Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2003

Spis treści numeru 10/2003

Badania dydaktyka habilitacja

Poprzedni Następny

Agora

Reformowanie sposobu funkcjonowania szkolnictwa wyższego przez samo środowisko jest równie skuteczne jak restrukturyzacja upadających przedsiębiorstw przez komisję złożoną z ich urzędujących dyrektorów.

Ryszard Sobczak

Fot. Stefan Ciechan

  Jedynym zapisem projektu ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym, który jest źródłem szerszej dyskusji w środowisku akademickim, jest art. 121, który zobowiązuje nauczycieli akademickich do uzyskania zgody rektora na dodatkowe zatrudnienie. Powód, dla którego ten zapis budzi tak wiele dyskusji, jest oczywisty: większość nauczycieli akademickich uczelni publicznych jest zatrudniona również poza tymi uczelniami, w szczególności w uczelniach niepublicznych. Zapis ten ma być panaceum na zjawisko charakterystyczne tylko dla Polski – pracę nauczyciela akademickiego na rzecz wielu uczelni, często ubiegających się o tych samych studentów. Powód poszukiwania dodatkowej pracy jest również jasny: skandalicznie niskie stawki uposażenia nauczycieli akademickich oferowane przez uczelnie publiczne, w powiązaniu z wysokimi formalnymi wymaganiami niezbędnymi do ubiegania się o stanowisko profesora szkoły wyższej.

Warto się zastanowić, co będzie, jeśli zapis art. 121 zostanie przyjęty. Czy w zasadniczy sposób zmieni coś w działaniu nauczycieli akademickich? W moim przekonaniu, przyjęcie tego zapisu niczego nie zmieni. Znajdą się sposoby, by zapis „obejść”. Przyczyną poszukiwania obejść są wymagania rynku, gdzie liczba nauczycieli, których trzeba zatrudnić (pozwalają funkcjonować uczelni), jest znacznie mniejsza niż jego potrzeby. Trudno mi powiedzieć w tej chwili, w jaki sposób można będzie wykonać obejście, ale nie wątpię, że się znajdzie.

Istnieją dwa skuteczne kierunki działania, mogące rozwiązać problem bez martwych zapisów. Pierwszym, bardzo trudnym, jest zwiększenie liczby nauczycieli, których przygotowanie byłoby odpowiednie do prowadzenia zajęć i badań w szkole wyższej przy rezygnacji z wymogu posiadania habilitacji, a drugim, jeszcze trudniejszym, jest zmiana stawek dla nauczycieli akademickich poprzez obniżenie kosztów dydaktyki w uczelniach publicznych.

Atutem, który proponuję wykorzystać do skutecznego rozwiązania problemu wieloetatowości, jest często podkreślana autonomia uczelni akademickich. Do niej odwołujemy się chętnie, gdy chodzi o nasze prawa, inne niż godziwe stawki. W opublikowanym w „Forum Akademickim” wywiadzie (Musimy dbać o poziom kształcenia, nr 7-8/2003) prof. Dembczyński podkreśla wielowiekową tradycję autonomii uczelni akademickich. Ale ten mocny fundament szkolnictwa akademickiego był też zawsze ściśle związany z samodzielnością finansową uczelni i troską jej władz o znalezienie środków na funkcjonowanie. Chcąc ocenić tę troskę, mógłbym tu zacytować jednego z polskich rektorów, który w artykule o finansowaniu szkolnictwa wyższego skarży się, że nie dostaje tyle pieniędzy, ile dostają rektorzy innych uczelni. Rektor ten nie widział w tym publicznie wyrażonym poglądzie niczego niestosownego. Trzeba pamiętać, że rektor autonomicznej uczelni jest po to, by te pieniądze zdobyć, a nie tylko dostać. Nie oznacza to wcale, że ma je zdobyć „własnoręcznie” (osobiście) i dla wszystkich. Oznacza to, że musi stworzyć warunki organizacyjne, w których pieniądze dla uczelni będą zdobywać jej pracownicy, a w szczególności nauczyciele akademiccy.

AUTONOMIA UCZELNI A HABILITACJA

Podstawowym rozwiązaniem problemu wieloetatowości jest zwiększenie liczby nauczycieli, którzy mogliby dawać uczelni odpowiedni status. Istota rozwiązania związana jest z funkcjonowaniem stanowiska profesora. Podstawową sprawą są wymagania stawiane osobom ubiegającym się o to stanowisko. Jak to wygląda na Zachodzie (przede wszystkim w USA)? Tu przytoczę prof. Dembczyńskiego, by nie być posądzonym o przynależność do grupy „zgorzkniałych doktorów”: (...) o uzyskanie stanowiska profesora trwa zażarta walka. (...) Starając się o to stanowisko trzeba pokazać osiągnięcia. Decyduje [moje podkreślenie] nie tylko liczba publikacji i cytowań, ale RZECZYWISTY WKŁAD TWÓRCZY, UMIEJĘTNOŚĆ ORGANIZOWANIA BADAŃ NAUKOWYCH i KSZTAŁCENIA STUDENTÓW. W naukach technicznych dochodzi do tego jeszcze bardzo istotna umiejętność współpracy z przemysłem i prowadzenia wdrożeń.
Jak to jest w Polsce? Warunkiem niezbędnym ubiegania się o stanowisko profesora jest posiadanie stopnia doktora habilitowanego. Dalej zacytuję fragment wywiadu: AŚ: – U nas obligatoryjne konkursy są najczęściej fikcją. Prof. Dembczyński: – Tak, to niestety prawda.

Jakie są przyczyny, dla których na Zachodzie to zażarta walka, a u nas fikcja? Czy znowu marne pieniądze? Częściowo tak, ale po prostu brakuje krajowych kandydatów o ustawowo wymaganych stopniach. Jest ich kilkakrotnie za mało. Jak twierdzi prof. Dembczyński, uzyskanie tytułu profesora w polskich warunkach wymaga 20-25 lat pracy. Bardzo dużą część tego czasu zajmuje zdobywanie kolejnych stopni naukowych – doktorat i później habilitacja (od 10 do 25).
Zaproponuję w tym miejscu odpowiedź na pytanie, po co wymyślono habilitację? Przecież kiedyś jej nie było i w bardzo wielu krajach, wiodących w rozwoju nauki, nadal jej nie ma. Co wtedy, bądź tam, funkcjonuje zamiast habilitacji? W mojej ocenie, jest to coś, co prof. Dembczyński nazwał rzeczywistym wkładem twórczym. Dla „urzędników” ze środowiska naukowego jest to jednak bardzo poważny problem. Czym jest rzeczywisty wkład twórczy? Nie są to publikacje, nie są to cytowania, o których wcześniej wspomina prof. Dembczyński. Jak to ocenić? Jak to zmierzyć? Jak ustawić progi? Co zrobić, aby wszędzie było tak samo? Typowe, niedorzeczne w naukowym kontekście, urzędnicze pytania. Pytania, które nawet na poziomie szkolnictwa średniego są śmieszne. Tego typu pytania znikają, gdy pojawia się pojęcie pracy habilitacyjnej. Jest habilitacja potwierdzona przez Centralną Komisję, to wszystko OK. Nie ma, nie nadaje się. „Urzędnik” ze środowiska naukowego po prostu nie potrafi niczego ocenić, a w szczególności nie potrafi zaryzykować oceny. I to ostatnie jest jego największą wadą, bo dotyczy również jego pracy. „Urzędnik” chce Centralnej Komisji, kolejny raz powołuje recenzentów. Skutek jest taki, że habilitację najczęściej pisze się pod ewentualnych recenzentów, superspecjalistów w dziedzinie. Habilitacja staje się hermetyczna, często daleka od rzeczywistego wkładu twórczego.

Moim zdaniem, umiejętność dokonania oceny rzeczywistego wkładu twórczego jest zasadniczym elementem autonomii uczelni. To jest jej podstawowe prawo i obowiązek i nie jest do tego potrzebna żadna Centralna Komisja. Jej istnienie jest zaprzeczeniem autonomii. Autonomia uczelni to przede wszystkim posiadanie prawa do własnej oceny, czym jest rzeczywisty wkład twórczy, a nie pozorna niezależność od ministerstwa.

A jak usprawnia habilitacja kształcenie studentów? W mojej ocenie, w najlepszym przypadku wcale albo nawet pogarsza. Habilitacja z procesem dydaktycznym nie jest związana, a zajmuje ogrom czasu i rozprasza uwagę, stanowiąc podstawowy cel podejmowanych działań. Podejmowanych, dodajmy, kosztem dydaktyki i rzeczywistych badań naukowych.

Zacząłem od finansów i chciałbym powiedzieć parę zdań o finansowaniu badań naukowych. Ten wątek może się wydawać niezwiązany z poprzednim, ale elementem wiążącym jest habilitacja. Finanse na badania naukowe powinny być ściśle powiązane z osobami inspirującymi i kierującymi badaniami. To powiązanie oznacza, że nie wystarczy powiedzieć: potrzebuję pieniędzy, ale trzeba umieć znaleźć dla swoich pomysłów sponsora. Dla wielu brzmi to okrutnie, ale innej możliwości nie ma. Jednym ze sponsorów może być państwo, ale trzeba je do tego przekonać. Rola władz uczelni polega na tym, by to zadanie inspiratora badań maksymalnie ułatwić, pomóc mu zorganizować środki na badania.

Czy robienie habilitacji ma cokolwiek wspólnego z nabyciem umiejętności organizowania badań naukowych? Tu odpowiedź jest prosta: tak, ale swoich. A jak wyglądają w tym kontekście finanse? Najczęściej tak, aby wystarczyło dla jednej osoby. Habilitacji nie robi przecież zespół. Kosztem rodziny bądź jej braku lub w ramach wyjazdu na stypendium zagraniczne. Jest to jakieś rozwiązanie, ale czy ta umiejętność organizowania badań naukowych przyniesie uczelni środki finansowe dla zespołów badawczych? I tu trzeba odpowiedzieć, że w większości przypadków tak nie jest. Osoba na stanowisku profesora powinna umieć organizować badania naukowe, to znaczy również zorganizować ich finansowanie. Na tym stanowisku nie wystarczy być tylko guru w swojej dziedzinie.

W mojej ocenie, przeciętnie zdolny doktor habilitowany jest już po habilitacji mocno wymęczony, a po jej ukończeniu przez kolejne lata różnymi sposobami szuka doktorantów, by możliwie szybko spełnić warunki otrzymania tytułu profesora. Jak już to po 20-25 latach zdobędzie, najczęściej rzeczywiście chciałby już tylko dostać, a nie wyszarpać.

KOSZTY DYDAKTYKI I JEJ POZIOM

W ramach drugiego wątku zauważmy, że wiele mówimy o rekordzistach funkcjonujących na kilkunastu etatach, ale warto sprawdzić, jaka jest średnia, gdyż to ona pokazuje, o ile wystarczyłoby podnieść stawki, aby nie pracować na wielu etatach. Moim zdaniem, wystarczyłoby 50-75 proc. i apetyty na drugi etat byłyby znacznie mniejsze. W końcu ten drugi etat to najczęściej przykra konieczność.

Pojawia się tu jednak od razu problem, skąd uzyskać środki na wyższe uposażenia? W kasie publicznej jak zwykle brakuje pieniędzy. Źródłem finansów uczelni są studenci i badania naukowe. Wielu znakomitym nauczycielom akademickim kolejność ta może wydawać się przypadkowa, ale tak nie jest. Student i związane z nim finanse są podstawą funkcjonowania uczelni. W przypadku studiów opłacanych ze środków publicznych źródłem finansów związanych ze studentem są podatnicy, a w przypadku studiów odpłatnych źródłem jest czesne opłacane przez rodziców studenta albo przez samego studenta. Niby truizm, ale często o tym publicznym charakterze pieniędzy na dydaktykę w uczelniach publicznych pracownicy uczelni, a zwłaszcza nauczyciele akademiccy, zapominają. Dla wielu z nich środki na dydaktykę mają wystarczyć na funkcjonowanie wybranej przez nauczycieli formy kształcenia.

W uczelniach niepublicznych funkcjonuje stanowisko kanclerza, który reprezentuje interesy właściciela szkoły i trzeba pogodzić się z tą ograniczoną autonomią, może nie szkoły, ale nauczycieli. Jednym z zadań kanclerza jest kontrolowanie kosztów funkcjonowania dydaktyki. Polega to na ustalaniu ich na takim poziomie, aby, z jednej strony, ciągle znajdować studentów gotowych zapłacić za oferowaną jakość kształcenia, a z drugiej, by były one jak najmniejsze. W szczególności polega to na takim organizowaniu programu zajęć, aby realizować program nauczania i zatrudniać tylko tylu i tylko takich nauczycieli, ilu rzeczywiście jest wymaganych do jego realizacji. Może uczelniom publicznym przydałby się taki kanclerz, gdyż tu najczęściej program buduje się pod posiadane kadry, nie bacząc na interes uczelni.

Instytucja kanclerza w szkołach publicznych funkcjonuje w wyższych szkołach zawodowych, ale zgodnie z projektem ma być zlikwidowana, co może oznaczać, że się nie sprawdziła albo zadania kanclerza były źle zdefiniowane i nie należało do jego obowiązków reprezentowanie interesów podatników. Uczelnie publiczne nie poszukują skutecznie sposobów obniżenia kosztów funkcjonowania dydaktyki, gdyż w wielu punktach byłoby to sprzeczne z interesami społeczności nauczycielskiej uczelni. Lepsza organizacja zajęć, większa ich efektywność bezpośrednio godzi w interesy nauczycieli akademickich – spada obciążenie godzinowe, zwiększa się nakład pracy na przygotowanie i prowadzenie zajęć. W wyniku takich działań mogłoby zniknąć wynagrodzenie za nadgodziny, a nawet mogą pojawić się zwolnienia z pracy. Moim zdaniem, z finansowego punktu widzenia, organizacja dydaktyki jest dużym polem do działania, które studentom nie zaszkodzą, a finanse uczelni poprawią.

Obniżanie kosztów wpływa na poziom nauczania, ale po to, by go naprawdę znać, trzeba go umieć ocenić. Nie można mówić o poziomie kształcenia bez funkcjonowania systemu oceny jego jakości. Nie znam polskiej uczelni publicznej, w której funkcjonowałby od kilku lat system oceny jakości dydaktyki i obejmował wszystkich nauczycieli, a jego wyniki byłyby publicznie dostępne. Może moja wiedza w tej dziedzinie jest nieduża, ale jestem dziwnie przekonany, że tak właśnie jest. Funkcjonowanie ankiety studenckiej jako jednego z elementów oceny pracy nauczyciela akademickiego jest, w moim odczuciu, istotnym elementem troski o poziom kształcenia, który powinien być zagwarantowany ustawowo. Upublicznianie wyników oceny nauczycieli jest kolejnym problemem, który warto rozstrzygnąć, może znowu ustawowo, gdyż podobno podana do wiadomości publicznej ocena pracy nauczyciela opłacanego ze środków publicznych narusza jego dobra osobiste. Pracowałem kiedyś w uczelni publicznej poza Polską i tam, o dziwo, coroczne wydawnictwo poświęcone dydaktyce oraz ocenie nauczycieli dokonanej przez studentów nie naruszało niczyich dóbr osobistych. Jeden z moich kolegów uzyskał 1,8 punktu (w skali od 1 do 5!) w ocenie studentów i uczelnia była z tej oceny bardzo zadowolona, gdyż przed nim nikt inny tak wysokiej oceny za prowadzenie wykładów z rachunku prawdopodobieństwa nie uzyskał. Wszelkie rozważania o poziomie nauczania ocenianym tylko przez nauczycieli są mało poważne. Tylko klienci uczelni, czyli studenci, mogą być źródłem sprzężenia zwrotnego, pozwalającego sensownie oceniać poziom nauczania.

KIEDY REFORMOWAĆ?

Poziom dydaktyki i zdobywanie umiejętności organizowania badań naukowych to dwa ważne powody zrezygnowania z wymogu posiadania habilitacji przy ubieganiu się o stanowisko profesora wyższej uczelni i udostępnienia tego stanowiska doktorom o odpowiednich kwalifikacjach. Kwalifikacjach i pomysłach na przyszłość, które potrafi ocenić autonomiczna uczelnia. Czekanie na bliżej nieokreślone zmiany przez kolejne 30-40 lat, o których mówi prof. Dembczyński, niewiele zmieni. Szkoda czasu. Przypomnę inne słowa profesora: Rektorzy uczelni zachodnich (technicznych) poszukują studentów, my natomiast mamy ich nadmiar. Jeśli tam są poszukiwani studenci, to warto się zastanowić, którzy kandydaci na studia tam pójdą? Najsłabsi? A może najlepsi? Myślę, że nikt nie ma wątpliwości, jaka jest odpowiedź na to pytanie. Za 30-40 lat nie będziemy mieli kogo uczyć i nie będzie nauczycieli. W kolejnym artykule tego wydania „Forum”, Chcemy się liczyć, prof. Jerzy Fedorowski porusza problem nie tylko miejsc dla studentów w krajach Unii, ale i miejsc pracy dla nauczycieli akademickich. Młodzi i zdolni doktorzy nie będą marnowali czasu na wydumane habilitacje, nie będą czekali aż coś się zmieni w ich rodzinnym kraju, oni od razu pojadą sprzedawać swoje zdolności i pomysły. Reformować należy nie kiedyś, lecz dziś.

KTO MA REFORMOWAĆ?

Istota reformy szkolnictwa wyższego powinna polegać na jej „odbiurokratyzowaniu” i to nie poprzez zmniejszenie administracji, ale przede wszystkim poprzez „odbiurokratyzowanie” sposobu myślenia nauczycieli akademickich. Czy tego typu zadanie środowisko naukowe może wykonać we własnym zakresie? Prof. Dembczyński twierdzi, że nie ma na to ochoty. Tu zgadzam się z profesorem, ale proponuję z tego wyciągnąć inne wnioski, po to, by zrealizować życzenie profesora, aby także w Polsce obowiązywały (...) podobne zasady. Środowisko publicznych wyższych uczelni jest autonomiczne, ale kształci na potrzeby publiczne i oczekuje publicznych pieniędzy, co oznacza, że nie będzie naruszeniem jego autonomii narzucenie sposobu jego organizacji przez ludzi spoza środowiska, reprezentujących środki publiczne. Reformowanie sposobu funkcjonowania szkolnictwa wyższego przez samo środowisko jest równie skuteczne jak restrukturyzacja upadających przedsiębiorstw przez komisję złożoną z ich urzędujących dyrektorów.

Dr inż. Ryszard Sobczak pracuje w Katedrze Matematyki Dyskretnej na Wydziale Fizyki Technicznej i Matematyki Stosowanej Politechniki Gdańskiej.


 

Komentarze