycynę; skończyła szkołę pielęgniarską i kontynuowała służbę chorym. Moja rozmówczyni grała na skrzypcach, studiując w konserwatorium warszawskim, posłana tam z Krakowa. Zrezygnowała jednak z drogi artystycznej i za namową brata zapisała się do WSH, co okazało się interesujące, a zdobyty zawód ekonomisty podczas wojny zapewnił utrzymanie. Najmłodszy syn ukończył kursy Wawelberga, poziomem równe studiom politechnicznym.
Wykładając w Warszawie prof. Janiszewski przeniósł gniazdo rodzinne z Krakowa do Broku nad Bugiem. Od razu zamówił u stolarza stół na pięćdziesiąt osób, żeby każde z dzieci mogło przy nim zasiąść ze „swoją częścią rodziny”. A były te „części” liczne i znaczne, nie poznałam wszystkich choćby z imienia. Najstarsza córka, żona wielkiego filologa polonisty, wspomnianego Zygmunta Szweykowskiego, miała trzech synów profesorów – botaniki, muzykologii i fizyki z matematyką (temu rodowi należy się osobna opowieść). Wszystkie wnuki, jak wszystkie dzieci Tomasza Wiktora Janiszewskiego, kształciły się wybierając później różne drogi zawodowe i życiowe. Marta Babińska jest, jak matka, ekonomistką, jej siostra – lekarzem (tu dopiero pojawił się dziadkowy trop).

Senior rodu niedługo cieszył się licznymi zgromadzeniami przy wielkim stole, zmarł na kilka dni przed wybuchem wojny. Córka powiada: – Całe szczęście, bo ze swoim patriotycznym nastawieniem nie mógłby znieść klęski Rzeczypospolitej, no i wejścia Niemców do rodzinnego domu. A przewidywał wojnę, przewidywał, że stanie się coś bardzo złego.
W Broku zostały puste ściany. Pani Zofia żałowała kompletu mebli zakopiańskich, projektowanych przez Stanisława Witkiewicza, ale mnie, w małym warszawskim mieszkaniu, powtórzyła słowa swojej matki: – To nic, my wszyscy żyjemy.

Marta zapamiętała babcię Janiszewską jako osobę, która skupiała nas wszystkich koło siebie, do której jeździliśmy jakby z pielgrzymkami. Dom w Broku, sto kilometrów od Warszawy, był domem zawsze czekającym na nas. Znajdowaliśmy tam pociechę, poradę, pomoc wszelkiego rodzaju...

Pomocy, duchowej zwłaszcza, bardzo było potrzeba w powojennych czasach. Moja rozmówczyni wspomina, jak trudno jej było wychowywać córki, kiedy w szkole słyszały co innego niż w domu, a z domu miały wynieść podstawowe reguły postępowania – pośród których pierwszą jest wierność prawdzie – i siłę, by tej wierności dochować. – Byłyśmy z inteligencji, więc na czarnej liście.

Obie panie, u których gościłam, krytycznie orzekają, że w kolejnych pokoleniach nikt nie jest takim społecznikiem, jakim był doktor Janiszewski. Każde z dzieci i wnuków bez wahania, odruchowo, pomaga innym w potrzebie (pani Marta przez kilka lat pielęgnowała swoją chorą nauczycielkę), dzieli się, gdy innym brakuje, ale dzieje się to na poziomie cnót elementarnych – bez rozmachu, bez tej towarzyszącej stale wizji ulepszania świata.

Naszemu spotkaniu towarzyszył ciągle szelest wertowanych dokumentów, listów, książek. Na koniec usłyszałam kilka zdań z Bagna Stanisława Witkiewicza, które, jak sądzę, warto zanotować: Doktor Janiszewski nie był ani na chwilę urzędnikiem spełniającym tylko, w obrębie przepisanych mu prawideł, swoją funkcję, przeciwnie, był i jest człowiekiem inicjatywy, który zakres swoich obowiązków i prac rozszerzył dobrowolnie, daleko poza paragrafy ustawy. Żeby, wykraczając poza paragrafy, nie wejść na manowce, trzeba mieć niezachwianą pewność i niezmąconą jasność owych podstawowych zasad, które wynosi się z domów pielęgnujących inteligenckie tradycje. Śmiałość w dążeniu do celu jest wtedy naturalnym składnikiem postawy wobec świata, podobnie jak odpowiedzialność za więcej niż własny los.

Tekst powstał na podstawie audycji Rody uczone, nadanej w programie BIS Polskiego Radia S.A. w sierpniu 2001 r. 

 

Komentarze