Taktyka zdawania |
Szkiełko w okuPiotr M?ldner-Nieckowski Kiedy przychodzi koniec roku akademickiego, maturzystom nieodmiennie zaczyna się rok nowy, a może nawet nowe pięciolecie. W uczelniach medycznych sześciolecie. Kawał życia. Jedna czwarta dotychczasowego. Okres, którego nie wolno zmarnować chwilową słabością na egzaminie wstępnym. A egzamin wstępny na studia to nie to samo, co początkowy. Kandydaci rozumieją go raczej jako ustawienie się w kolejce po bilet do świata elit, abonament bywania na salonach. Wszystko w rękach Pana Boga. No, może trzeba Mu trochę pomóc. Chcą więc dać z siebie wszystko, mimo że są już bardzo zmęczeni. Muszą się zdobyć na jeszcze jeden wysiłek, a to nie takie łatwe. Przyrodzona umiejętność nadrabiania braków, tak przydatna na klasówce, tu na wiele się nie zda, bo jest tłumiona przez stres i wyczerpanie. Pamiętam ten stan po maturze, trzydzieści dziewięć lat temu. Wolałem wtedy leżeć na łóżku i patrzeć w sufit niż wertować podręczniki. Nie miałem ochoty nawet na piłkę, choć koledzy z podwórka wzywali. Jednak człowiek ma ukryty mechanizm, który każe pewnego dnia wstać, założyć krawat i iść. Co roku tysiące ludzi jeszcze raz zrywają się do lotu z niepewnością skrzydeł, ale i z wiarą, że nie są to luźne pióra sklejone woskiem. W czasie egzaminu wstępnego pierwszoplanową rolę odgrywa intuicyjny schemat postępowania. Tak zwany kandydat bardziej jest nastawiony na mechaniczne wyliczanie znanych sobie informacji, nazw, dat, wzorów, niż na twórczą żonglerkę. Musiałby mieć naprawdę duży zapas energii, żeby wydobyć z siebie to, co z taką łatwością przychodzi w domowym zaciszu z podręczną biblioteczką. Egzamin życiowy wytrąca umysł z równowagi. Pozbawia pewności siebie. Zamyka obszary pamięci i stawia bariery na szlakach kojarzenia. Nie będę odkrywcą, jeśli powiem, że prace egzaminacyjne rzadko oddają rzeczywisty potencjał twórczy zdających. Na szczęście logika i statystyka umożliwiają przesunięcie relacji poziomu umysłowego w stronę relacji konkursowych. Gaussowi należy się pokłon za opis rozkładu normalnego. Egzaminy wstępne pod wieloma względami różnią się od zawodów sportowych. Kandydat na studia zwykle nie jest jeszcze osobą w pełni ukształtowaną, mocno osadzoną w życiu, pewną siebie, ale jest zaprawiony w omijaniu pułapek. Na ogół przyjmuje postawę obronną i stara się być bardziej układny niż kiedykolwiek, staje się konformistą, rezygnuje z własnych przekonań, stosuje chwyty z repertuaru podwójnej moralności. Egzaminatorzy są wszak osobami anonimowymi, „społecznie uśrednionymi” i jednocześnie należą do elity. Obawa, że egzaminator nie zrozumie oryginalności wypowiedzi, jest uzasadniona. Jeżeli w szkole średniej tego nie rozumiano, to dlaczego miałoby być inaczej w wyższej? Tam też są ludzie. Lepiej nie wchodzić na grząski grunt prywatności i nie wyrażać siebie. Wygodniejsze wydaje się postępowanie standardowe, a taka postawa, jak dotąd, sprawdziła się setki razy. Dopóki egzamin polega na rozwiązywaniu testu, sprawa ogranicza się do taktyki udzielania odpowiedzi jak w szaradzie, czasem jak w totolotku. Ale kiedy trzeba napisać pracę na jakiś temat albo odpowiedzieć na pytania komisji, wszystko się komplikuje i kandydat odruchowo wprowadza dodatkowe mechanizmy ograniczające. Zaczyna ważyć słowa, a nawet dostrzegać w nich zalążki gafy. Skwapliwie potwierdza każdy napotkany banał. Udaje, że nie dostrzega ironii i aluzji. Wydobywa z siebie wyłącznie informacje bezpieczne, które nie grożą wejściem na ruchome piaski pomyłek. Chodzi o to, żeby Napoleon nie spotkał się na konferencji pokojowej z Piłsudskim, Kordian nie wygłaszał wielkiej improwizacji, a kąt prosty nie miał stu stopni. Jeśli zdający już wpadnie w potok wypowiedzi, to podaje wszystko, co wie na dany temat, choćby bez sensu i bez związku z istotą pytania, ale za to skutecznie wypełniając powierzchnię papieru podaniowego. Sam siebie ogłupia i sprawia wrażenie głupszego niż jest w rzeczywistości. Tylko że taktyka jest taktyką i już. Z jej dobrodziejstw korzystają nawet najlepsi. Na przykład kandydaci na polonistykę powtarzają korytarzową wieść, że istnieje kanon lektur, którego nie wolno pominąć, a niektóre pozycje, jako dzieła absolutnie uniwersalne, wręcz zawierają argumenty odpowiadające każdej tezie. Bez względu na temat można się swobodnie posłużyć „Antygoną”, „Zbrodnią i karą”, „Granicą”, „Faustem”, „Dziadami” i „Konradem Wallenrodem”. Nie bez kozery pani od polskiego wałkowała te tytuły przed maturą. Pożądany jest też dyskretny odskok ku lekturom mniej obowiązkowym, więc warto zahaczyć o „Mistrza i Małgorzatę” i „Małą apokalipsę”, a nie zawadzi wspomnieć o osiągnięciach artystycznych filmu, najlepiej na przykładzie „Gladiatora” i „Matriksa”, bo z pewnością żaden egzaminator nie jest głupi i wszyscy musieli te genialne obrazy widzieć. W każdym razie lepiej unikać dzieł mniej znanych, żeby się nie wywyższać, oraz prostackich, żeby się uczelnia nie obraziła. A jeśli już się o nich wspomni, to swojej opinii należy nadać formę sentencji: „Zgadzam się z Miłoszem, że człowiek ma w życiu wiele wyborów”. To są święte słowa polonistki. Można też powtórzyć za „Ferdydurke”, że Słowackiego wielbimy i kochamy za to, że wielkim poetą był. Gombrowicz, co prawda, Nobla nie dostał, ale też coś o meandrach sztuki wiedział. Wszyscy zdawaliśmy i wszyscy braliśmy udział w giełdach („O co stary dzisiaj pyta?”), wszyscy też poddawaliśmy się zabójczej taktyce zdawania, choćby niechcący. W potrzask zawsze można wpaść, nawet mając aż pięć godzin na napisanie wypracowania. e-mail: pmuldner@mp.pl |
|
|