Wiano pani Marii |
Rody uczone (79)Cały różnojęzyczny ród Marii Piechotkowej, wszyscy ci księgarze, edytorzy, historycy, Magdalena Bajer
Musiałam długo czekać na opowieść Marii Piechotkowej o sobie samej, a dokładniej o jej wspólnym z mężem Kazimierzem dziele, które godnie i pięknie dopełnia tradycję czterech cudzoziemskich, a bardzo polskich rodzin, zarazem humanistyczną, przyrodoznawczą (w najszerszym rozumieniu) i artystyczną. Tradycję umiłowania i tworzenia książek. Dopiero pod koniec drugiej wizyty w domu na Bielanach zobaczyłam (są tyleż do oglądania, co do lektury) książki autorstwa moich gospodarzy. STRYJKOWSKI WZÓRPo mieczu ma pani Maria przodków o umysłach ścisłych i naukom ścisłym wielce zasłużonych. Huberowie przyjechali z Austrii. – Jeszcze do 1939 roku przychodziły listy od mieszkającej w Linzu tante L?tzi oraz dalekich nieznanych kuzynów. Nie wiadomo dokładnie kiedy i kto pierwszy osiadł w Polsce, może pradziadek Marii Piotr, urzędnik finansowy monarchii austro-węgierskiej, a może jego ojciec. Z pewnością dziadek Maksymilian, starszy komisarz c.k. Straży Skarbowej, ożeniony z Polką, pozostaje w pamięci jako w pełni spolszczony. Zupełnie tak samo, jak szybko spolszczyli się Ansch?tze (Anczycowie), Schmidtowie i hugenoci francuscy Pap?e, przyczyniając rodowi gorących patriotów. Wszyscy ci antenaci służyli nowej, wybranej ojczyźnie gorliwie, wedle posiadanych pasji oraz talentów. No i wedle aktualnych dziejowych potrzeb. W najstarszym synu Maksymiliana Hubera, po ojcu noszącym to samo imię, skumulowały się talenty do nauk ścisłych i wrażliwość na ich praktyczną użyteczność. Urodził się we Lwowie, tam skończył gimnazjum i politechnikę, której później został profesorem i dwukrotnie rektorem (1914/15, 1921/22). Warto wiedzieć, że ta uczelnia otwarta była od zarania swych dziejów na wszelką techniczną nowość, na wszelkie osiągnięcia „wieku pary i elektryczności”, co znalazło naoczny wyraz w auli ozdobionej malowidłami – wedle szkiców Jana Matejki – przedstawiającymi rozmaite alegorie modnych wynalazków. W tej auli Maksymilian Huber młodszy bywał jako student, tam później, przemawiał i wykładał. Szybko przeszedł stopnie kariery akademickiej uzupełniając lwowskie studia za granicą, m.in. w Berlinie. W młodym wieku został uczonym światowej miary, a spora część jego dorobku, w tym „hipoteza energii odkształcenia czystopostaciowego”, wciąż obowiązuje w mechanice teoretycznej. Kiedy wybuchła wielka wojna rektor Huber dostał od władz polecenie sporządzenia listy profesorów, których należało wyreklamować od służby wojskowej. Zrobił to bardzo troskliwie, nie umieszczając własnej osoby, gdyż ludziom jego pokroju nie przychodziło wtedy do głowy korzystać z przywilejów, na jakie sami mieli najmniejszy choćby wpływ. Bratanica opowiedziała mi ten fakt jako charakterystyczny, ale zarazem zupełnie naturalny. Rektora Politechniki Lwowskiej zmobilizowano więc i wkrótce trafił do niewoli. Znalazł się w Kazaniu, gdzie na początku ubiegłego wieku był bardzo dobry uniwersytet i wciąż jeszcze duża kolonia polskiej inteligencji, rekrutującej się z popowstaniowych zesłańców oraz uciekinierów. Jako jeniec spędził tam prawie trzy lata, nie tracąc wszakże czasu, gdyż dowiedział się o nim wielki ówczesny fizyk rosyjski Stiepan Timoszenko i postarał o zatrudnienie polskiego uczonego w charakterze wykładowcy. Z tego przywileju Maksymilian Huber mógł bez skrupułów skorzystać, skracając przymusową przerwę w naukowych zajęciach i służąc studentom, również polskim, swoją wiedzą. Pani Maria Piechotkowa przechowuje kartkę przysłaną przez stryja jej ojcu pocztą wojenną. Po pełnych niepokoju pytaniach o los żony i świeżo urodzonej córeczki, które pozostały we Lwowie, także o rodzinę brata, następuje opis przekształcenia wzoru matematycznego, które prowadzi do zupełnie nowych, nieoczekiwanych konkluzji, a w dalszej perspektywie przyniosłoby znaczne oszczędności stali. W niepodległej Polsce powstały podstawowe prace prof. Hubera, wyrosło pokolenie jego uczniów i następców w mechanice teoretycznej. Wykładał w Krakowie i Warszawie. Podczas drugiej wojny światowej – na warszawskich Tajnych Kursach Rysunku Technicznego i na kursach technicznych w Zakopanem. W państwie podziemnym był prezesem kasy im. Mianowskiego, która znów, jak w epoce zaborów, pełniła rolę konspiracyjnego ministerstwa nauki. Po wojnie, choć nie mógł zaakceptować zmian politycznych, nadal działał na rzecz lepszej organizacji nauki, wykładał w Politechnice Gdańskiej, popularyzował osiągnięcia w swojej, szeroko traktowanej, dziedzinie, służąc społeczeństwu mądrością, doświadczeniem, zapałem. Zmarł w 1950 roku. HORYZONTY DZIEDZICZONEWysłuchawszy skromnie lakonicznego biogramu w wykonaniu mojej rozmówczyni, zajrzałam do dzieła jej stryjecznej siostry, córki (o którą się lękał w niewoli) Maksymiliana Hubera, prof. Marii Rzepińskiej, wybitnego historyka sztuki z UJ, które to dzieło, jak każdy przyzwoity humanista, mam na półce. W przedmowie do Siedmiu wieków malarstwa europejskiego autorka pisze: W malarstwie nowożytnym pojawił się trzeci wymiar, przestrzeń została zracjonalizowana i ujęta w siatkę optyczno-geometryczną, bryła zaczęła chwytać światło, cień i refleksy barwne, powierzchnia i konsystencja przedmiotów zaczęła się różnicować, światło dzienne odróżniło się od sztucznego, twarz ludzka stała się wyrazem duszy indywidualnej, krajobraz wypełnił się powietrzem i pociągnął oko ku dalekim horyzontom. Nigdy i nigdzie dotychczas przyroda i człowiek nie zostały poddane tak wszechstronnej obserwacji, tak różnorodnej interpretacji. Tylko tutaj – na tej krótkiej stosunkowo przestrzeni czasu, obejmującej kilka wieków, na niewielkiej części globu, którą nazywamy Europą. Jakież to prekursorskie, jeśli zważymy nasze dzisiejsze argumentowanie za pragnieniem i prawem do powrotu. Cały różnojęzyczny ród Marii Piechotkowej, wszyscy ci księgarze, edytorzy, historycy, architekci, profesorowie uniwersytetów i politechnik, swoimi pracami i dziełami przynależą do Europy, a zdziwiliby się pewnie, gdyby im kto tę duchową metrykę podkreślił. Zięć wielkiego uczonego Maksymiliana Hubera Czesław Rzepiński, malarz-kolorysta, także należy do akademicko utytułowanych koligatów Marii Piechotkowej. Był profesorem krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Drugi jej stryj Rudolf, z zawodu bankowiec, z amatorskiej pasji parał się fotografią artystyczną i był jednym z jej pionierów w Polsce. Laureat wielu nagród, miał też wiele wystaw swoich prac. Do śmierci w 1942 roku mieszkał we Lwowie, dopełniając humanistyczną i kresową tradycję rodziny szeroko po Europie rozsiadłej i bardzo bogatej w postaci, które coś ważnego inicjowały lub rozwijały (jak Anczyce drukarstwo nowoczesne, a Fryderyk Pap?e nowoczesną mediewistykę). Kazimierz, najmłodszy z trzech braci Huberów, ojciec przyszłej specjalistki historii architektury i architekta, ukończył we Lwowie politechnikę, specjalizując się w inżynierii wodnej. Przez szereg lat był naczelnikiem Wydziału Wodno-Melioracyjnego w Tarnowie. Projektował urządzenia do fabryk celulozy w Niedomicach i Grodnie. Wedle opinii córki, prawdopodobnie konieczność możliwie szybkiego stanięcia na nogi pod względem finansowym zmusiła go do wyboru tego zawodu, bo był urodzonym humanistą o bardzo szerokich zainteresowaniach historią, sztuką, literaturą. Jeśli tak, to pani Maria również po ojcu odziedziczyła swoje szerokie horyzonty humanistyczne, swoją pasję tropienia i utrwalania śladów materialnych kultury minionej epoki. W następnych pokoleniach odezwały się też zainteresowania, które określam najogólniej mianem przyrodniczych. Siostra Marii Piechotkowej wyszła za mąż za Samuela Dunikowskiego, docenta na Wydziale Elektrycznym Politechniki Warszawskiej, który zginął w 1939 roku. Ich córka Kinga jest fizykiem jądrowym, wykładowcą w AGH, a zięć profesorem fizyki w tej samej uczelni i stałym współpracownikiem znanego ośrodka naukowego DESY w Hamburgu. W relacji mojej gospodyni wszystkie te akademickie zajęcia i tytuły naukowe oraz dorobek brzmią jak rejestr faktów potocznych, zasług oczywistych, dopełniających bogatą schedę rodzinnej tradycji wedle standardów utrwalonych zwyczajnie a niewzruszenie. Synowa państwa Piechotków Anna, z domu Pawlikowska, jest profesorem w Instytucie Ochrony Środowiska na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej, a wykłada również w Akademii Wychowania Fizycznego. Zainteresowaniami oraz wiedzą bliska jest swoim teściom. Oboje z mężem przez pięć lat kształcili architektów i historyków architektury w uniwersytecie w Nigerii, przenosząc na odległy kontynent owo szczególne, bardzo naukowo płodne połączenie tych specjalności, które ukształtowało się w Polsce międzywojennej. OCALENIEOjciec Marii Huberówny bardzo chciał, żeby córka studiowała w ASP, ona jednak nie czuła się dostatecznie uzdolniona w tym kierunku, jak z właściwą sobie ścisłością mówi o tym dzisiaj, trwając w przekonaniu, że jeśli być artystą, to bardzo wybitnym. – Wybrałam drogę pośrednią, to znaczy architekturę. Nigdy tego nie żałowałam. W tym momencie rozmowy spytałam kolejny raz, co pani Maria dziedziczy z ogromnego zasobu tradycji wszystkich czterech linii swoich przodków? Czy wybierała zeń świadomie? Usłyszałam: – Może pewne predyspozycje umysłowe i zarazem... jakieś obciążenie w sensie zobowiązania. To otrzymałam. I to chyba świadomie przyjęłam. Działalność sensu stricto architektoniczna, tj. projektowanie, była i jest częścią życia, jakkolwiek razem z mężem zaprojektowali wiele budynków w Warszawie, w dzielnicy, gdzie mieszkają i w innych miastach. Od wielu lat prowadzą prace o charakterze historyczno-naukowym – jako wolontariusze. Owa „druga część życia” to badania dziejów architektury bóżniczej dawnej Rzeczypospolitej oraz utrwalanie ginących jej śladów. Państwo Piechotkowie znakomicie spełnili obowiązek wobec zaginionej przeszłości. Napisali, a raczej stworzyli książkę zatytułowaną Bóżnice drewniane, w której znalazły się zachowane szczęśliwie fotografie oraz tekst opisujący te szczególne zabytki architektury. Została przetłumaczona na angielski i jest dzisiaj znana w świecie, stanowiąc unikalny dokument przeszłości. Autorzy zajęli się później pracą projektową, obiecując sobie, że gdy przejdą na emeryturę, wrócą do tematu bóżnic. Tak się stało, a w międzyczasie zaistniały zupełnie nowe możliwości. Zbiory zagraniczne stały się dostępne badaczom z Trzeciej Rzeczypospolitej. Mogli pojechać do Stanów Zjednoczonych, Izraela, na Ukrainę, Białoruś, Litwę. Pole poszukiwań ogromnie się rozszerzyło, ujawniając nowe zadania. Rezultatem są dwie książki Marii i Kazimierza Piechotków, które mogłam tylko pobieżnie przejrzeć podczas naszego spotkania. Tytuł pierwszej (wydanie rozszerzone) brzmi: Bramy Nieba. Bóżnice drewniane. Te słowa widniały nad drzwiami prawie wszystkich synagog w Polsce. Drugi tom to Bóżnice murowane. Za oba, stanowiące dokument i naukową monografię tego historyczno-architektoniczego tematu, autorzy otrzymali w 2001 roku nagrodę im. Jana Karskiego i Niny Nireńskiej, przyznawaną przez Instytut Studiów Żydowskich, założony niegdyś w Wilnie, który z początkiem wojny przeniesiono do Nowego Jorku. W werdykcie jury czytam, iż zostali uhonorowani za pracę całego życia nad ratowaniem pamięci o zabytkach architektury i kultury żydowskiej na polskiej ziemi. Pokazując mi książki pani Maria z uśmiechem dodała: – Może z tych tradycji rodzinnych jakąś cząstkę wzięłam... Dwa grube tomy nie są ostatnim słowem o bóżnicach i zabytkach kultury żydowskiej. Obejmują tereny dawnej Rzeczypospolitej w okresie sięgającym początków XIX wieku. Architektura bóżnicza XIX i pierwszej połowy XX wieku również istnieje dzisiaj w fotografiach, dokumentach i mniej lub bardziej przebudowanych, nielicznych obiektach. Trzeba wiedzieć, że dopiero całkiem niedawno zmienił się stosunek do architektury XIX-wiecznej w ogóle, przedtem niedocenianej. Młodzi badacze, zainspirowani dziełem państwa Piechotków, zaczynają się nią interesować, kierując uwagę i ku bóżnicom z tej epoki. Oni sami pracują nad ostatnią częścią zamierzonej trzytomowej całości, poświęconą Żydom w strukturze miast dawnej Rzeczypospolitej. Przedmiotem badań (znacznie już zaawansowanych) są dzielnice żydowskie coraz bardziej blednące w pamięci starszego dziś pokolenia, ożywiane niekiedy w filmach albo literaturze. Pani Maria zwraca uwagę, iż ta pamięć dotyczy lat międzywojennych czy ostatnich przed wojną, a problem, którym się z mężem zajęli, sięga wieku XII, tj. czasów pierwszych osadników żydowskich w Polsce. Jest to problem struktury urbanistycznej – usytuowanie, wielkość, formy osadnictwa i ich ewolucja – w której odzwierciedlają się stosunki między ludnością polską i żydowską, sytuacja prawna, ekonomiczna, znaczenie społeczne tej drugiej. Badania owej struktury rzucają cenne, nieraz nowe, światło na relacje „dzielnicy żydowskiej” z panującymi, z mieszczaństwem, szlachtą, magnatami. Badali i badają te sprawy historycy, nie wykorzystując wszakże na ogół źródeł, jakimi są plany miast z różnych okresów, ilustracje, zwłaszcza panoramy, a także dokumenty publikowane nieraz w monografiach historycznych. Trzecia książka będzie właśnie połączeniem wiedzy historycznej z wiedzą historyków sztuki oraz wiedzą urbanistyczną, pozwalającą w jej kategoriach interpretować materiał źródłowy, włączając weń bardzo cenną ikonografię. Dwie wizyty u państwa Piechotków, długa opowieść o czterech liniach rodzinnych gospodyni utwierdzały mnie w przekonaniu o wielkiej wartości, jaką jest przyswojona (przez wiele „uczonych rodów”) cudzoziemskość oraz o tym, że w rodzinach świadomych polskości i patriotycznych zobowiązań była ona zawsze twórczo rozwijana. Myślę, że ta cecha naszej kultury jest walorem szczególnie dzisiaj potrzebnym i cennym. Warto i należy odszukiwać jej ślady. Warto się nad tym bogactwem zastanawiać. Tekst powstał na podstawie audycji Rody uczone, nadanej w Programie BIS Polskiego Radia SA we wrześniu 2001 r.
|
|
|