Z perspektywy menedżera i profesora |
Życie akademickieProgram studiów, sposób przekazywania wiedzy i ich treści, umiejętności, Przemysław Deszczyński W latach 90. zajmowałem stanowiska menedżerskie w koncernie Henkel Cosmetic Sp. z o.o., a następnie Henkel Polska SA oraz firmie Kulczyk Tradex Sp. z o.o. (blisko współpracującej z Grupą Volkswagena). Od 1980 r. pracuję w Akademii Ekonomicznej w Poznaniu na stanowisku pracownika naukowo-dydaktycznego, a od września 2002 r. pełnię funkcję prodziekana Wydziału Ekonomii. Wydaje się, że punkt widzenia osoby funkcjonującej w dwóch obszarach, biznesu i nauki, może być wielce interesujący w ocenie wiedzy, umiejętności i postaw absolwentów studiów ekonomicznych. MYLNE WYOBRAŻENIEDo Henkla trafiłem, podobnie jak i inni pracownicy, z konkursu. Znalazłem się w grupie 20 osób, nieformalnych „członków założycieli” Henkel Cosmetic. Miałem możliwość obserwowania od wewnątrz dynamicznego rozwoju koncernu, także jeśli chodzi o liczbę zatrudnionych i jakość ich wykształcenia. Kiedy opuszczałem firmę, pracowało w niej już ponad 200 osób, a obecnie Henkel Polska SA należy do przedsiębiorstw zatrudniających ponad 1000 pracowników. Grupa pierwszych dwudziestu osób, wyselekcjonowana spośród setek aplikantów, wyróżniała się bardzo wysokimi kwalifikacjami. W zdecydowanej większości byli to absolwenci elitarnego w warunkach PRL kierunku ekonomika i organizacja handlu zagranicznego, legitymujący się pobytami na praktykach AIESEC w koncernach Europy Zachodniej, będący stypendystami różnych zagranicznych fundacji; kilka osób kończyło część lub całość studiów za granicą. Charakteryzowali się oni całym zespołem pozytywnych cech, takich jak: kreatywność, otwartość na zmiany, gotowość podejmowania trudnych wyzwań, dynamiczność działania, samodzielność i odpowiedzialność, głód sukcesu. Bardzo szybko awansowali w ramach tworzonych struktur koncernu bądź też zajmowali eksponowane stanowiska w innych przedsiębiorstwach. Był to bowiem jeszcze okres dominacji w pozyskiwaniu pracowników filozofii „łowców głów”, bardzo też agresywnie działały firmy konsultingowe poszukujące fachowców. Podobne spostrzeżenia wyniosłem z lat pracy w Kulczyk Tradex. O ile jednak pracując w Henklu uważałem, że jest to raczej kwestia przypadku lub też spowodowana w dużym zakresie specyfiką nowo tworzonych stanowisk (merchandiser, przedstawiciel handlowy), to po doświadczeniach w Kulczyk Tradex z przykrością muszę stwierdzić, że jest to jednak prawidłowość wynikająca z wadliwie funkcjonującego systemu nauczania, który zmierza w kierunku szkolnictwa zawodowego, oddalając się coraz bardziej od wykształcenia typu uniwersyteckiego. Absolwent uczelni ekonomicznych ciągle ma jeszcze mylne wyobrażenie, że ukończenie określonego kierunku studiów i specjalności jest równoznaczne z jego przygotowaniem jako specjalisty do miejsca pracy w konkretnym przedsiębiorstwie. Szuka więc najpierw pracy zgodnej z wykształceniem. Obecnie zazwyczaj jej nie znajduje lub jeśli nawet znajdzie, to okazuje się, że zakres jego obowiązków daleko odbiega od wyobrażeń, a uzyskana na studiach wiedza tylko w niewielkim stopniu wiąże się z tym, co robi w firmie. Absolwenci uczelni innych niż ekonomiczne, aspirujący do podjęcia pracy w szeroko rozumianym życiu gospodarczym, od początku mają świadomość, że ukończone studia przyczyniły się jedynie do ukształtowania ich osobowości, pozwoliły nabrać pewności siebie i tak właściwie muszą uzupełnić swoje wykształcenie przez podjęcie różnych form studiów podyplomowych. Wiedząc też, że ich sytuacja, przynajmniej teoretycznie, przedstawia się gorzej od absolwentów studiów ekonomicznych, gotowi są podjąć pracę także na stanowiskach podstawowych. Pamiętam z okresu henklowskiego, kiedy jeszcze liczba absolwentów studiów ekonomicznych nie nadążała za podażą nowo tworzonych miejsc pracy, że nie zdarzało się, aby decydowali się oni podejmować pracę w charakterze merchandisera, nawet wówczas, gdy od początku było wiadomo, że będzie miała ona charakter przejściowy i służyła zdobywaniu doświadczenia na kolejnych szczeblach kariery. Mówili wówczas, że nie po to zdobywali wyższe wykształcenie, aby teraz biegać po sklepach – to najlepszy komentarz uzasadniający właśnie takie podejście. SZEROKIE HORYZONTYNa podstawie moich menedżerskich doświadczeń mogę stwierdzić, że absolwenci studiów ekonomicznych mają niewiele większą wiedzę niż absolwenci innych studiów. Jest to przeważnie wiedza bardzo powierzchowna, zdobyta raczej po to, aby zaliczyć przedmiot, zdać egzamin niż spożytkować ją w przyszłej pracy. Taka postawa wynika pewnie w dużym zakresie z faktu, że zwłaszcza na starszych latach studiów studenci nie mają już złudzeń, że ich oczekiwania a uczelniana rzeczywistość, to w zasadzie dwa zupełnie inne światy. Jeszcze gorzej jest (z wyjątkiem obsługi komputera i znajomości języków obcych, gdzie osiągnięto w pełni zadowalający poziom z tendencją do dalszego wzrostu) z umiejętnościami, które wynikają z braku przygotowania absolwentów do samodzielnego rozwiązywania problemów i wysuwania własnych autorskich propozycji. Na uwagę zasługuje natomiast znaczna determinacja absolwentek studiów ekonomicznych w dążeniu do celu. Chcąc zaistnieć, zrobić karierę, są w stanie poświęcić swoje życie osobiste bądź tak je zorganizować, aby być w pełni dyspozycyjnymi. Bardziej skłonne są też do podnoszenia swoich kwalifikacji przez uczestnictwo w kursach czy innych formach studiów podyplomowych. Jeśli chodzi z kolei o następców w biznesie, to myślę, że nie odbiegają oni poziomem od swoich rówieśników z Zachodu, co więcej, są z nimi w stanie z powodzeniem konkurować i z pewnością sprostają wyzwaniom współczesnego rynku. Obawiam się jednak, że w czołówce biznesmenów i menedżerów może znaleźć się zdecydowanie mniej absolwentów uczelni ekonomicznych niż nam się to obecnie wydaje. Aby taką rolę pełnić, trzeba być człowiekiem o szerokich horyzontach, o dużej kreatywności i samodzielności myślenia, zdolności do kojarzenia faktów i wyciągania prawidłowych wniosków, umożliwiających podejmowanie niekonwencjonalnych decyzji, zaskakujących konkurencję, pozwalających uzyskać nad nią przewagę, znaleźć wyjście z sytuacji bez wyjścia. Taka osoba, niezależnie od danych przez naturę zdolności, może się, w moim przekonaniu, w pełni rozwinąć jedynie na studiach o charakterze uniwersyteckim, a nie zawodowym. Nie widzę nic złego w tym, że absolwenci politologii, prawa, socjologii i innych dyscyplin będą stać na czele kluczowych koncernów, mam równocześnie świadomość (tutaj występuję w charakterze profesora nauk ekonomicznych), że gdzieś po drodze marnotrawimy potencjał absolwentów studiów ekonomicznych i nie potrafimy z różnych względów go wyzwolić. Zmiany w systemie kształcenia okresu transformacji w Polsce postrzegam w sposób ambiwalentny. Z pozytywów sprawą nie podlegającą dyskusji pozostaje to, że studenci nie muszą uczyć się już „księżycowej ekonomii”, wprowadzono wiele nowych przedmiotów, które dały im solidne podstawy wiedzy o funkcjonowaniu mechanizmów gospodarki rynkowej i dokonujących się procesach w gospodarce światowej. Zmiany te traktuję jako coś absolutnie oczywistego, choć niewątpliwie kadra naukowo-dydaktyczna w większości przypadków bardzo szybko potrafiła przystosować się do nowych wymogów. Z drugiej jednak strony, „wycięto” przedmioty (całkowicie lub ograniczono drastycznie liczbę ich godzin) z zakresu nauk humanistycznych, jak: filozofia, politologia, socjologia, które rozwijają horyzonty, uczą samodzielności myślenia. Z tych też powodów mają one trwałe miejsce w programach studiów uczelni ekonomicznych Zachodu. Jeszcze większe szkody przyniosła masowość (przy niedostatecznej liczbie pracowników naukowo-dydaktycznych kierunków ekonomicznych), co nieuchronnie musiało obniżyć poziom kształcenia. Z tych właśnie względów, podejmując decyzję o zatrudnieniu pracownika nie kierowałem się informacją, jakie studia ukończył, ale co sobą reprezentuje. W firmach, w których pracowałem, ogromną wagę przywiązywano do różnorodnych szkoleń. Spełniały one rolę skutecznego instrumentu uzupełniającego wiedzę pracownika, a zwłaszcza pozwalającego zintegrować się z grupą i wkomponować w strategię funkcjonowania koncernu. Z moich doświadczeń wynika, że nie sposób przygotować w czasie trwania studiów specjalistów na konkretne stanowisko pracy. Jest to po prostu niemożliwe, ponieważ tak mocno zróżnicowane są oczekiwania pracodawców. Zależą one przecież od bardzo wielu czynników, m.in. takich, jak wielkość firmy (trudno spodziewać się, że małe firmy będą chciały zatrudniać wąsko wyspecjalizowanych fachowców) czy branża (każda ma swoją odrębność i nie sposób w programach uwzględnić wszystkich, z kolei specjalizacja może zmniejszyć absolwentowi szanse na znalezienie pracy) itp. Opowiadam się zatem za programem studiów preferującym ogólne wykształcenie, które będzie równoznaczne ze zdobyciem solidnych podstaw wiedzy ekonomicznej, uzupełnionej o przedmioty rozwijające intelekt człowieka. Specjalności na studiach powinny być natomiast realizowane przede wszystkim (po uprzednim teoretycznym wprowadzeniu w analizowaną tematykę) w formie całego cyklu opisów przypadku, esejów, sprawozdań z badań, raportów, aby student nauczył się rozwiązywać konkretne problemy. Wiedza teoretyczna pełniłaby w tej sytuacji służebną rolę w stosunku do stawianych przed nim konkretnych zadań, mogących wystąpić w praktyce. Wybór specjalności byłby zatem dokonywany bardziej po to, aby móc weryfikować teorię w praktyce niż pretendować do miana specjalisty z zakresu studiowanej specjalności. PRZEMIENNOŚĆ KARIERMyślę też, że istnieje pilna potrzeba, aby przedstawiciele biznesu włączyli się w proces dydaktyczny uczelni ekonomicznych. Nie chodzi tutaj o cały cykl wykładów, bo taka sytuacja, chociażby z powodu występującego deficytu czasu menedżerów, jest trudna do przeprowadzenia. Niełatwo znaleźć też przedstawiciela biznesu, niezależnie od ograniczeń czasowych, który merytorycznie podołałby wykładom w ciągu całego semestru. Sensownym rozwiązaniem byłyby zatem wykłady okazjonalne, co wymaga nawiązania współpracy uczelni i jej profesorów ze światem biznesu. Idealna sytuacja ma miejsce wówczas, gdy następuje przemienność w rozwoju karier menedżerskich i edukacyjnych. Prawdę mówiąc, nie wyobrażam sobie, że mógłbym uczyć funkcjonowania mechanizmów rynkowych, gdybym nigdy nie zetknął się z nimi w praktyce. Z moich profesorskich obserwacji wynika, że poziom zainteresowania i koncentracji studentów mocno wzrasta, gdy przy okazji rozważań teoretycznych podaję przykład z własnych menedżerskich doświadczeń. Odnoszę wrażenie, że rozwijaniem współpracy między biznesem a uczelniami nie są specjalnie zainteresowani menedżerowie. Pewnie źródła takiej postawy są konsekwencją braku przekonania, że może ona przynieść korzyści obu stronom, że to, co się robi w wyższych uczelniach, nie przystaje do gospodarczej rzeczywistości. Z wyjątkiem nielicznych koncernów (m.in. Procter and Gamble, Unilever), niezbyt chętnie organizują one studenckie praktyki, które, jak sądzę (o ile będą dobrze zorganizowane), dają studentom więcej niż przereklamowane studia zagraniczne. W każdym razie ten obszar współpracy nie jest prawidłowo wykorzystywany, a przecież daje on firmom możliwość przyjrzenia się z bliska przyszłym absolwentom i dokonania ich prawidłowej selekcji do pracy. Nie wiem, dlaczego menedżerowie nie są szczególnie zainteresowani tą formą współpracy. W moim przypadku niechęć do praktykantów, ze wstydem się do niej przyznaję, wynikała z dwóch powodów: ustawicznego deficytu czasu oraz (i to był chyba czynnik decydujący) obaw związanych z możliwością przedostania się na zewnątrz informacji stanowiących tajemnicę firmy. Według mnie, pożądanym wzorcem do naśladowania współpracy między biznesem a uczelniami są doświadczenia niemieckie. Koncerny w Niemczech podpisują z uczelniami wieloletnie umowy, w ramach których studenci odbywają praktyki. Sprawiają one studentom wielką satysfakcję, ponieważ zleca się im konkretne zadania do wykonania oraz przygotowanie raportu, częstokroć nawet o innowacyjnym charakterze. Niemieckim menedżerom chodzi tutaj o świeże, krytyczne spojrzenie młodego człowieka, nieuwikłanego w układy pracownicze. Parafrazując Einsteina, w firmie o utrwalonych już procedurach funkcjonowania zazwyczaj wszyscy wiedzą, że czegoś nie da się zrobić. I wtedy pojawia się ten jeden z zewnątrz, który nie wie, że się nie da i on to właśnie zrobi. Oczywiście, do takich przypadków rzadko dochodzi, ale student wierzy w swoją misję, jego praca ma sens i co najważniejsze, jak to często ma miejsce w Polsce, nie sprowadza się ona wyłącznie do parzenia kawy i herbaty. OPTYKA PROFESORAMoje doświadczenia profesorskie związane są z pracą w Akademii Ekonomicznej w Poznaniu, gdzie zatrudniony jestem od maja 1980 r. na stanowisku pracownika naukowo-dydaktycznego. Właśnie otrzymałem materiały z ogólnopolskiej konferencji, zorganizowanej w dniach 25-26 października 2002 r. w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. Z zadowoleniem stwierdzam, że moja ocena z perspektywy profesora pokrywa się w znacznym zakresie z poglądami wielu autorów komunikatów zamieszczonych w tej publikacji, a w szczególności dotyczy to tekstów prof. prof.: J. Dietla, R. Niestroja i M. Ratajczaka. Chciałbym wskazać na ogromne zagrożenie, które nazywam autarkią dydaktyczną, występującą w formach: wydziałowej, kierunkowej, specjalnościowej i katedralnej. W warunkach kończenia się boomu edukacyjnego może się ono nawet jeszcze bardziej zaostrzyć. Pod pojęciem autarkii dydaktycznej rozumiem ograniczanie czy wręcz zamykanie oferty dydaktycznej (walki o godziny) do wydziału, kierunku, specjalności i katedry jedynie z partykularnych względów. Nazwałem takie podejście autarkią dydaktyczną, bo, jak w przypadku gospodarki autarkicznej, jest ono rozwiązaniem szkodliwym dla wszystkich i bez perspektyw na sukces. Podobne praktyki bardzo zubożają wykształcenie absolwenta studiów ekonomicznych i obniżają jakość kształcenia. W rezultacie mnożone są przedmioty, które w niewielkim tylko stopniu różnią się od siebie programem. Studenci mają wykłady i ćwiczenia po kilka razy z tymi samymi pracownikami, co nie sprzyja kształtowaniu ich szerokich horyzontów intelektualnych. Należałoby w większym stopniu niż jest to czynione dotychczas poszerzyć zakres godzinowy przedmiotów fakultatywnych i wprowadzić procedury umożliwiające studentom rzeczywiście swobodny ich wybór. W ten sposób część odpowiedzialności za własne wykształcenie i jego jakość ponosiliby również sami absolwenci. Wydaje mi się również wysoce zasadna propozycja prof. Dietla. Dotyczy ona zmniejszenia tygodniowego obciążenia studentów zajęciami (jak wiadomo, MENiS w ubiegłym roku w stosunku do studiów zaocznych zrobiło akurat coś odwrotnego), co nie musi wcale oznaczać zmniejszenia godzin dla kadry dydaktycznej. W rezultacie można by ograniczyć negatywne skutki masowości kształcenia przez tworzenie mniejszych grup wykładowych i zwiększenie liczby ćwiczeń, głównie z myślą o wprowadzeniu tak lubianych przez studentów i potrzebnych w przyszłej pracy studiów przypadku. W tym, jak wielką wagę należy przywiązywać do ograniczenia negatywnych skutków wynikających z masowego kształcenia, utwierdziło mnie badanie, które przeprowadziłem wśród moich studentów. Otóż, tego samego dnia pisali test sprawdzający ich wiadomości oraz otrzymali zadanie do wykonania na podstawie zdobytej wiedzy. Rezultaty były wręcz porażające. Ci sami studenci, którzy odpowiadali bezbłędnie na bardzo trudne pytania w teście, mieli ogromne problemy z przeprowadzeniem wydawałoby się prostych analiz. Czas najwyższy, aby studenci nie dysponowali wiedzą tylko w określonym momencie i nie wymazywali jej z pamięci, jak z komputera, lecz nauczyli się ją utrwalać, a przede wszystkim myśleć. PARADYGMAT EDUKACJIWydaje mi się, że właściwą konkluzją powyższych rozważań, zarówno z punktu widzenia menedżera, jak i profesora, jest zaprezentowany przez prof. Niestroja swoisty paradygmat edukacji ekonomicznej na poziomie wyższym, z którym się identyfikuję. Wobec niemożności przewidzenia z wieloletnim wyprzedzeniem sytuacji na rynku pracy w zakresie poszczególnych specjalności, kształcenie powinno być profilowane szeroko, z możliwością pogłębienia wybranej specjalności w końcowym etapie studiów, a zarazem ukierunkowane na przekazanie podstaw metodycznych oraz nawyków kształcenia ustawicznego (studiów podyplomowych i samokształcenia). Doskonaląc metody nauczania należy zwracać uwagę na konieczność kształtowania szczególnych umiejętności, którymi powinien się wykazywać absolwent szkoły wyższej, takich jak: umiejętności poznawcze, rozwiązywania problemów, uczenia się, komunikacji interpersonalnej, pracy zespołowej, podejmowania ryzyka, kierowania zespołem. Kształtując studia ekonomiczne trzeba przede wszystkim mieć na uwadze interes absolwentów – szanse realizacji ich życiowych aspiracji w pracy zawodowej i działalności gospodarczej na własny rachunek. Plany i programy kształcenia w większym niż dotychczas stopniu powinny uwzględniać wiedzę o człowieku, jego zachowaniach i szeroko rozumianej kulturze, rozwijanie wrażliwości na wartości społeczne, kształtowanie umiejętności rzetelnego i uczciwego współdziałania w grupach pracowniczych z partnerami zewnętrznymi, a także wiedzę prawniczą jako składowe wiedzy ekonomisty i menedżera. dr hab. Przemysław Deszczyński, prof. AE w Poznaniu, politolog, pełni funkcję prodziekana Wydziału Ekonomii Akademii Ekonomicznej w Poznaniu.
|
|
|