Znowu bez pracy? |
Poczta elektronicznaWakacje i urlopy, podobnie jak praca od godziny do godziny, są „produktem” Paweł Misiak Szanowny Panie Redaktorze! O to nadeszły wakacje, a ja nie wiem, czy się cieszyć. Z jednej strony wielu mi zazdrości. „Tobie to dobrze!” – powiadają. – „Siedem tygodni urlopu. Tak długo możesz się nie przejmować robotą”. Niby tak. Jednak z drugiej strony, po niedawnym roku bez pracy, a dokładniej, bez zatrudnienia, inaczej widzę ten problem. Prawda, nie podlegałem żadnym obowiązkom pracowniczym, nie walczyłem o zyski, jako mały kapitalista, ale usilnie starałem się utrzymać przy życiu siebie i rodzinę. Niby długie wakacje, ale co to za odpoczynek... RYTMY EPOKIW ogóle wakacje i urlopy, podobnie jak praca od godziny do godziny, są „produktem” społeczeństwa przemysłowego. Maszyny narzuciły ludziom określony rytm życia, organizację czasu w różnych skalach – doby, miesiąca, roku, nawet całego życia. Funkcjonowanie społeczeństwa, a zwłaszcza konieczność totalnej niemal synchronizacji rozlicznych działań, narzucały określone rytmy, w tym rytm pracy i odpoczynku. Ten nowy, sztywno określony podział czasu dotknął prawie wszystkie instytucje społeczne. Nie przypadkiem w kulturach przemysłowych uczono znać się na zegarku już od dzieciństwa. Uczniom wpajano przychodzenie do szkoły na dzwonek, żeby później tak samo, na dźwięk syreny lub gwizdka, stawiali się punktualnie w fabryce lub w biurze. Zajęcia zawodowe były odmierzone w czasie i podzielone na kolejne „czasokresy” liczone w ułamkach sekundy – pisze Toffler w Trzeciej fali. Podobne zasady punktualności, robienia wszystkiego o ściśle określonych interwałach czasowych zaczęły rządzić także czasem wolnym od pracy, przeznaczonym między innymi na odpoczynek. Wielkie fabryki, w których miliony ludzi na całym świecie musiały zsynchronizować rytm swojego życia i czynności z rytmem taśmy produkcyjnej, odchodzą już do lamusa historii. Taki rodzaj pracy, śmiesznie i smutno zarazem pokazany w Chaplinowskich Dzisiejszych czasach, przejmują dziś rozmaite roboty i automaty. Ludzka praca zaś coraz mniej jest związana z produkcją dóbr materialnych, a coraz bardziej ze sferą usług, czyli w istocie rzeczy, oddziaływań międzyludzkich. Tym samym wspomniane przez Tofflera precyzyjne, z dokładnością do ułamków sekundy, synchronizowanie ludzkich działań przestaje być potrzebne. W wielu sytuacjach współczesny człowiek pracy może traktować czas elastyczniej. W pracy w uczelni zawsze podobało mi się to elastyczne podejście do czasu. Z punktu widzenia pracy twórczej, zwłaszcza teoretycznej, trudno bowiem wymagać ścisłego dopasowania czasu nadejścia weny czy iluminacji do zegara odmierzającego czas pracy. Nowe pomysły i przebłyski zrozumienia pojawiają się znienacka, na przykład w wannie, jak w znanej historii o odkryciu Archimedesa, i zwykle, niezłapane „na gorąco”, znikają w niepamięci. Choć są tacy, którzy potrafią pracować twórczo w ściśle wyznaczonym im miejscu i czasie, sam zaliczam się do wielkiej rzeszy tych, którym natchnienie przychodzi niespodziewanie, w najdziwniejszych momentach, miejscach i sytuacjach, a siedzenie przy biurku od 900 do 1700 i próbowanie wymyślenia czegoś często zupełnie nic nie daje, poza poczuciem zmęczenia i wyjałowienia. CHĘĆ CZY KASA?Praca w uczelni to jednak również dydaktyka. Ogólnie biorąc, w świetle przytoczonego fragmentu z Tofflera wygląda na to, iż istniejąca wciąż organizacja systemu edukacji jest typowym przykładem industrialnej synchronizacji poczynań ludzkich zbiorowości. Dzwonek szkolny, jak niegdyś fabryczna syrena, wyznacza czas rozpoczęcia i zakończenia poszczególnych okresów, w których oczekuje się od uczniów aktywności umysłowej bądź fizycznej. Tak samo w uczelni, choć tu przynajmniej nie centralny dzwonek, lecz zegarki prowadzących i uczestników wskazują pory ściśle rozplanowanych zajęć. Ale czy można to zmienić? W kształceniu zbiorowym i bezpośrednim, czyli w układzie jeden nauczający – wielu nauczanych, w tym samym miejscu i czasie, nie widzę możliwości innej organizacji. Pewne nadzieje w tym względzie wiążą się z metodami nauczania zdalnego, aczkolwiek najlepsze nawet metody nic nie dadzą, podobnie zresztą jak i w tradycyjnym nauczaniu, jeśli uczniom brak motywacji. To samo dotyczy pracy. Kiedy traktowana jest jako zło konieczne, jako dopust boży, trudno wymagać, by wykonujący ją sami się wewnętrznie „napędzali”. Raczej trzeba ich do roboty gonić. Innymi słowy, powstaje układ niewolnik-nadzorca. Przejawy tego rodzaju mentalności w podejściu do pracy można zaobserwować na co dzień w najróżniejszych miejscach, od budowy do uczelni. Tak, tak, uczelni też. Nie tylko wśród personelu technicznego czy urzędników, ale i kadry naukowo-dydaktycznej widuję takich, którzy chcą jedynie „odsiedzieć swoje”, „odbębnić” zajęcia i zniknąć. Rzecz jasna, są też i tacy (na szczęście), którzy po stachanowsku wyrabiają 300 proc. normy, powodowani jakimiś wewnętrznymi motywami, bo przecież nie nadzieją na korzyści materialne. Z tym ostatnim też jednak bywa różnie. Ot, choćby problem wieloetatowości profesorów, o którym ostatnio głośno nawet w telewizji. Decyzja rektora UJ, tak jak ją przedstawiają media, zmusza tych, których dotyczy, do klarownego postawienia sprawy własnej motywacji. Ci, którym chodzi tylko o pieniądze, odejdą. Sądzę, że w ogólnym rozrachunku UJ na tym zyska, choć ubędzie mu nieco kadry. Lecz z drugiej strony, złośliwi powiedzą, że wówczas zwiększy się proporcja tych mało aktywnych, niezapobiegliwych, którzy nie umieli się „zakręcić” za drugim, o wiele lepiej płatnym etatem. WALKA O BYTWracając do motywacji i związanej z nią tzw. dyscypliny pracy, ciekawe obserwacje miałem okazję poczynić pracując przez parę lat „u kapitalisty”. Firma operowała na rynku tzw. nowych technologii, nasycona była wiedzą, wśród personelu sporo osób miało za sobą pracę naukową. Atmosfera w wielu aspektach przypominała więc uczelnianą, łącznie z dość elastycznym traktowaniem czasu pracy. Większość pracowników miała wystarczającą motywację, by wykonywać swoje obowiązki jak najlepiej, bez stałego nadzoru. Najważniejsze było współdziałanie i wykonanie zadań na czas. Nie wszyscy musieli siedzieć przy biurku od 900 do 1700. Czasem można było krócej, kiedy indziej zaś, gdy było trzeba, siedziało się i do nocy. Wszystko tak funkcjonowało, dopóki nie nadszedł kryzys. Wraz z pierwszymi jego objawami, w postaci dość gwałtownego spadku bieżących przychodów firmy, zarząd postanowił coś zrobić. Jednym z pierwszych posunięć było zaostrzenie dyscypliny pracy. Prawie wszyscy musieli odtąd być w pracy w wyznaczonych godzinach. Na „moim odcinku” nie miało to żadnego uzasadnienia merytorycznego ani organizacyjnego, a spowodowało jedynie, że czasem zjawiałem się lekko niedospany, co raczej obniżało niż podnosiło wydajność mojej pracy – umysłowej i w dużej mierze twórczej. Widocznie jednak w zarządzie przeważyło wyobrażenie dotyczące dobrze funkcjonującego przedsiębiorstwa rodem z minionej epoki, gdy wszystko musiało działać – nomen omen – jak w zegarku. Aliści nie zadziałało, kryzys się przedłużał, skutkiem czego w ramach posunięć oszczędnościowych zaczęto zmniejszać koszty – najpierw przez obniżenie płac, następnie zaś zwalniając część personelu. Wśród tej części byłem i ja. Okoliczności sprawiły więc, iż znalazłem się na bruku. Jąłem od razu aktywnie rozglądać się za możliwościami zdobycia środków utrzymania. Szukałem zatrudnienia, myślałem o założeniu własnej firmy itp. Rychło spostrzegłem, że to drugie rozwiązanie nie bardzo ma sens, bo koszty samego istnienia firmy spore, przychody niepewne, a zaplecza finansowego, by przez czas jakiś dopłacać do interesu w oczekiwaniu przyszłych zysków, nie miałem. Szansa zaś znalezienia nawet marnej posadki, która może nie dawałaby pieniędzy, ale chociaż elementarne zabezpieczenie socjalne, na które wszak płaciłem przez lata pracy spore kwoty, przy ponad 20-proc. faktycznym bezrobociu, była nikła. Traf chciał, że jednak udało mi się znaleźć robotę dorywczą, nieregularną, acz „nowoczesną”, to znaczy wykonywaną zdalnie, za pomocą Internetu, a przy tym dość interesującą i do pewnego stopnia twórczą. Mogłem dzięki temu zarobić na chleb, przynajmniej kiedy był „sezon” na zlecenia. Pracowałem w dowolnych porach, aczkolwiek często napięte terminy zmuszały mnie do ślęczenia nad klawiaturą i po kilkanaście godzin na dobę. Nie było mowy o żadnych „urlopach”, choć zdarzały się okresy bezczynności. Były jednak, po pierwsze, trudne do przewidzenia, a po drugie, wiązały się z obawą, czy aby nowe zlecenia pojawią się zanim ostatecznie skończą się pieniądze... A TERAZ - WAKACJEOd pół roku znowu mam stałą pracę. Ubyło mi więc sporo stresów związanych w niepewnością jutra, w sensie całkiem przyziemnym – materialnych podstaw bytowania własnego i rodziny. Pojawiły się za to nowe. Cóż, życie najwyraźniej składa się w dużej części z problemów. Można powiedzieć, że cofnąłem się jakby na mej drodze do społeczeństwa informacyjnego z jego nowymi formami pracy. Po opisanych doświadczeniach i przemyśleniu sprawy dochodzę jednak do wniosku, że w warunkach społeczno-ekonomicznych naszego kraju znany z odchodzącej ponoć w przeszłość epoki model życia jest bardziej adekwatny do rzeczywistości. Wkrótce idę na urlop, co oznacza, że poddaję się owemu industrialnemu rytmowi podziału czasu. Nie chcę się jednak dać wkręcić w tryby innej maszyny – wypoczynku organizowanego „przemysłowo”. Czy i jak mi się to uda, postaram się kiedyś opisać. Życząc Panu Redaktorowi miłych i spokojnych wakacji, kreślę się z poważaniem Z wyrazami uszanowania |
|
|