Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2003

Spis treści numeru 7-8/2003

Opętanie

Poprzedni Następny

Esej

Każdy psychoterapeuta musi spojrzeć w twarz problemowi metafizycznego zła. 
Nie jest ono bowiem abstrakcją, lecz przejawia się codziennie w naszej rzeczywistości.

Piotr Skórzyński

 W psychologii darwinowskiej nie ma, oczywiście, miejsca na duchy, ale toleruje się w niej „projekcje” i „archetypy”. Nikt jednak nie kwapi się, by wyjaśnić status ontyczny tych kategorii. Nie wiemy, czy są to tylko pojęcia, czy też mogą przybierać formę mierzalną. Ten niepewny stan pochodzi, oczywiście, z niewygasłych pretensji psychologii do naukowości, a więc do spełnienia kryteriów materializmu. Kiedy wokół jakiejś osoby fruwają przedmioty, reakcje na ten fenomen są zwykle dwojakiego rodzaju. Fizyk-materialista po prostu odwraca się i opuszcza pomieszczenie, postanawiając solennie jak najszybciej o wszystkim zapomnieć. Natomiast przedstawiciel „naukowej” odmiany parapsychologii oznajmia – jak Loyd Auerbach, wykładowca uniwersytetu im. Kennedy’ego – iż jest to reakcja na stres, przybierająca postać kierowanego przez podświadomość wybuchu psychokinetycznego.

DUCH PRZEWODNIK

Carl Gustav Jung jest Wielkim Mistrzem nurtu, który ma różne nazwy, ale najtrafniej chyba nazwać go psychologią okultystyczną. Mało który z abstrakcyjnych terminów został tak powszechnie przyjęty, jak jego koncepcja nieświadomości zbiorowej i wytwarzane przez nią „archetypy”.

Jednak każdy, kto zapoznał się z biografią Junga, musi zadać sobie pytanie: czy to rzeczywiście abstrakcja? Jak się okazuje, cała jego rodzina była zaangażowana w okultyzm. Jego matka, jak sam wspominał, opiekuńcza w dzień, w nocy robiła się dziwna. Przypominała jakąś wróżkę, archaiczną i okrutną. Podobnie było z jego ojcem i dziadkami: wszyscy mieli bogate doświadczenia spirytystyczne. Kiedy Jung zerwał z Freudem, w jego życiu pojawił się... „Filemon”, duch przewodnik. To on właśnie odkrył przed nim jego główne idee. Jak pisze jego biograf, psychiatra N. Fodor, zdumiewa fakt, że przez większość życia Jung nie tylko utrzymywał w tajemnicy swoje związki z mediumizmem, ale nieznaną pozostała również jego praca doktorska „Psychologia i patologia tak zwanych zjawisk okultystycznych”. Ujawnienie tej wstydliwej tajemnicy mogłoby zrujnować jego pozycję w świecie naukowym...
„Filemon” stał się jedynym oparciem Junga podczas trwającego sześć lat psychicznego kryzysu, po tym, jak jego mistrz i przyjaciel Freud odrzucił wszystkie jego idee i zerwał z nim znajomość. W apogeum tej depresji nastąpiło coś, co trudno określić inaczej niż przebicie bariery ochraniającej nas przed „strefą mroku”: W następny weekend nie spędziłem w łóżku nawet pół godziny, a już zaczęło się to, co poprzednio: odrętwienie, obrzydliwy smród, odgłos kapania (...) coś ocierało się o ściany, meble skrzypiały, w kątach coś szeleściło... (...)

Piąty weekend był najstraszniejszy, a to, co się stało, okazało się ponad moje siły. Od początku zaczęły się i nasiliły szelesty, skrzypienia, głośne uderzenia. Od zewnątrz coś waliło w ściany. Miałem nieodparte wrażenie, że koło mnie coś jest; otworzyłem oczy.

Na poduszce obok ujrzałem głowę starej kobiety: lewe oko było zamknięte, prawe łypało na mnie szeroko otwarte... Wyskoczyłem z łóżka, zapaliłem świecę i resztę nocy spędziłem w fotelu, ...wskutek tych doznań mocno podupadłem na zdrowiu.

Walczył wtedy rozpaczliwie o utrzymanie zdrowych zmysłów i pozycji zawodowej. Potrzebowałem jakiegoś punktu wsparcia. Rodzina i praca pozostały bazą, do której zawsze mogłem się zwrócić, żeby nieświadomość nie pozbawiła mnie zmysłów...

„Mam dyplom z medycyny ze szwajcarskiego uniwersytetu, muszę pomagać pacjentom, mam żonę i pięcioro dzieci, mieszkam w Kusnacht przy Seestrasse 228” – to były przejawy rzeczywistości, które (...) dowodziły, że istnieję naprawdę, że nie jestem pustą kartką unoszoną wichrami ducha, jak Nietzsche.

Rozdarty między tymi dwiema rzeczywistościami, Jung wynalazł pseudonaukową terminologię, wedle której zjawiska paranormalne to tylko „eksterioryzacje napięć podświadomości”. W listach do przyjaciół przyznawał jednak, że są to fenomeny realne i posiadające autonomię. Należałoby im zatem przydać ich odwieczne miano duchów. W rezultacie, ta dziwna sytuacja doprowadziła go, jak wiadomo, do uznania III Rzeszy za „archetyp zbiorowej duszy germańskiej” oraz do stworzenia i rozwijania idei „psychiatrii aryjskiej”, wyzwolonej wreszcie od trujących wpływów semickich.

Dopiero po przebyciu zawału uznał istnienie Boga i życia po śmierci, ale nie zdążył już wyciągnąć z tego wniosków w zakresie swoich psychologicznych teorii. Zostawił opis przeżycia pokrewnego Near Death Experience, w którym czytamy: To, co dzieje się po śmierci, jest tak niewyobrażalnie cudowne, że nasza wyobraźnia, nasze uczucia nie wystarczą, aby dać nawet przybliżone tego pojęcie...

STARA NOWA ERA

Jego wielki sukces pośmiertny – bo duża część idei New Age bierze się z jego koncepcji – wynika z odczuwanego przez wszystkich wrażliwych ludzi nieznośnego poczucia jałowości, a zarazem tyranii materializmu. Mija 30 lat, od kiedy wybitny znawca i popularyzator nauki Artur Koestler ogłosił: Dziewiętnastowieczny zegarowy model wszechświata legł w gruzach, a ponieważ materia jako taka została zdematerializowana, materializm nie może już rościć sobie prawa do nazwy filozofii nauki.

Rzecz w tym, iż – jak się okazało – nie oznaczało to bynajmniej zwrotu ku fideizmowi judeochrześcijańskiemu, ale ku ubranemu w kostium okultyzmu hinduizmowi. Jest to widoczne dla każdego od chwili prawdziwej inwazji tego ostatniego na Amerykę. Wydana w 1975 r. książka Medytując wraz z dziećmi, pióra „instruktorki psychologii” Deborah Rozman, używana jest jako podręcznik w licznych szkołach. Dedykowana jest ona Uniwersalnej Matce Współczucia obecnej w całej naturze i Paramahansie Joganandzie w podzięce za zainspirowanie tej książki. Jest to zbiór hinduistycznych ćwiczeń, symboli i praktyk religijnych. W USA nauka religii w szkołach publicznych jest zakazana – taki podręcznik o treści chrześcijańskiej lub judaistycznej zostałby natychmiast zaskarżony w sądzie przez towarzystwa wolnomyślicielskie.

Autorka nie wspomniała o tym, że Jogananda załamał się nerwowo i zmarł w depresji i opuszczeniu. Ani o wyznaniu jego najbliższego współpracownika C. Bernarda, iż spośród 40 tysięcy słuchaczy „mistrza” ogromna większość przeżyła długi okres psychicznego zagubienia i nierzadko podobnych załamań.

Propagowany przez setki „mistrzów” i „terapeutów” tzw. światopogląd holistyczny ma za cel, jak to ujmuje Marylin Ferguson w Spisku Wodnika, świadomość „jednoczącą przeciwieństwa”, a w tym najważniejsze z nich: między dobrem a złem. Także Mark Satin i sławny „rewolucjonista” Jerry Rubin zachwalają doświadczenia mistyczne, w których „dobro i zło zlewają się w Jedność”.

Prof. Kazimierz Obuchowski napisał w połowie lat 80.: Wydaje się, że ewolucja psychologii humanistycznej prowadzi do przekształcenia się jej w psychologię transpersonalną o mocno „nienaukowym” charakterze, gdyż opartą na założeniach dotyczących metafizyki bardzo bliskiej parapsychologii.

Ten humanizm nie obejmuje najwyraźniej dobrostanu ludności Azji, w której zachwalane filozofie holistyczne w niczym nie uszczupliły wszechobecnej przemocy i permanentnego głodu.
Koresponduje to z oświadczeniem przewodniczącej amerykańskiego Towarzystwa Psychologii Humanistycznej Jean Houston: Stoimy na progu osiągnięcia sił jak z Genesis. (...) Żyjemy w czasach mitycznych i zyskujemy dostęp do mitycznych mocy.

Na 22 zjeździe tegoż towarzystwa wystąpił Timothy Leary, skazany niegdyś za propagowanie i rozdawnictwo LSD. Wygłosił tam coś w rodzaju manifestu ideowego: Nasza droga istniała zawsze. (...) Przez wszystkie ciemne wieki istnieli sufi, kabaliści, braterstwa i kongregacje, grupy czarnoksięskie, Rycerze Maltańscy, loże masońskie... Duch humanizmu, (...) wiara, że wszystko mamy w sobie i że Boga odnajdujemy patrząc w oczy kochanka – to nie nasz wymysł. To nie zaczęło się od lat 60., to trwa od wieczności.

Ta Nowa Era okazuje się więc bardzo stara. Podobnie jak siły, które ją wykorzystują. W XIII wieku Roger Bacon, pierwszy empiryk, pisał: Istnieją substancje, dzięki którym można sprawić, że człowiek na jakiś czas wcieli się w jednego ze swoich przodków. Ich stosowanie łączy się jednak z szeregiem trudności; są niezwykle trudne do zdobycia, a ponadto grożą pomieszaniem zmysłów... Byłoby największym głupstwem, gdyby udostępniono owe sekrety niewtajemniczonym. Ale Średniowiecze w zasadzie stroniło od czarnoksięstwa. Dopiero Renesans staje się jego areną. Prof. Bohdan Baranowski, etnograf, który badał procesy czarownic, pisze: Znaczne zmiany nastąpiły dopiero w XVI w. Czasy Odrodzenia były w Polsce, podobnie jak w wielu krajach Europy Zachodniej, okresem wielkiego rozkwitu wszelkich nauk tajemnych, wiary w siły okultystyczne itp. Najwybitniejsze umysły tej epoki przepojone były wiarą w zabobony i gusła, a magia cieszyła się olbrzymim powodzeniem. Także królowie, jak na przykład Stefan Batory i Zygmunt August, chętnie korzystali z pomocy astrologów i różnych przedstawicieli nauk ezoterycznych.

EGZORCYŚCI

W 1943 roku Clive S. Lewis opublikował swoją najbardziej znaną książkę Listy starego diabła do młodego. Znajdujemy tam zdanie, które z dzisiejszej perspektywy można uznać za prorocze: Jeśli raz wyprodukujemy nasze arcydzieło: Materialistycznego Maga, człowieka, który nie użytkuje, lecz prawdziwie czci to, co mgliście nazywa się „siłami natury”, a jednocześnie zaprzecza istnieniu świata nadprzyrodzonego – wówczas koniec naszej wojny z ludzkością będzie już widoczny.

W książce z 1925 r. Kultura wieków średnich historyk Jan Ptaśnik zainteresował się ówczesnymi egzorcyzmami. Jego uwagi godne są przytoczenia: Gdyby się wierzyło w prawdziwość przekazów o wypędzaniu demonów z opętanych, to nawet jeśli ktoś nie dawałby wiary w istnienie złych duchów, musi przecież uznać, że w owych nieszczęśnikach leczonych egzorcyzmami znajdowało się jakieś drugie „ja”, które obawiało się świętych i ich relikwii, a drwiło z samej modlitwy. To drugie „ja” przedstawia się nieraz na podstawie opisów jako bardziej wykształcone od samego opętanego, a nawet otoczenia, któremu różne tajemnice zdradza. To drugie „ja” dokumenty nazywają właśnie demonem lub diabłem. Z reguły okazuje się on najpierw zuchwałym i zuchwale odpowiada na rozkaz opuszczenia ciała nawiedzonego – i dopiero kiedy egzorcysta zastosuje środki silniejsze, ogarnia go niepokój, a potem strach... by w końcu opuścić opętanego.
Jeszcze w 1765 r. Diderot pisał w „Encyklopedii”: niedorzecznym byłoby nie wierzyć, że czasami demony wchodzą w stosunki z ludźmi. Ale dla materialisty nowoczesnego demony nie istnieją, bo nie istnieje świat nadprzyrodzony. Wydawałoby się wobec tego, że dla niematerialistów ze środowiska New Age powinno być odwrotnie: uznają oni przecież niematerialność świata, a więc powinni dopuścić możliwość manifestacji sił demonicznych. Tymczasem taki sylogizm nie zachodzi. Niematerialiści z grona „alternatywnych” psychologów, lekarzy i filozofów uznają Boga – na modłę hinduistycznego panteizmu – ale nie przyjmują do wiadomości, że może działać także jego zbuntowany anioł.

Jednym z wyjątków jest psychiatra Stanislav Grof. Przyznał on, że niektórzy z zażywających LSD napotykali „ciała astralne” i że w niektórych przypadkach prowadziło to do „stanu charakterystycznego dla opętania”.

Już w latach 30. dr Carl Wickland doszedł do wniosku, że obłęd jest w istocie opętaniem i leczył swoich pacjentów – skutecznie – modlitwą. Po wojnie to samo odważył się oświadczyć prof. Ian Currie z Guelph University; obok demonów wyróżnił on też duchy zmarłych. W swojej książce opisuje najczęstszą przyczynę: lekkomyślne zabawy w wywoływanie duchów. Prof. Currie wzywa do swoich pacjentów egzorcystów i zamiast 5 proc. wyleczeń, jak jego koledzy, ma ich 85 proc. Zwróćmy jednak uwagę, że także kategorie opisu stosowane przez dr. Sacksa pasują do takiej interpretacji: Chodziło o nagłe, nieznośne rozjątrzenie pewnych uczuć, które nawiedzały ją w różnych okresach choroby i które jeszcze się wzmagały w ostatnich dniach podawania l-dopaminy. (...) Myślę, że takie uczucia nawiedzały wszystkich pacjentów, którzy odkryli, jak groteskowo choroba zmieniła ich poczucie tożsamości – ale chyba najbardziej pacjentów po zapaleniu mózgu i schizofreników, ponieważ oni odczuwają największy ontologiczny gwałt, najbardziej intensywną i niewytłumaczalną napaść na ich jaźń.

PRAGNIENIE DUCHOWE

Scott Peck w swojej drugiej książce Ludzie kłamstwa pisze, że każdy psychoterapeuta musi spojrzeć w twarz problemowi metafizycznego zła. Nie jest ono bowiem abstrakcją, lecz przejawia się codziennie w naszej rzeczywistości. Pracując przez dziesięciolecia z setkami pacjentów dostrzegłem, że są ludzie, wokół których zawsze i wszędzie pojawia się cierpienie i krzywda. To właśnie sprowadziło go do katolicyzmu. Był najpierw protestantem, potem buddystą, aż w końcu uznał, że jedynie katolicyzm nazywa po imieniu źródło i zasięg zła. Twierdzi, że najbardziej są na nie narażeni ludzie samotni i ci, w których kiełkuje zalążek świętości. Opisuje także dwa przypadki egzorcyzmów, które przekonały go o realności opętania przez diabła: Kiedy w końcu w jednym z przypadków pierwiastek demoniczny przemówił wyraźnie, twarz pacjenta przybrała wyraz, który można określić jedynie jako szatański: był to pełen niewiarygodnej pogardy grymas wrogiej złośliwości. Nigdy nie widziałem go na żadnej ludzkiej twarzy. (...)

Drugi przypadek był jeszcze bardziej upiorny. Chory upodobnił się do wijącego się węża o olbrzymiej sile, usiłującego z niepowstrzymaną dzikością kąsać zgromadzonych wokół niego.
Jednak jeszcze potworniejsza była twarz. Oczy zaszły ospałą gadzią apatią, z wyjątkiem chwili, gdy gad przypuszczał nagły atak – wówczas otwierały się szeroko, ziejąc nienawiścią. Równie wstrząsające było emanujące od tej istoty niesamowite wrażenie brzemienia 50 milionów lat.

Prawie wszyscy obecni przy obu egzorcyzmach odczuwali w takich chwilach Obecność czegoś całkowicie pozaludzkiego. Prawdziwy koniec każdego egzorcyzmu poznawaliśmy po ustąpieniu owej Obecności...

Stąd też bierze się jego psychologiczno-teologiczne podsumowanie: Choroba umysłowa występuje wtedy, gdy świadoma wola pojedynczego człowieka w sposób istotny odbiega od woli Boga, która jest nieświadomą wolą tego człowieka.

Psychiatrzy Anna Terruwe i Conrad Baars nazywają tę ostatnią „pragnieniem duchowym” (Integracja psychiczna). Autorzy sięgają po terminologię tomistyczną, jako najlepiej wyrażającą ich myśli: Ale tak, jak intelekt rozumujący podporządkowany jest ostatecznej kontemplacji prawdy, tak wola wykonująca zmierza do podziwiania umiłowanego bytu, w jego rozwoju znajduje spoczynek i radość.

Całkowicie w duchu św. Tomasza z Akwinu jest też wskazanie, że nasze zdrowie zależy w ostateczności nie od naszej egotycznej woli, dążącej do zaspokojenia instynktów i aspiracji, lecz od tego, czy potrafimy poddać się woli Boga: Jeszcze inny fałszywy pogląd może prowadzić do nerwicy energii: błędne przekonanie o tym, co człowiek może osiągnąć w sferze duchowej dzięki własnym naturalnym siłom. Ponieważ natura człowieka jest niedoskonała, nie może on osiągnąć doskonałości wyłącznie siłami natury. Zobowiązany jest czynić wszystko, co leży w jego mocy i w granicach rozsądku, ale skoro to Bóg ostatecznie przywraca człowiekowi jego naturę, jedyną słuszną postawą człowieka jest zdać się na działanie Boże w duszy. Jeśli zaś prowadzi swoje życie tak, jakby wszystko zależało wyłącznie od jego ludzkich mocy, prawdopodobnie zacznie przeceniać ich znaczenie; stąd jest już tylko krok do takiego ich kształtowania i wykorzystywania, które powoduje ich hipertrofię i prowadzi do nerwicy energii.
.

Komentarze