Prawo z ulicy i uniwersyteckiej katedry |
EsejIdea rewanżu, obwiniania i karania całych narodów i grup społecznych, Janusz Dunin Pojęcie narodu, który musi być w całości nie tylko poddany pod osąd, ale i ukarany, dziś wydaje się czymś horrendalnym, co zdarza się jeszcze gdzieś w niedostatecznie cywilizowanych krajach. A przecie jeszcze niedawno było ono zrozumiałe nie tylko dla ulicznego motłochu, ale miało swoich zwolenników na uniwersyteckich katedrach. Stosunek do wielonarodowej przeszłości mogłem obserwować w Łodzi. W ubiegłym wieku zaszły tu znamienne zmiany. Obecnie uznaje się za słuszne z pewną nostalgią spoglądać na czas współistnienia w przemysłowym ośrodku różnych nacji. Niekiedy rysowany jest nieco sielankowy obraz mieszkających pod jednym dachem społeczeństw. To obraz być może również tendencyjny, ale milszy i budzący więcej optymizmu niż ten konstruowany z zapiekłych resentymentów i wzajemnie wypominanych krzywd. Wiemy, że wspólne życie w jednym domu nie może obywać się bez konfliktów, są w nim apartamenty i sutereny. W dziejach wieloetnicznego miasta nie brak było konfliktów i wzajemnych krzywd. Przez dłuższy czas usłużna cenzura zwalniała ludzi pióra od konieczności wyrażania własnych poglądów, nie pozwalała przypominać niewygodnych prawd. Trzeba było rysować jednolicie czarny obraz dziejów stosunków polsko-niemieckich bądź, po powstaniu NRD, wyciszać głosy w tej sprawie. Mogło się zdawać, że w dawnej Łodzi obcoplemieńcy niczego nie dokonali, być może nawet wcale ich nie było. Trafiły do moich rąk materiały, które ponownie uświadomiły zmiany, jakie zachodziły w naszym myśleniu, kiedy nikomu nie śniła się tu wspólna Europa. W ostatnich dniach panującej jeszcze formalnie wojny pojawiłem się na nieznanej mi dawniej ulicy Piotrkowskiej, widywałem jeszcze zalęknionych Niemców, używanych do różnych posług, słyszałem opowiadania o samosądach, jakich doświadczali w pierwszych dniach wyzwolenia, widziałem na sklepie napis „Psom i Niemcom wstęp wzbroniony”. Pamiętam, że kiedy mieliśmy już radio, jego redakcja musiała usprawiedliwiać się przed gniewnymi słuchaczami, którzy wyrazili protest z powodu odtworzenia muzyki Bacha czy Beethovena. Nie chciano wtedy żadnej niemieckiej kultury. W r. 1945 na krótko odżyły w mieście druki ulotne z piosenkami, które zawsze oceniano jako odbicie nastrojów ulicy. W nich, obok pierwszych przebojów lat powojennych, znajdowały się na poły ludowe teksty odreagowujące okres wojennej okupacji. Do najwcześniejszych można zaliczyć dwukartkowy druczek Wiązanka pieśni Żołnierskich. Opublikowano go jeszcze przed ustaleniem nowych władz, bez podania miejsca wydania i numeru pozwolenia. Zawarta w nim pieśń Co się śni Hitlerowi sugerowała, że w czasie druku wydawca nie wiedział jeszcze o śmierci f?hrera. W zbiorku tym znajduje się znamienny tekst Nadszedł dzień zapłaty, w którym czytamy: Nadchodzi wielki dzień – wielki dzień. (...) Wyrżniemy Niemców wszystkich w pień – wszystkich w pień. Rżnąć będziemy nocą, rankiem, dniem... PODOBNE PRZEŻYCIAWszelkie dotykające byłych okupantów restrykcje i wysiedlenia odczuwano jako prostą kontynuację wydarzeń minionych pięciu lat. Niewielu potrafiło zdobyć się na gest współczucia. Po latach poznałem ludzi stamtąd, którzy byli stąd, nim ja do Łodzi przybyłem. Wynikiem tego spotkania była refleksja nad skomplikowanymi losami ludzi i potrzebą bardziej zniuansowanego stosunku do przeszłości, a także świadomość, że wielu z byłych obywateli polskich ma prawo do poczucia krzywdy, której po wojnie doznali, a na którą osobiście nie zasłużyli. Ci, na których ciążyły największe winy, zwykle zdołali się na czas schronić. Łatwo ustaliliśmy, że historyczne powody wygnania polskich mieszkańców naszych kresów i Niemców były co prawda odmienne, ale przeżycia ludzi pozbawionych domów – jednak podobne. Przekonałem się, że pomimo ekonomicznych, organizacyjnych i kulturalnych osiągnięć przed wojną Niemcy w Polsce mieli swoje kompleksy i poczucie krzywd, np. w wyniku polonizacji ograniczano ich szkolnictwo. Po wojnie łódzcy, tomaszowscy czy pabianiccy Niemcy przeżyli swoją gehennę. Znamienna jest książka Sylvii Vaade Barcke 7 (Berlin 1965), zawierająca wspomnienia więźniarki obozu na Sikawie, w którym przetrzymywano po wojnie Niemców i folksdojczów łódzkich. Do złych wspomnień z tego obozu należały długie apele, na których więźniowie pod batem musieli śpiewać po polsku Kiedy ranne wstają zorze. Inna uliczna piosenka tego czasu cieszyła się, że folksdojć (!) polski też się biedzi, chociaż na Sikawie siedzi. KARA, NIE ZEMSTAJako badacz książki, przeglądając najwcześniejsze publikacje polskie w powojennej Łodzi, natrafiłem na znamienną pozycję, która na zupełnie innym, już akademickim poziomie potwierdzała obraz postaw wczesnych lat powojennych, które wspomniałem posługując się dawnymi piosenkami ulicznymi. Powróciłem do zapomnianej i pożółkłej książeczki, wydanej jako jedna z pierwszych w wyzwolonym mieście w 1945 przez Spółdzielnię Dziennikarską „Prasa” i drukowanej w odrodzonej na krótko drukarni J.K. Baranowskiego, mieszczącej się przy ul. Piotrkowskiej 111. Pełen tytuł dzieła dobrze obrazuje jego zawartość: Naród-Zbrodniarz. Przestępstwa hitleryzmu a naród niemiecki. Szkic analityczny przestępczości i odpowiedzialności osobowo-zespołowej. Na karcie tytułowej figuruje nazwisko autora z tytułami i nazwami pełnionych przezeń funkcji: prof. dr Emil Stanisław Rappaport, sędzia Sądu Najwyższego, b. wiceprezes Międzynarodowego Zrzeszenia Prawa Karnego. Prof. Rappaport (1897-1965) studiował jeszcze w Petersburgu, potem w Londynie, Paryżu i we Lwowie. Przed wojną pełnił różne funkcje, był m.in. wykładowcą Wolnej Wszechnicy Polskiej, uznawanej za poprzednika Uniwersytetu Łódzkiego, w którym został profesorem zwyczajnym prawa karnego. Jeszcze przed wojną zajmował się, jako teoretyk, zbrodnią ludobójstwa. Okupację spędził w Warszawie, gdzie był aresztowany przez gestapo, ale nie został potraktowany przez Niemców jako osoba pochodzenia żydowskiego. Obok pracy naukowej zajmował się działalnością publicystyczną, pisał do różnych pism. W „Dzienniku Łódzkim” od 1945 występował pod pseudonimem Stanisław Barycz. Przed pierwszą wojną działał w ruchu radykalnym, po 1945 był raczej biernym członkiem SD. Zasłużył jednak na obszerniejsze wspomnienie współautorstwa A. Felchnera, B. Krzemińskiej, H. Żwierło w „Zeszytach Historyczno-Politycznych Stronnictwa Demokratycznego” (1977 nr 15). W tym tekście pomijano wczesne powojenne propozycje profesora dotyczące zbrodni niemieckich. Autorzy odnieśli się do tej epoki jego działalności w jednym tylko zdaniu: Chociaż nie ze wszystkimi jego wypowiedziami można obecnie się zgodzić, to trzeba pamiętać, że były pisane w atmosferze tamtych lat. Na treść wspomnianej książki składała się dosyć obszerna charakterystyka ideologii i polityki społecznej hitleryzmu, po której następowały propozycje ukarania narodu niemieckiego za jego zbrodnie. Autor miał świadomość, że jego pomysły są radykalne i mogą wzbudzić wątpliwości. Zaznaczał więc, że nie chodzi mu o dokonanie zemsty, ale o karę zgodną z winą oskarżonego. Wskazywał na zbrodniczy charakter narodu niemieckiego. Przypominał, że niezależnie od osobistej działalności członkowie zbrodniczych organizacji podlegają karze. Karani też są w demokratycznych społeczeństwach sprawcy przestępstw dokonywanych nieumyślnie, jeśli nie przeciwstawiali się skutkom swoich czynów. Współuczestnikami zbrodni są ci, którzy milcząc je akceptują. Z takiego postawienia sprawy wynikała nie tylko zgoda na bezwzględne wysiedlenia Niemców z terenów nowej Polski, ale proponował też Rappaport działania zmierzające do zniszczenia przemysłu Niemiec, dokonania przemiany okupowanego kraju w pokojowe społeczeństwo agrarne. Zwracał też uwagę, że do tego celu należałoby zmniejszyć liczbę ludności niemieckiej, wysiedlając jej część np. do Afryki. Znamienne jest, że prof. Rappaport uznawał Austriaków za niewinnych i nawet wierzył, że odrodzenie przyszłej pokojowej kultury niemieckiej będzie wywodziło się z ich kraju. Poglądy wyrażone w Narodzie-Zbrodniarzu nie były, jak się okazuje, odosobnione, odzwierciedlały sposób myślenia owych czasów, popularny zarówno wśród ludzi ulicy, jak i niektórych intelektualistów, porażonych wspomnieniami zakończonej właśnie wojny. Warto o tym pamiętać. SPOTKANIE NARODÓWIdea rewanżu, obwiniania i karania całych narodów i grup społecznych, dziś uznawana za sprzeczną z prawami człowieka, w życiu starszych pokoleń Europejczyków była jeszcze powszechnie uważana za standard. Pogląd ten znajdował posłuch nie tylko wśród ulicznego pospólstwa, ale mógł być głoszony z katedr uniwersytetu. Był znany nie tylko w zapomnianych piosenkach ulicznych, o których pisałem w artykule Echa wojny w brukowych i jarmarcznych publikacjach pieśniarskich (w: Literatura i Kultura Popularna t. 6, 1997). Uspołecznienie wszystkich drukarń szybko i ostatecznie zakończyło żywot ulicznej muzy. Za inne wydawnictwa rychło zabrała się cenzura. 1 października 1951 roku Ministerstwo Kultury i Sztuki opublikowało trzy tajne wykazy tytułów książek podlegających niezwłocznemu wycofaniu z bibliotek publicznych. Książki te miały zostać zniszczone. W spisie „Książki zdezaktualizowane” było wiele pozycji wydanych tuż po wojnie i również przeznaczonych do zniszczenia. Znalazło się wśród nich szereg tytułów dotyczących sprawy niemieckiej, m.in. Wandy Dobaczewskiej Kobiety w Ravensbr?ck, Krzysztofa Dunin-Wąsowicza Stutthof, Stanisława Dzikowskiego Niemiec wyszydzony, Marka Edelmana Getto walczy. Wśród skazanych pozycji znalazła się również książeczka prof. Emila Rappaporta. W Łodzi, gdzie badałem tę sprawę, starano się przez szereg lat los Niemców, którzy niegdyś tu mieszkali, przemilczeć, jakby zawsze mieszkali tu tyko Polacy, a Niemcy i Żydzi niczego nie dokonali i niczego nie zbudowali. Przez lata starano się wyciszać wszelkie informacje dotyczące stosunków narodowych i istniejących w tych sprawach konfliktów, dotyczyło to nie tylko spraw polsko-niemieckich, ale też żydowskich, rosyjskich, ukraińskich, litewskich. Kiedy w r. 1993 ogłosiłem w regionalnej „Gazecie Wyborczej” artykuł Lodzermensze zapomniani łodzianie, niektórzy mieszkający w RFN wygnańcy z Łodzi potraktowali to jako sensację, dokonali tłumaczenia i zapraszali mnie. Od tego czasu zmieniło się wiele. Na ziemiach zwanych odzyskanymi pojawiło się zainteresowanie mieszkańcami, którzy przeminęli i ich dorobkiem, w Łodzi ukazało się wiele opracowań dotyczących dziejów wieloetnicznego miasta. Pisano o dokonaniach obcych fabrykantów, którzy stawiali sobie nie tylko pałace, ale dbali o szkoły, szpitale, subsydiowali placówki kultury i dawali pieniądze na katolickie kościoły, do których sami nie zamierzali chodzić. W ogóle, w sprawach współżycia wielonarodowych społeczeństw zapanowała poprawność polityczna, wszyscy byli sąsiedzi żyli jakoby zgodnie, dzieci przyjaźniły się w szkole i na podwórku. Dopiero sprawa Jedwabnego zakłóciła ten sielski obraz. W czasie, gdy w kraju wyciszano sprawy narodowościowe, w Niemczech powstało ziomkostwo Landmannschaft Weichsel-Werthe, skupiające osoby, które musiały opuścić miejsca rodzinne, a które przed wojną były obywatelami polskimi. Z natury rzeczy nie mogli wysuwać oni żadnych roszczeń terytorialnych. W pismach ziomkostwa Wisły-Warty i książkach, jakie w tych kręgach powstawały, było pełno wspomnień o utraconych rajach młodości. Naukowcy i publicyści starali się przedstawić w pozytywnym świetle wkład swych rodaków w rozwój ekonomiczny i kulturalny ziem na wschodzie. To oni wymyślili hasło „Łódź miasto spotkania narodów”. W 1978 ukazał się w Kolonii album Lodz die Stadt der V?lkerbegegnung im Wandel der Geschichte. MOSTYLiteratura tego typu przypomina naszą współczesną falę piśmiennictwa opisującego arkadię naszych kresów wschodnich. Przyczyny historyczne i polityczne, które zmusiły Polaków i Niemców do opuszczenia miejsc rodzinnych były co prawda inne, ale przeżycia ludzi wygnanych ze swych domów bardzo podobne. Literaturę polskich kresów i jej niemieckiego odpowiednika różni jednak to, że gdy u nas wiele uwagi poświęca się okresowi 1939-45, zwłaszcza działań AK, Niemcy woleli ten okres omijać, skupiając się na zdarzeniach wcześniejszych. A przecież bez zrozumienia tego, co się stało w Europie w latach wojny, nie można zrozumieć również wydarzeń nowszych, w tym procesów wygnań i przesiedleń. W 1999 wydano w Łodzi książkę pod znamiennym tytułem Gdzie są Niemcy z tamtych lat. Wspomnienia łódzkich Niemców. Tę dwujęzyczną pozycję opracowali germaniści Uniwersytetu Łódzkiego. Jeden ze znamiennych akapitów tej pracy nosi nazwę „Wspólnie musimy wznieść mosty”. Stosunek Polaków do Niemców, którzy od ponad wieku stanowili dla nas obraz głównego wroga i sprawdzian prawdziwego patriotyzmu, mógł ulec w ciągu jednego życia przemianie. Resentymenty co prawda nie znikły ostatecznie, ale uległy znacznemu złagodzeniu. Być może jest to jakaś nadzieja dla innych krwawych, zadawnionych i zda się nierozwiązywalnych konfliktów etnicznych, które co prawda wydają się nam dalekie, ale trwają i odzywają się bolesnymi, a nieraz krwawymi wydarzeniami. Warto pamiętać, że namiętności ulicy i działania skrajnych polityków zwykle znajdują teoretyków, którzy swoimi uczelnianymi tytułami potrafią udzielić im naukowego poparcia. Sprawą książki prof. Rappaporta starałem się zainteresować szereg pism. Jest ona naturalnie znana historykom okresu powojennego, ale zgodnie odrzucano myśl jej przypomnienia. Sądzę jednak, że z perspektywy lat przywoływanie przebrzmiałych publikacji ma swój sens i może prowadzić do ciekawych refleksji. Prof. dr hab. Janusz Dunin pracuje w Wyższej Szkole Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi oraz na części etatu jako emeryt w Uniwersytecie Łódzkim. |
|
|